Referendum z Tuskiem w tle
Wtorek, 25 czerwca 2013 (02:04)Wewnątrzpartyjna opozycja rachuje, że porażki Platformy w Elblągu, a zwłaszcza w Warszawie, doprowadzą do osłabienia pozycji Donalda Tuska.
Platforma Obywatelska zwiera szeregi, chcąc odwrócić negatywne tendencje w sondażach, gdzie coraz bardziej zaczyna tracić dystans do PiS.
Tak to przynajmniej wygląda na zewnątrz. Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Jarosław Gowin, Rafał Grupiński czy Sławomir Nowak wzywają partię do mobilizacji, wierząc, że PO wkrótce zacznie piąć się w sondażach, za czym pójdzie realny wzrost poparcia wśród Polaków.
Z tego względu niedzielne głosowanie w przyspieszonych wyborach samorządowych w Elblągu zostało w Platformie odebrane jako sukces. Co prawda pierwszą turę głosowania na prezydenta miasta wygrał Jerzy Wilk z PiS, zdobywając prawie 32 proc. głosów, ale druga była Elżbieta Gelert z PO – nieco ponad 21 procent.
Sama kandydatka uznała to za sukces, bo druga tura była głównym celem Platformy przed otwarciem lokali wyborczych. Odetchnęli też działacze z centrali, którzy brali pod uwagę i najczarniejszy scenariusz, że ich kandydatka nie przejdzie do drugiej tury.
Niewiele zresztą do tego zabrakło. Wtedy jednak byłaby to już kompletna katastrofa. – Nie wszystko stracone. Liczymy na zwycięstwo w drugiej turze – stwierdziła poseł Małgorzata Kidawa-Błońska (PO). Umiarkowanym optymistą jest też Grzegorz Schetyna.
Warszawa z komisarzem?
Elbląg to jednak pestka w porównaniu z Warszawą. Tutaj Platforma nie może sobie pozwolić na to, aby przegrać referendum o odwołanie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz (PO). A wiadomo, że ono się odbędzie, ponieważ komitet referendalny zebrał już wymaganą liczbę podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie głosowania w tej sprawie.
Platforma liczy na to, że może podczas referendum nie będzie wymaganej frekwencji i cała sprawa upadnie. Ale takie rachuby mogą spalić na panewce i dlatego – jak mówią nasi rozmówcy w PO – prezydent Gronkiewicz-Waltz liczy na wsparcie ze strony liderów partii oraz na środki Platformy na rozwinięcie ogromnej, ale i kosztownej kampanii promocyjnej.
– Jednak wielu działaczy jest przeciwnych pompowaniu pieniędzy w Warszawę. To prawda, że nasze konta są pełne, ale w 2014 r. mamy kosztowne wybory do Parlamentu Europejskiego, potem do samorządów wszystkich szczebli, a w 2015 najpierw głosowanie na prezydenta, a potem do Sejmu i Senatu. Nie ma sensu topić setek tysięcy złotych na ratowanie pani prezydent – mówi nam poseł PO z Mazowsza.
Jednak otwarcie nie chce się chwalić swoimi wątpliwościami. Podkreśla, że przecież nawet jak PO przegra referendum, to premier będzie mógł powołać w Warszawie komisarza rządowego ze swojej partii, który będzie rządził przez rok do jesieni 2014 roku.
– Władzy w Warszawie i tak nie stracimy, a nie wiem, czy jest sens pompowania pieniędzy w upadającą gwiazdę Gronkiewicz-Waltz. Przecież nawet jak uratuje teraz stołek, to i tak nie wystawimy jej w następnych wyborach, bo je przegra z kretesem – ocenia poseł.
Z pewnością prezydent Warszawy chciałaby, żeby aktywnie w kampanii wsparł ją premier – jako poseł PO z Warszawy. Ale jak mówi nam osoba z władz warszawskiej Platformy, Tusk bynajmniej się do tej roli nie pali, żeby w razie porażki nie być z nią utożsamiany.
Wymiana na przodku
Okazuje się, że w Platformie nie wszyscy są zmartwieni ostatnimi problemami. Część działaczy traktuje je jako okazję do częściowej wymiany partyjnych elit.
Publiczną tajemnicą jest też i to, że każdy kolejny słaby sondaż, każda kolejna porażka w terenie osłabia pozycję Donalda Tuska w partii. Już dawno przestał być gwarantem sukcesu Platformy i dlatego część działaczy zaczyna się rozglądać za kimś skuteczniejszym. Opozycja liczy na to, że po wyborach na przewodniczącego Platformy Tusk będzie miał słabszą pozycję niż teraz.
– Nie sądzę, aby ktoś mógł go pokonać. Nie mają na to szans ani Gowin, ani Schetyna. Nawet jeśli by się zjednoczyli, bo i czasu na kampanię zostało niewiele. Ale już zwycięstwo Tuska z wynikiem 60 proc. do 40 proc. oznaczałoby, że ma realną opozycję, z którą musi się liczyć – tłumaczy senator Platformy, zaliczający siebie do wewnętrznej antytuskowej opozycji.
– Oczywiście idealnie byłoby, gdyby premier nie wygrał w pierwszej turze, ponieważ konieczność rozgrywania dwóch tur byłaby dla nas idealnym wyjściem. Tusk musiałby stać się większym demokratą, musiałby realnie podzielić się z nami władzą – podkreśla parlamentarzysta.
Z kolei działacz PO z Warszawy ma nadzieję, że zimny prysznic wylany na głowę premiera wymusiłby danie większej samodzielności lokalnym strukturom choćby w układaniu list wyborczych.
– Kontrola zarządu Platformy i samego przewodniczącego jest w tym zakresie za duża – mówi.
Jak przyznaje, dążenie do zmian powoduje, że wielu jego partyjnych kolegów nie zamierza zbyt aktywnie włączać się w kampanię referendalną w Warszawie. Dla nich porażka Hanny Gronkiewcz-Waltz oznaczać będzie klęskę koterii pani prezydent i jej frakcji w PO.
– Przyznam szczerze, że jako warszawiak jestem nie mniej poirytowany nieudolnością pani prezydent niż inni mieszkańcy stolicy. A jeszcze muszę się za nią tłumaczyć przed ludźmi – podkreśla nasz rozmówca.
Krzysztof Losz