Zespół to podstawa
Czwartek, 20 czerwca 2013 (02:08)Ze Sławomirem Szmalem, kapitanem reprezentacji Polski w piłce ręcznej, rozmawia Piotr Skrobisz
Po zakończeniu eliminacji mistrzostw Europy powiedział Pan do kolegów: zadanie wykonane?
– Jak najbardziej. Były to ważne eliminacje do ważnej imprezy, zagraliśmy w nich kilka dobrych spotkań. Mieliśmy prawo być zadowoleni.
Patrząc z boku, mogło się wydawać, że te eliminacje były miłe, łatwe i przyjemne. Faktycznie czy to złudne wrażenie?
– Pierwsze pojedynki kosztowały nas sporo nerwów i stresów. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po Holandii, dawno z nią nie graliśmy, do tego kilku jej zawodników występuje na co dzień w zagranicznych ligach. Wygraliśmy jednak gładko. Niewiadomą stanowiła dla nas także Ukraina, która tuż przed meczem z nami napsuła sporo krwi Szwecji. Tymczasem też nie mieliśmy specjalnych problemów. Dwumecz ze Skandynawami wyglądał w kratkę. Na wyjeździe przegraliśmy wysoko, zbyt wysoko, by odrobić straty u siebie. Mimo to w rewanżu zagraliśmy znakomicie, zwyciężyliśmy, co miało swoją wymowę, bo Szwedzi są wicemistrzami olimpijskimi. Ostatnie dwa pojedynki rozgrywaliśmy, będąc już pewni awansu, lecz zachowaliśmy koncentrację. Słowem – było dobrze.
Szczególnie mecz ze Szwecją, ten u siebie, potwierdził, że w naszej drużynie tkwi duży potencjał. Pokazaliście wtedy swoje prawdziwe oblicze?
– Potencjał jest. Pamiętajmy jednak o tym, że głównym zadaniem postawionym przed trenerem Bieglerem są mistrzostwa Europy, które odbędą się w naszym kraju w 2016 roku. Wszystko to, co wcześniej, ma służyć jak najlepszemu przygotowaniu do tej imprezy. Cały czas pojawiają się zatem nowi zawodnicy, którzy spędzają na boisku coraz więcej czasu. Trener musi ich sprawdzić w boju, a oni muszą zdobywać doświadczenie.
Wszystko po to, by w 2016 roku sięgnąć po medal?
– Nie myślmy jeszcze o medalu. Każde podium wymaga wielu lat ciężkiej pracy, zawodników z potencjałem i szerokiej kadry, z której trener może wybierać i tasować składem. Do „polskich” mistrzostw pozostało jeszcze trochę czasu, z pewnością jakieś nowe twarze jeszcze się pojawią. Najważniejsze na dziś jest promowanie dyscypliny. Ostatnie nasze mecze pokazały, jak wielką popularnością cieszy się piłka ręczna. Kibice na trybunach doskonale się bawili, stwarzali kapitalną atmosferę, w której dostawaliśmy skrzydeł.
Zatrzymajmy się zatem przy bliższej przyszłości. Na co stać naszą drużynę w najbliższych mistrzostwach Europy?
– Nie lubię obiecywać, składać deklaracji. Patrzmy raczej, jak rozwijają się poszczególni zawodnicy, co dają reprezentacji, ile czasu przebywają na boisku, czy widać u nich progres. To jest najważniejsze. Musimy iść do przodu krok po kroku, choć oczywiście kiedy się gra na wielkiej imprezie, to tylko po to, by walczyć o wielkie cele.
Ci nowi, młodzi w kadrze mają „papiery na granie”?
– Mają. W ostatnich meczach z bardzo dobrej strony pokazał się młody skrzydłowy Michał Daszek, sporo już potrafią Kamil Syprzak czy Paweł Paczkowski. Oczywiście nie są to zawodnicy pokroju Karola Bieleckiego, który sam potrafi rozstrzygać pojedynki, ale kiedyś – kto wie. Jeśli będą dobrze pracowali, wkładali serce w to, co robią, to można z nimi zbudować zespół, który coś konkretnego wywalczy.
Siłą reprezentacji za czasów Bogdana Wenty, która sięgała po medale mistrzostw świata, był zespół. Co może być znakiem rozpoznawczym ekipy, która właśnie się buduje?
– Nic się nie zmieniło. W piłce ręcznej wygrywa i przegrywa zespół. Dlatego teraz pracujemy nad tym, by stworzyć jedność, jeden organizm, w którym każdy zawodnik skoczyłby za kolegą w ogień, walczył od pierwszej do ostatniej minuty. Tylko wtedy można myśleć o wygrywaniu z najlepszymi.
Jak się współpracuje z Michaelem Bieglerem?
– Proszę raczej trenera zapytać, jak jemu współpracuje się z nami. Ja nigdy nie miałem problemów z kontaktem ze szkoleniowcami, więc i teraz jest tak samo. Gra w reprezentacji była i jest największym zaszczytem i dumą, gdy tylko otrzymuję powołanie, od razu stawiam się na zgrupowaniu.
Zaskoczyło Pana, że do najbliższych mistrzostw Europy nie awansowały Niemcy i Słowenia?
– Nikt się tego nie spodziewał. Ale w Europie piłka ręczna staje się coraz bardziej wyrównana, do dotychczasowych liderów dołączają nowe zespoły, niczego nie można być pewnym. Gdyby zapytał mnie pan o faworyta mistrzostw, to umiałbym wskazać tylko jedną drużynę: Danię, i to tylko dlatego, że będzie ich gospodarzem. Poza tym nie zdziwię się, jeśli dojdzie do wielu niespodzianek.
Ma Pan swoją listę życzeń przed jutrzejszym losowaniem fazy grupowej?
– Nie. Czekam, co przyniesie los. Będziemy mieli sporo czasu, by przygotować się do walki z każdym przeciwnikiem.
Reprezentacja się zmienia, trafiają do niej nowi zawodnicy, ale cały czas między słupkami bramki stoi ten sam człowiek i tak samo doskonale broni. Jaka jest tajemnica Sławomira Szmala?
– Ależ i ja czuję na plecach oddech kolegów, nie brakuje nam zdolnych bramkarzy. Tajemnica? Nie ma żadnej. To tylko trening, w każdy staram się wkładać mnóstwo serca i pracy, i chyba to pozwala mi utrzymywać formę. Pewnie, i mnie zdarzają się wzloty i upadki, ale robię wszystko, by tych załamań zbyt dużo nie było.
Pewien Pana kolega z kadry powiedział mi kiedyś, że jak widzi, ile wylewa Pan potu na treningach, to wydaje mu się to niemożliwe. Jest Pan aż takim tytanem pracy?
– Nie przesadzajmy z tym tytanem. Ale tak, w każdy trening staram się wkładać maksimum pracy i zaangażowania, bo inaczej nie miałby sensu. Być tylko po to, by zanotować swą obecność? Nie, to nie dla mnie.