Dowody jak złom
Środa, 19 czerwca 2013 (02:05)Szczątki co najmniej jednej czwartej samolotu Tu-154M, zamiast być badane, leżały zmieszane z błotem w betonowych hangarach lotniska Siewiernyj.
Zdjęcia szczątków samolotu wykonane przez ekipę polskich archeologów pół roku po katastrofie Tu-154M opublikowało RMF FM. Fotografie zrobiono bez zgody Rosjan. Materiał dokumentuje sposób przechowywania licznych elementów maszyny – niemal jednej czwartej szczątków – fragmentów poszycia, kabli, rur, zaworów.
Elementów tych nie badał ani rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy, ani polska Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego.
Prokuratura wojskowa przyznaje, że tak „przechowywane” elementy samolotu leżały na Siewiernym do jesieni 2012 roku. Dopiero wtedy polscy śledczy mogli dokonać ich przeglądu. Wydobyto wówczas fragmenty skrzydeł, które następnie ułożono na płycie lotniska przy wraku i przykryto brezentem.
Jak przyznał kpt. Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, wśród szczątków znaleziono też rzeczy osobiste ofiar, które trafiły do Polski w grudniu ubiegłego roku, a wiosną br. przekazano je rodzinom. Jednak elementy z hangaru wrócą do kraju dopiero razem z wrakiem.
W ocenie Macieja Laska, członka komisji Millera, zgromadzonych w hangarze części nie badano, bo te analizy nie wniosłyby do sprawy niczego nowego. Lasek podtrzymał opinię, że dzięki zapisom czarnych skrzynek komisja zdołała ustalić, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku nad Siewiernym i nie ma żadnej poszlaki, by twierdzić, że przyczyna wypadku była inna niż zejście samolotu poniżej minimalnej wysokości.
Przyznał jednak, że te części powinna zbadać prokuratura, bo postępowanie karne rządzi się innymi prawami i zakończenie śledztwa będzie wymagało także tych szczegółowych opinii.
– Te zdjęcia są świadectwem tego, w jaki sposób komisja ministra Jerzego Millera podchodziła do badania katastrofy, i wskazują, jaka jest wiarygodność poczynionych ustaleń – komentuje mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik kilku rodzin ofiar smoleńskich.
Jak zauważa, w przypadku badania przyczyn takiej katastrofy każda rzecz może mieć kluczowe znaczenie i należy zbadać najdrobniejszy element. Tymczasem okazuje się, że spora część elementów samolotu – zebranych w hangarze – w ogóle nie była przedmiotem zainteresowania ekspertów komisji Millera.
– To pokazuje, że członkowie komisji nie wypełniali właściwie swoich obowiązków. Zestawienie tych zdjęć z raportem Millera mówi wszystko – dodaje pełnomocnik. Kownacki wskazuje, że elementy tupolewa z hangaru muszą, podobnie jak cały wrak, zostać przebadane, ale już sam fakt, że przez ponad dwa lata były zmieszane z błotem, może mieć w tym kontekście ogromne znaczenie.
– W takich warunkach te elementy były poddane działaniu różnych czynników. One nie były zabezpieczone, ale zrzucone, zgarnięte na jedną stertę, wraz z ziemią, elementami biologicznymi. Wydaje się oczywiste, że w takich warunkach ślady ulegają zatarciu – dodaje Kownacki.
Karygodna, w ocenie prawnika, jest też postawa Rosjan, którzy w taki sposób zebrali części samolotu, ale należy domniemywać, że działo się to za zgodą strony polskiej.
– Albo Polacy nie wiedzieli o pewnych rzeczach, co świadczyłoby o ukrywaniu dowodów przez Rosjan, albo nie chcieli wiedzieć, godzili się na takie postępowanie i nie dostrzegali w tym żadnych problemów – mówi Kownacki.
Adwokat dodaje, że twierdzenia, jakoby elementy z hangaru nie były potrzebne do badań, niczego nie usprawiedliwiają, bo w ten sposób można dojść do wniosku, że badania w ogóle nie były potrzebne.
– Po co cokolwiek badać? Po co ekspertyzy? Po co biegli? Oczywiście można wychodzić z takiego założenia. Tylko jaka będzie wiarygodność podejmowanych działań? A jeśli nie było co badać, to w takim razie i komisja nie była potrzebna – kwituje mecenas.
Marcin Austyn