NINIWA Team coraz bliżej celu
Piątek, 21 czerwca 2013 (09:26)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Beaty Fleiszner z 49. dnia rowerowej pielgrzymki NINIWA Team na Syberię
Witam wszystkich fanów i kibiców NINIWA Team! Dziś zaczniemy od tyłu, a co!
Ekipa śpi (i to już dobrych parę godzin) w miejscowości Kritowo, w szkolnej sali gimnastycznej, po przejechaniu 157 km. Ze zgodą na nocleg naszych rowerowców nie było żadnych problemów, gorzej było ze znalezieniem klucza, który zniknął gdzieś na czas wakacji (w Rosji dzieci mają wakacje miesiąc wcześniej – czerwiec – lipiec). Zgubę odnaleziono po godzinie poszukiwań, a w tym czasie odmówione zostały codzienne modlitwy rowerzystów – litania, apel i modlitwa za wstawiennictwem księdza Jerzego Popiełuszki.
Mają dostęp do WC i umywalek, które przy wieczornej toalecie okupowały dziewczyny, ale również do węża ogrodowego, z którego skorzystało kilku chłopaków. Woda ze studni oczywiście lodowata, ale po dzisiejszym dniu żaru lejącego się z nieba (takiego samego jak dziś w Polsce, powyżej 32º C) taka kąpiel była prawdziwym orzeźwieniem.
Byli też tacy jak Filip Hepner, Piotrek Waksmundzki, Krzysztof Skok, Michał Piec i Witosław Wierzbicki, którzy kręcąc się po wsi, zostali zaproszeni przez pewną rodzinkę do ich bani, a po skorzystaniu z niej czekała już na nich przygotowana kolacja. Czasem zastanawiam się, czy nasi podróżnicy wzbudzają swoim wyglądem aż taką litość, czy po prostu ludzie są tak otwarci, że chcą dzielić się z innymi tym, co mają.
Dziś standardowo trzy dystanse po pięćdziesiąt kilka kilometrów. Przerwa pierwsza i trzecia nie różniła się niczym od normalnych, krótkich przerw półgodzinnych – wpychanie w siebie jak najwięcej kalorii w szybkim tempie i ewentualna kilku-minutowa drzemka na chodniku. Ciekawa za to była przerwa obiadowa. Rowerzyści zatrzymali się przy stacji benzynowej o nazwie Teksas (Stany Zjednoczone zaliczone) w miejscowości Kasztan. Żadnego kasztana ani kasztanowca nie widzieli, za to na ścianach stacji namalowane były kaktusy... no zawsze to coś.
Dłuższa przerwa rozpoczęła się Mszą Świętą, na której ojciec nauczał, że „jeżeli chcemy kochać wszystkich ludzi tak jak Jezus, to trzeba być dobrym dzieckiem”. Warto patrzeć na Jezusa jako na dobrego Syna, który wypełniał wolę swego Ojca. Następnie zadał wszystkim rowerzystom zadanie: w ciągu trzech dni, każdy ma każdemu powiedzieć coś miłego, za coś podziekować. Trudna misja... spróbujmy sami powiedzieć każdemu z kim na co dzień przebywamy, mieszkamy, pracujemy coś miłego...
Ciekawa jestem, jak temu podołają nasi śmiałkowie, a jest ich przecież dwudziestu czterech i są ze sobą 24 h/dobę od czterdziestu dziewięciu dni! Ojciec mówił, że w ciągu dnia widział już niejedną sytuację, jak ktoś do kogoś podchodził na przerwie, pogadał na osobności, a na końcu wymieniali ze sobą uściski. Ktoś również miał taki pomysł, że opakował elegancko małą czekoladkę i wręczył jednemu z uczestników, aby sobie zjadł w drodze, a okazało się, że na papierku były napisane bardzo miłe rzeczy na temat tej osoby. Nie wiem jak Wy, Drodzy Czytelnicy, ale ja się wzruszyłam. W ten sposób wielu z nich dowie się o sobie czegoś dobrego, z czego wcześniej nie zdawało sobie sprawy.
