• Sobota, 14 marca 2026

    imieniny: Leona, Matyldy, Jarmiły

Laicka strzała kemalizmu

Wtorek, 18 czerwca 2013 (02:08)

Z dr. Przemysławem Osiewiczem, politologiem z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, rozmawia Piotr Falkowski

 

Protestujący przeciwko rządowi w Turcji zarzucają autorytaryzm partii premiera Recepa Erdoğana, która trzy razy pod rząd wygrała wybory. Czy jego rząd raptem stracił poparcie społeczeństwa?

– Takie twierdzenie jest absolutnie nieuprawnione. Świadczą o tym wysokie wyniki uzyskiwane w wyborach oraz fakt, że od 2002 r. w każdych kolejnych wyborach ta partia dostaje jeszcze więcej głosów. Ma zagorzałych przeciwników, którzy teraz doszli do głosu, po raz pierwszy na taką skalę od 2007 r., kiedy to protestowano przeciwko zmianom w konstytucji. Obecnie w Turcji mamy do czynienia z dosyć mocną władzą wykonawczą, gdyż premier i prezydent Abdullah Gül są z tej samej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Do niedawna urząd prezydenta był postrzegany jako bezpiecznik w systemie politycznym. Na ogół prezydentem nie były osoby związane ze środowiskami konserwatywnymi. Jednakże w Turcji mamy demokratycznie wyłoniony parlament, prezydenta wybranego zgodnie z konstytucją i nie ma się do czego przyczepić.

Co mogło wywołać tak gwałtowne protesty najpierw w Stambule, na placu Taksim? Jest wprawdzie doświadczenie tzw. arabskiej wiosny, ale w Tunezji, Libii czy Egipcie opozycję tworzyli przede wszystkim islamiści. W Turcji jest jakby odwrotnie.

– Decyzja o przebudowie placu Taksim mogła zostać odczytana jako prowokacja polityczna. To szczególne miejsce. Zawsze, gdy w Stambule zdarzały się jakieś większe wystąpienia polityczne, to właśnie na placu Taksim. Tam w 1977 r. doszło do największej w historii Turcji masakry podczas demonstracji – wydarzenia symbolicznego, którego wydźwięk można porównać do masakry w kopalni „Wujek”. Nie wiem, czy było to działanie świadome, czy też jakaś niezręczność i brak wyobraźni, ale budowa meczetu i niszczenie pobliskiego parku Gezi wydają się decyzją niefortunną lub co najmniej lekkomyślną.

Rozumiem, że plac z pomnikiem Atatürka i centrum jego imienia są symbolem laickiego republikanizmu tureckiego. Ale co może być prowokacyjnego w budowie meczetu w państwie niemal w 100 proc. muzułmańskim?

– Jest to pewne wejście w przestrzeń publiczną elementu islamskiego, zwłaszcza w dzielnicy Beyoğlu, zamieszkanej raczej przez inteligencję, artystów, sfery akademickie. Tam niewiele jest dziewcząt w chustach. Na pewno mieszka tam najwięcej przeciwników rządu. Budowa w tym miejscu meczetu to wrzucanie kamyka do ogródka opozycji.

No właśnie, kto właściwie stoi za tymi protestami: kemaliści czy inspirowana zachodnim liberalizmem lewica? Wśród demonstrantów najgłośniejsi są radykalni ekolodzy, komuniści, feministki i lobby homoseksualne, ale z drugiej strony realną siłą polityczną jest raczej założone przez Atatürka CHP.

– W tej chwili demonstrantom kibicują wszyscy, którzy są przeciwko rządowi. Jest to pewne novum w Turcji, bo nigdy wcześniej tak nie było. Lewica miała swoje protesty, a kemaliści swoje. Teraz jakby doszło do połączenia sił dotąd ostro rywalizujących ugrupowań, między którymi nie było mowy o współpracy. Rzeczywiście skrajna lewica ma znikome poparcie społeczne. Nie jest w stanie nigdy przekroczyć progu wyborczego. Ma za to spore poparcie na uniwersytetach. Tam myśl komunistyczna, trockistowska, nieźle funkcjonuje i wśród młodych ludzi w wielkich ośrodkach trafia na podatny grunt, zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu. Niedawno sam widziałem w Ankarze na jednym z uniwersytetów plakaty z sierpem i młotem, tysiące studentów idą dobrowolnie na pochody pierwszomajowe.

