• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Półbeczka z półprawdy

Poniedziałek, 24 czerwca 2013 (02:05)

Jest odpowiedź parlamentarnego zespołu smoleńskiego na ostatnią konferencję rządowego tzw. zespołu Macieja Laska. Gdyby uznać za wiarygodne dane prezentowane przez członków komisji, to samolot w pewnym momencie musiałby lecieć z połową skrzydła w ziemi.

Tak wynika z tabeli wysokości prezentowanej ostatnio przez zespół Laska na dwóch konferencjach jako odczyt z rejestratora polskiej firmy ATM.

Według niego, ok. 700 metrów przed początkiem pasa samolot miał się znajdować na wysokości 8 metrów nad poziomem tegoż pasa, co oznacza położenie 6-8 nad ziemią. Jednak raporty MAK i komisji Jerzego Millera zgodnie podają, że w tym momencie maszyna była przechylona w lewo ponad 60 stopni. Ale odległość od osi maszyny do końcówki skrzydła wynosi prawie 19 metrów.

Jeśli odejmie się od tego urwane (w niejasnych okolicznościach – oficjalne komisje twierdzą, że podczas uderzenia w brzozę) 6 metrów, i tak zostaje 13 metrów konstrukcji obrócone pod kątem ponad 60 st. względem poziomu, które nie mieszczą się nad ziemią. Z prostych obliczeń wynika, że oś samolotu musiałaby znajdować się przynajmniej 12 metrów nad ziemią, by skrzydło (częściowo obcięte) nie zahaczyło o grunt.

Okazuje się jednak, że podana wysokość nie pochodzi tak naprawdę ani z rejestratora ATM, ani nie była podstawą obliczeń samej komisji Millera. Załącznik nr 4 do raportu („Geometria zderzenia”) podaje w tym miejscu wysokość 19 metrów nad ziemią. Komisja dość dowolnie traktuje dane. Wysokości i przechylenia w ostatniej fazie lotu zostały odtworzone nie tyle w oparciu o zapis rejestratora, ile o kąty odczytane z amatorskich zdjęć mieszkańca Smoleńska Siergieja Amielina.

Rosjanin wykonał też fotografie ścięć drzew w okolicy bliższej radiolatarni, ulicy Kutuzowa i miejsca katastrofy ze wszystkimi znajdującymi się między nimi zaroślami. Jednak trudno traktować te obrazy jako wiarygodny dowód. Amielin nie zapisał, skąd wykonał jaką fotografię ani pod jakim kątem był jego aparat, ani jakie zastosował parametry fotograficzne. Tym niemniej jego pierwsze hipotezy dotyczące przebiegu katastrofy w zasadzie w całości potwierdza raport MAK, a potem Millera.

Czyżby więc ATM miał fałszywe dane?

Też nie jest to takie proste. Tabele pokazywane przez zespół Laska w ostatnich pozycjach nie mają już bowiem danych polskiej czarnej skrzynki, gdyż ta – ze względu na sposób zapisu danych – już ich nie zarejestrowała. Brakujące sekundy uzupełniono innymi danymi.

A jedyne dostępne pochodziły z katastroficznego rosyjskiego rejestratora parametrów lotu (FDR) MŁP-14-5. Co więcej, dla potrzeb badań komisji usunięto też ostatnie 0,5 sekundy zapisu ATM i także wprowadzono w tym miejscu parametry z MŁP-14-5.

– MAK podaje w swoim raporcie, że zapisy wszystkich rosyjskich skrzynek kończą się w tym samym momencie. Okazuje się, że to nieprawda – uważa dr Kazimierz Nowaczyk.

W znacznie lepszym stanie była taśma rejestratora eksploatacyjnego KBN-1-1 i to jego zawartość MAK uznał za bardziej wiarygodną niż zawierający masę przekłamań MŁP-14-5. Jednak zapis KBN-1-1 urywa się stosunkowo wcześnie i do uzupełnienia brakujących lub pominiętych danych ATM można użyć tylko tego najmniej wiarygodnego materiału z MŁP-14-5.

Nowaczyk wskazuje na związek tych faktów z domniemanymi manipulacjami obu komisji. Zauważa, że utracone pół sekundy w zapisie ATM przypada w pobliżu punktu TAWS nr 38, czyli w miejscu, które zespół parlamentarny uważa za początek destrukcji samolotu w powietrzu.

Z przyjęcia przez oficjalne komisje takich, a nie innych danych bazowych wynikają dość absurdalne zachowania parametrów wysokości i przechylenia samolotu. Nowaczyk wskazuje np., że przechylenie maszyny zwiększa się (wykonuje ona półbeczkę), ale w pewnym momencie zatrzymuje się, po czym znowu zaczyna się obracać.

To – w ocenie Nowaczyka – powód, dla którego warto przyjrzeć się dokładniej danym amerykańskich urządzeń TAWS i FMS. Te ostatnie zapisały w okolicach krytycznego punktu TAWS wysokość ok. 38 metrów i wznoszenie z prędkością 2 m/s, dopiero potem następuje nagła zmiana kursu i samolot zaczyna spadać. Zespół Laska podkreśla, że TAWS i FMS zapisały zbyt mało danych, by wiarygodnie odtworzyć trajektorię i pozycje maszyny, do tego są to dane niezbyt dokładne (oparte na pomiarach satelitarnych).

Nowaczyk ma inne zdanie. Uważa, że obraz przebiegu lotu utrwalony przez amerykańskie komputery jest w przeciwieństwie do prezentowanego przez komisję Millera spójny; poza tym FMS utrwala w porównaniu z innymi urządzeniami najpóźniejszą fazę lotu.

Pytania pod adresem ekspertów zespołu parlamentarnego sformułował w piątek Michał Setlak z czasopisma „Przegląd Lotniczy”. Zajmuje się opisem katastrof lotniczych i ich badania, blisko współpracuje z Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych, której obecnym przewodniczącym jest Maciej Lasek.

W swoich artykułach twardo broni raportu komisji Millera i krytykuje zespół Antoniego Macierewicza. Setlak wypadł jednak dość blado, jego uwagi były ogólnikowe, a po wysłuchaniu godzinnej prezentacji Nowaczyka, pełnej map, tabel i wykresów, zapytał o dowody twierdzeń zespołu.

– To bezczelne i złośliwe – skomentował Macierewicz, ale – jak powiedział po zakończeniu posiedzenia – obecność redaktora Setlaka trzeba docenić, gdyż jest to jakaś – wprawdzie tylko pośrednia – forma dialogu z zespołem Macieja Laska.

Piotr Falkowski