• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Gdzie zginęły dowody?

Poniedziałek, 24 czerwca 2013 (02:00)

„Nasz Dziennik” ujawnia

Prokuratura wznawia śledztwo w sprawie kradzieży i zniszczenia rzeczy Tomasza Merty. MSZ będzie się jednak tłumaczyć.

Warszawska prokuratura okręgowa uwzględniła zażalenie, jakie w imieniu wdowy Magdaleny Pietrzak-Merty złożył jej pełnomocnik mec. Bartosz Kownacki. Dotyczy ono wcześniejszej decyzji śledczych, którzy w maju umorzyli postępowanie.

– Cieszę się, że prokuratura uwzględniła zażalenie pozytywnie. Tym samym przyznała, że decyzja o umorzeniu była błędna i że gdyby sprawa trafiła do sądu, to i tak nakazałby on wznowienie śledztwa – komentuje mecenas Kownacki.

Umorzenie sprawy tłumaczono brakiem danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego (art. 278 par. 1 kk i inne). Chodziło o przywłaszczenie złotej obrączki i zegarka Tomasza Merty oraz złotego sygnetu Wojciecha Seweryna.

W ramach tego samego postępowania, wobec braku znamion czynu zabronionego, umorzono też wątek dotyczący uszkodzenia dowodu osobistego Merty. W ramach śledztwa przesłuchano w charakterze świadków m.in. żołnierzy Żandarmerii Wojskowej, którzy uczestniczyli w czynnościach związanych z oględzinami, pracowników ambasady w Moskwie i Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Śledczy nie stwierdzili, aby rzeczy należące do Merty i Seweryna zostały skradzione. Uznali, że obrączka wraz z portfelem wiceministra kultury po katastrofie samolotu pod Smoleńskiem zostały po uprzednim umieszczeniu w worku foliowym za pośrednictwem ambasady w Moskwie przekazane do MSZ. A tam, „po pobieżnej ocenie, że worek ten nie zawiera przedmiotów pamiątkowych, ze względu na zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne podjęto decyzję o ich utylizacji”.

Sprawę okoliczności, w jakich doszło do uszkodzenia dowodu Tomasza Merty, w sierpniu 2011 r. ujawnił „Nasz Dziennik”. Okazało się, że dowód wydany rodzinie nosi ślady nadpalenia, podczas gdy z dokumentacji rosyjskiej wynika, że zachował się w stanie idealnym.

Początkowo sądzono, że to dokumentacja rosyjska zawierała błędy. Okazało się jednak, że do zniszczenia dokumentu doszło na terenie Polski. Wdowy nikt nawet nie poinformował, że rzeczy męża były przez jakiś czas na terenie placówki dyplomatycznej. Magdalena Pietrzak-Merta wprawdzie odnalazła w siedzibie Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim część rzeczy, ale przedmioty mające dla niej szczególną wartość sentymentalną zniknęły.

Na tę decyzję mec. Kownacki złożył zażalenie opierające się m.in. na kwestiach niedopełnienia obowiązków służbowych, składania fałszywych zeznań i poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Jego zdaniem, w tej sprawie są podstawy, by mówić o niedopełnieniu obowiązków przez wysokich funkcjonariuszy publicznych.

W toku postępowania nie przeprowadzono całego szeregu ważnych czynności, zebrano rozbieżne zeznania świadków, z których nie wszystkie są wiarygodne. W ocenie Kownackiego, pracownicy MSZ powinni mieć wiedzę, co znajduje się w przesyłce z Moskwy. Nie ustalono, jaki był dokładnie zakres kompetencji poszczególnych jednostek organizacyjnych resortu, co uniemożliwiło ustalenie osoby odpowiedzialnej za odbiór przesyłki. Śledczy nie przesłuchali też konkretnych osób, a przede wszystkim pracowników ambasady i szefostwa resortu, w tym Radosława Sikorskiego.

Jak zaznacza mec. Bartosz Kownacki, w MSZ musiała być osoba odpowiedzialna za przekazywanie rzeczy obywateli polskich. Poza tym procedura ich przesyłu powinna być na tyle sformalizowana, żeby nie dopuścić do zagubienia czy – co gorsza – ich zniszczenia. Niezbędne jest więc określenie, konkretnie, która z jednostek MSZ odpowiada za sprawy polskich obywateli za granicą. Poza tym pracownicy resortu – zaznacza prawnik – powinni zapoznać się z zawartością przesyłki, zanim zdecydowali o jej utylizacji. Co więcej, okoliczności skandalu urzędnicy resortu Radosława Sikorskiego (do ustalenia pozostaje, czy za wiedzą i zgodą ministra) zataili i przed Żandarmerią Wojskową, i przed prokuraturą wojskową.

W czerwcu ubiegłego roku prokuratura przeprowadziła wizję lokalną na terenie jednej z warszawskich posesji MSZ. Na to, że do zniszczenia rzeczy Merty mogło dojść właśnie w tym miejscu, wskazywały zeznania jednego ze świadków, pracownika resortu wyższego szczebla. Mężczyzna miał zeznać, że dowód Merty znajdował się w worku, który zamierzano zutylizować, a mówiąc wprost: spalić. W trakcie rewizji, w której wzięła udział wdowa i jej pełnomocnik, nie odnaleziono jednak żadnych śladów potwierdzających to przypuszczenie.

Jak mówił wtedy mec. Kownacki, do poszukiwania śladów nie został użyty właściwy sprzęt – zastosowano wykrywacz metali, który nie był skalibrowany na wykrywanie metali szlachetnych.

– Prokurator powinien zbadać, czy obrączka Merty rzeczywiście została zostawiona w ambasadzie w Moskwie i czy w ogóle została wysłana do Polski – argumentuje prawnik.

Podobnie rzecz ma się z zegarkiem. Skoro zmarły miał zegarek, a nie został on oddany rodzinie, to najbardziej prawdopodobną wersją zdarzeń jest jego kradzież. Tak samo jest z sygnetem Wojciecha Seweryna. Odrębna sprawa to narażenie wdowy na niepotrzebny stres – bezskutecznie poszukując pamiątek po mężu w siedzibie Żandarmerii, musiała oglądać rzeczy należące do innych ofiar, co bez wątpienia było dla niej traumatycznym przeżyciem.

– Gdyby MSZ nie ukrywał swoich błędów, wdowa nie musiałaby tego stresu przeżywać, a Skarb Państwa nie prowadziłby dziś kosztownego postępowania karnego – uważa prawnik. Prokuratura uwzględniła skargę pełnomocnika Merty. Śledztwo wznowiono. Jakie będą jego efekty?

Biorąc pod uwagę decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa, można było wnioskować, że nie ma osób odpowiedzialnych za całą sytuację. I że jest ona jedynie splotem nieszczęśliwych wydarzeń i okoliczności, które towarzyszyły katastrofie z 10 kwietnia 2010 roku. Wiemy, że obrączka była w polskich rękach i zniknęła.

– Jeżeli żaden urzędnik państwowy za to nie odpowie, to doprawdy nie wiem, w jakim państwie żyjemy. Mam jednak wrażenie, że MSZ ukrywa jeszcze wiele okoliczności tej sprawy i z biegiem czasu wyjdą one na jaw – kwituje mecenas Kownacki.

Anna Ambroziak