Jak właściwie wygląda miejsce religii w życiu publicznym Turcji?

– Podstawą kemalizmu jest, obok nacjonalizmu, sekularyzm i laicyzm. Sam Atatürk, czyli Mustafa Kemal obalił islamskie Imperium Osmańskie, ale wpadł z jednaj skrajności w drugą. Sam nie był praktykującym muzułmaninem i po dojściu do władzy tępił duchownych. Islam został w Turcji przez kemalistów upaństwowiony. Zostało utworzone ministerstwo zajmujące się sprawami religijnymi, a główny duchowny muzułmański jest jego urzędnikiem i jednocześnie pośrednikiem pomiędzy władzami a środowiskami religijnymi, przy czym w Turcji mamy do czynienia z islamem sunnickim, gdzie nie ma hierarchii ani wyraźnych struktur. Nikt nie zabraniał chodzić do meczetu, ale wolność wyznania była bardzo ograniczona. Niemile były widziane kobiety noszące chusty na głowie, bo w Turcji nie wolno było w chustach wchodzić do urzędów ani studiować. Nawet Unia Europejska upominała się o unormowanie tych kwestii i zaprzestanie dyskryminacji wierzących. Dzisiaj tych kobiet w chustach jest dużo – inna rzecz, czy zakładają je dobrowolnie – i nikt się nie kryje z tym, że chodzi się modlić do meczetu. Ludzie zaczynają działać w różnych stowarzyszeniach, fundacjach religijnych, w tym o charakterze charytatywnym. Nawet żony prezydenta i premiera chodzą w chustach – rzecz do niedawna nie do pomyślenia.

Ale to chyba jeszcze nie dowód na odradzanie się państwa islamskiego?

– Absolutnie nie. Taka ocena rządów AKP byłaby bardzo niesprawiedliwa. Owszem, rozwiązali kilka bardzo drażliwych kwestii. Rządzący nie odcinają się od tego, że są ludźmi wierzącymi. Ale z pewnością w Turcji nie ma wojującego islamu i nigdy nie będzie. To zupełnie inny pokrój ludzi. Z kolei dla zwolenników kemalizmu to drastyczne zmiany w porównaniu z tym, co pamiętają jeszcze sprzed 15 lat.

Co jeszcze zmieniło się w Turcji w tym czasie?

– Co by nie mówić o Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, to jeszcze 10 lat temu Turcja była w stosunkach międzynarodowych państwem peryferyjnym, a dziś gra w pierwszej lidze. Warto zwrócić uwagę, że to AKP wprowadziła temat członkostwa w Unii Europejskiej. Są prowadzone negocjacje, chociaż ich rezultat jest praktycznie żaden, niemniej doszło do pewnego zbliżenia z Europą.

To ciekawe, przecież wydaje się, że to lewicowa opozycja inspiruje się ideami i konsumpcyjnym modelem życia na zachodnią modłę, a tu siłą proeuropejską okazuje się partia uznawana za islamską.

– Jest jeszcze jedna osobliwość. Kemaliści zawsze byli prozachodni, ale to oznaczało bliskie związki z USA, a nie z Europą Zachodnią. W czasach zimnej wojny uważali Europę za słabą i się z nią nie liczyli. Generalicja szukała gwarancji w Ameryce. Do dziś wszystkie większe kontrakty wojskowe są realizowane z udziałem firm amerykańskich. Stąd nawet pewne przywileje w nabywaniu niedostępnej dla innych technologii. Stąd także dobre przez wiele lat relacje z Izraelem, do czego popchnęli Turków Amerykanie, chcąc zapewnić Izraelowi jakiegokolwiek sojusznika w regionie. Erdoğan zmienił stosunek do Europy, która stała się równie ważnym partnerem.

Jaka jest strategia Ankary w relacjach międzynarodowych?

