Wrócił dziki, XIX-wieczny kapitalizm
Piątek, 14 czerwca 2013 (09:26)Państwo nie chroni ludzi przed nadużyciami pracodawców. Prokuratury, sądy jak piłaci umywają ręce...
W filmie „Ziemia obiecana”, na kanwie powieści Reymonta, jest obraz robotnika ginącego w trybach maszyny. Właściciel fabryki odpędza zgromadzonych nad konającym robotnikiem współpracowników – do roboty, nic się nie stało!
Mam też w pamięci inny literacki obraz z poruszającego opowiadania „Dym” Marii Konopnickiej o matce, która w wypadku w fabryce straciła jedynego syna i której dym z fabrycznego komina przywoływał potem jego postać.
To był XIX wiek, początkujący, dziki kapitalizm, gdy bieda zmuszała ludzi do pracy za grosze, bez żadnej ochrony, bez żadnych praw, bez żadnych zabezpieczeń społecznych ani odszkodowań. Liczył się pieniądz, zysk, a nie człowiek. A Polska w dodatku była jeszcze pod zaborami, więc Polak szczególnie był bez praw.
Dzis mamy XXI wiek. Jest wolność. Konstytucja, Unia Europejska, kodeks pracy, prawa człowieka, prawa pracownicze. Mamy wielkie instytucje stojące na straży tych praw – inspekcje pracy, prokuraturę, sądy.
Tymczasem życie opowiada nam historie żywcem przypominające te literackie obrazy z czasów dzikiego, XIX-wiecznego kapitalizmu. Ostatnio kilka takich sytuacji trafiło do mojego biura poselskiego, głównie poprzez program interwencyjny telewizji publicznej „Sprawa dla reportera” pani Elżbiety Jaworowicz.
Młody chłopak z Białej Podlaskiej pracował u przedsiębiorcy budowlanego ledwie trzy dni. Bez umowy, na czarno, bez szkoleń, bez odzieży ochronnej, bez żadnych zabezpieczeń. Pracował na wysokości, pośliznął się, spadł i zginął. Właściciel firmy zeznał, że chłopak sam wszedł na rusztowanie bez zezwolenia. Pracownicy potwierdzili, sprawa umorzona. Według sądu, chłopak miał taki kaprys, żeby sobie poskakać po rusztowaniach dla rozrywki w czasie pracy. Żadnego odszkodowania, choćby na otarcie łez biednej matki, opłakującej, jak ta matka z opowiadania Konopnickiej, śmierć ukochanego syna.
Inny młody mężczyzna pracował na wagonie kolejowym, przegarniał szuflą węgiel czy jakieś materiały budowlane. Obok pracowała koparka, operator nie zauważył, łyżka koparki zmiażdżyła mężczyźnie głowę. Osierocił żonę i dwójkę dzieci. Zdaniem prokuratury, zmarły sam zawinił, podszedł za blisko koparki i nie miało zdaniem prokuratury i sądu znaczenia nawet to, że pracodawca nie wyposażył go w ochronny kask na głowę. (...)
I co z tego, że są prawa pracownicze, że są zasady bhp, że są czuwające nad przestrzeganiem tego prawa inspekcje i sądy? Jak się zdarzy nieszczęście, to sytuacja niczym się od tej XIX-wiecznej nie różni. Dzisiaj też bieda zmusza ludzi do chwytania się każdej pracy, często bez pytania o umowy, o szkolenia, o jakiekolwiek zabezpieczenia, ubezpieczenia czy gwarancje. Pracuj za parę groszy i ciesz się, że w ogóle coś zarobisz. Pracodawca, właściciel niewielkiej firmy, też często funkcjonuje na krawędzi bankructwa, więc zmniejsza koszty, często poprzez oszczędzanie na bezpieczeństwie pracowników. A w razie nieszczęścia wszystko zwala się na tego, którego nieszczęście spotkało. Po co tam wszedł, dlaczego nie uważał. W razie czego usłużni świadkowie, zazwyczaj drżący przed utratą zatrudnienia pracownicy, potwierdzają wszystko, czego chce pracodawca, a prokuratura i sądy, niczym piłaci, umywają ręce.
Ofiary wypadków pozostają same ze swoimi nieszczęściami, kalectwami, bez żadnej pomocy, bez rent, bez odszkodowań.
Taki jest bardzo często obraz współczesnego polskiego kapitalizmu. Śmieciowe umowy, ludzie traktowani jak śmieci i – przykro to powiedzieć – także i śmieciowe państwo, którego instytucje nie chcą, albo nie potrafią zapewnić ludziom minimalnej ochrony. (...)
Trzeba będzie po prostu zawinąć rękawy i to wszystko zmienić, przywrócić państwo ludziom, przywrócić w państwie elementarną sprawiedliwość.
Ale najpierw trzeba w demokratycznych wyborach zmienić władzę, tylko pod tym warunkiem coś się zmieni.
Cały wpis można przeczytać na blogAID.