Po Mszy św. wypaśny obiad – makaron z sosem, makaron z puszką kukurydzy, makaron z oliwkami lub makaron z serkiem topionym – palce lizać. No i upragniona drzemka. Ojciec stwierdził, że jak tylko zatrzymają się na przerwie, od razu pojawia się wokół nich mnóstwo dzieci (i komarów). Słysząc w trakcie rozmowy śmiechy i warczenie silników popisujących się na małych motorkach dzieci, przypomniała mi się Jordania, przez którą przejeżdżaliśmy, jadąc do Ziemi Świętej.
Wokół pustki, stepy, a jak tylko się zatrzymaliśmy, to ni stąd, ni zowąd było wokół nas kilkadziesiąt dzieci. I teraz jest tak samo, gdzie nie staną, z lasu wybiegają dzieci i uważnie przyglądają się rowerzystom.
Wyjazd był o 7.00. Rowerzyści byli dziś podzieleni na grupy przez Michała Pieca na: 1) tych, co wiozą na bagażniku oprócz sakw wory transportowe, 2) kaskaderów, czyli tych, którzy cały czas jadą w kaskach oraz 3) cała reszta.
Pobudka na luziku o 6.00 rano. Jeżeli ktoś jest na bieżąco z relacjami, to pewnie zauważył, że od Astany wyprawa zrobiła się jakaś lajtowa. Śpią sporo, dystanse dzienne oscylują wokół tych „skromnych” jak na NINIWA Team 150 kilometrów.
Ojciec Tomek twierdzi, że jest w tym stylu jazdy pewien konkretny, ukryty cel, który zostanie nam objawiony ponoć już w najbliższą niedzielę.
W ciągu dnia nasza ekipa spotkała podobnego do nich szaleńca rowerowego. Martin Fmilef jest Niemcem pochodzącym z Kolonii, który jeździ sobie od roku na rowerze. Zrobił już 13 tysięcy kilometrów, trochę po Rosji, zahaczył też o Tadżykistan, a teraz wybiera się do Władywostoku. Ma w planach pośmigać jeszcze po Chinach, ale nie ma jakiegoś określonego ostatecznego celu swojej podróży. Miłe spotkanie, rozmowa, kilka wspólnych fotek, no i w drogę.
Kolejną miłą rzeczą w ciągu dnia był SMS od ojca prowincjała Ryszarda Szmydkiego OMI, który napisał: „Oblaci są z Was dumni! Niech Archanioł Gabriel – patron podróżujących w dobrej sprawie, prowadzi Was i chroni”. Rowerzyści bardzo dziękują za tak ciepłego SMS-a, a zadanie, aby powiedzieć komuś coś miłego, zostaje ojcu prowincjałowi zaliczone.
Nie obyło się dziś jednak bez awarii sprzętowych. Nie da się ukryć, że większość rowerów nadaje się już tylko do podziwiania, że przejechały tyle tysięcy kilometrów. Przykładowo dziś znów eksplodowała opona Witka, która już kiedyś była posklejana taśmą izolacyjną, która popuściła przy okazji, przebijając dętkę.
Awarii uległa dziś również korba Soni oraz przerzutka Krzysztofa Skoka, gumę złapał również Sławek. Ale nasi chłopcy techniczni dają radę i rowerki wciąż jadą do przodu.
Tak ogólnie to dzień był spokojny, wszyscy zachwycali się pięknymi widokami świeżej zieleni, jadąc sobie po pagurkowatym terenie. Zauważyli również, że jadą równolegle do Kolei Transsyberyjskiej i prawdopodobnie pojadą już wzdłuż niej aż do samego Irkucka.
I jeszcze takie sporostowanie na koniec: dopiero od dziś tak naprawdę przekroczyli kolejną strefę czasową i przesunęli się w czasie o kolejną godzinę do przodu (+6h).
Bilans dnia:
- 157 km dystansu
- wygięta przerzutka
- dwie dziurawe dętki + jedna poklejona opona
- wiele miłych słów
- jeden rowerowy szaleniec
Źródło: niniwateam.pl