– AKP konsekwentnie prowadzi politykę równowagi. Stąd dążenie do członkostwa w UE, ale nie kosztem zerwania relacji z niektórymi partnerami na Bliskim Wschodzi, na przykład Iranem. Nawet Amerykanom nie udało się odciągnąć Turcji od współpracy z Iranem. To może budzić lęk u niektórych polityków europejskich. Ale Turcja po prostu prowadzi bardzo konsekwentną politykę narodową i nie daje się wciągnąć z nikim w układ. Udaje jej się zrywać z wpływami, na które była bardzo podatna w poprzednich dekadach, i zaczyna rozdawać swoje karty, co nie wszystkim musi się podobać. Turcja, dzięki elastycznej, wielokierunkowej polityce bardzo zyskuje, przede wszystkim gospodarczo. Ma świetne relacje nie tylko z państwami NATO i wspomnianym Iranem, ale i z Chinami. Odbudowała swoją pozycję w świecie arabskim. Jedyną ceną za to było pogorszenie stosunków z Izraelem, ale mimo to udało się uniknąć poważniejszych problemów w relacjach z USA, o czym świadczy rozmieszczenie na granicy z Syrią systemu Patriot.

Może za tymi protestami stoją jakieś siły zagraniczne, którym przeszkadza wzrost znaczenia i potęgi Turcji?

– Nie mówię, że ktoś z zewnątrz inspiruje te protesty, ale są państwa, gdzie politycy zacierają ręce. Najbliżej to oczywiście w Syrii, gdzie al-Asad ma wielką satysfakcję, bo niedawno to jego krytykowano za to, że stosuje siłę przeciwko opozycji, a teraz może powiedzieć, że w Turcji też to się robi. Władze w Damaszku wygrywają również na tym, że od 10 dni wszyscy zajmują się Turcją, a przez to mniej mówi się o tym, co się dzieje w Syrii. To jest bardzo na rękę al-Asadowi, który zyskał teraz okres pewnego wytchnienia. Ale on nie miał żadnego wpływu na wydarzenia w Stambule.

Zatem pozostają siły wewnętrzne?

– Często mówi się, że demonstrantów inspirują ludzie z kręgów kemalistowskich, mający wciąż wpływy w armii i służbach specjalnych. Mówi się o nieformalnej strukturze powołanej jeszcze w czasach Kemala Mustafy lub zaraz po jego śmierci, tzw. głębokim państwie. Miałaby ona stać na straży laickości państwa. Większość Turków jest przekonana, że coś takiego istnieje i zawsze, gdy dochodzi do zagrożenia „laickiej republiki”, ta siła dyskretnie interweniuje za pomocą ukrytych zasobów, pieniędzy i wpływów.

Erdoğan oskarża o wzniecanie niepokojów prywatne banki.

– Skoro tak twierdzi, to widać ma takie informacje. Rzeczywiście jest taki podział, że prywatne banki należą w głównej mierze do zwolenników partii kemalistowskiej. To zresztą nie tylko banki, ale wielkie koncerny o znaczeniu światowym, jak choćby Gülermak, wykonawca II linii metra w Warszawie. Chociaż myślę, że obecnie Erdoğan raczej mówi po prostu to, co Turcy chcą usłyszeć – to polityk niesłychanie pragmatyczny.

Turcji może grozić kolejny przewrót wojskowy w obronie „republiki” dziedzictwa Atatürka?

– Wpływy AKP w armii są ograniczone, ale w ciągu ostatnich 10 lat znacznie się zwiększyły. Było kilka procesów oficerów oskarżonych o przygotowywanie zamachu stanu i zostali skazani. Premier pozbył się wielu swoich przeciwników w wojsku. Sądzę, że wciąż generalicja jest przeciwna Erdoğanowi, ale też nie wierzę w scenariusz interwencji, bardzo prawdopodobny jeszcze 15 lat temu. Po drugiej wojnie światowej armia przeprowadziła trzy zamachy i wszystkie były udane – wojskowi uznawali, że w sytuacji, gdy władze cywilne sobie nie radzą, trzeba wkroczyć. Tym razem jednak tego nie zrobią. Po pierwsze – rząd sobie na to nie pozwoli, po drugie – to jest ostatnia rzecz, na którą liczą ci demonstranci. Obu stronom sporu interwencja wojskowa kojarzy się jak najgorzej. Gdyby Erdoğan wyprowadził żołnierzy na ulicę, byłby to jego koniec. Z kolei lewicowa inteligencja – rodzice tych ludzi z placu Taksim – dobrze pamięta cenę, jaką zapłacili podczas poprzednich interwencji wojskowych – armia się z nimi nie patyczkowała.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski