Apetyty zostały zaostrzone
Czwartek, 13 czerwca 2013 (02:10)Z Grzegorzem Tkaczykiem, piłkarzem ręcznym Vive Targi Kielce, rozmawia Piotr Skrobisz
Jakie to uczucie być kapitanem trzeciej drużyny Europy?
– Miłe. Jesteśmy szczęśliwi, że pokonaliśmy tak mocnego przeciwnika jak THW Kiel, jakby nie było mistrza Niemiec i ubiegłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów. Natomiast gdzieś tam pozostało jednak w nas rozczarowanie po przegranym półfinale Final Four z Barceloną. Czujemy, że mogliśmy zajść jeszcze dalej.
W Final Four zagrał Pan po raz drugi, poprzednio w barwach niemieckiego Rhein-Neckar Loewen. Jak wypada porównanie?
– Z „Lwami” zająłem czwarte miejsce, z Vive trzecie, więc osiągnąłem lepszy wynik. Wiem już, jak się wygrywa mecz na takim turnieju. Poza tym ogromną różnicę zrobili nasi kibice, którzy przyjechali do Kolonii wyjątkowo liczną grupą. Byli niesamowici, nikt nie mógł liczyć na podobny doping i wsparcie.
Vice jest już zatem mocniejsze od „Lwów”, od lat czołowej ekipy Bundesligi?
– Można pokusić się o takie stwierdzenie. Nie zapominajmy też, że niedawno Vive walczyło w bezpośrednim pojedynku z Rhein-Neckar o „dziką kartę” do Ligi Mistrzów i też było górą.
Awans do Final Four był celem, ale chyba bardziej długofalowym, tymczasem udało się Wam awansować tam już w obecnym sezonie. Szczerze: spodziewał się Pan tego?
– W klubie słyszeliśmy, że będzie wspaniale, jeśli awansujemy teraz, ale nikt nie wywierał presji. Nie mówił, że musimy, za wszelką cenę etc. Kiedy jednak z kompletem zwycięstw na koncie wygraliśmy fazę grupową LM, poczuliśmy, że otwiera się przed nami wielka szansa. Światełko dodatkowo zapaliło się, gdy w ćwierćfinale natrafiliśmy na Metalurg Skopje. Wtedy powiedzieliśmy sobie, że nie możemy zmarnować takiej okazji.
Mamy świadomość, że osiągnęliśmy wiele i wiele zrobiliśmy nie tylko dla kieleckiego, ale całego polskiego szczypiorniaka. Wiemy też jednak, że apetyty wzrosły i teraz będzie już tylko trudniej. Mówi się, i jest w tym sporo racji, że łatwiej wygrać Final Four, niż tam się dostać. Lista znakomitych drużyn, które nigdy do czołowej czwórki nie awansowały, jest naprawdę długa. Konkurencja jest zatem szalona, kolejny sezon zapowiada się jako arcywyzwanie. Ale postaramy się mu podołać.
Teraz, przed zmaganiami w Kolonii, motywowały was głosy rywali, że nie zasłużyliście na awans?
– Najgłośniej mówił tak Serb Marko Vujin z Kiel. Ale dostało mu się za to mocno po uszach i to nawet od kolegów z zespołu. Nie wspominam już o naszych piłkarzach z Bałkanów, którzy to i owo mu powiedzieli. Zresztą najlepszą odpowiedź daliśmy na boisku, wygrywając mecz o trzecie miejsce. Pierwsze 30 minut pojedynku z THW było chyba najlepszą połową w całej historii Vive. Zagraliśmy wtedy na absolutnie najwyższym poziomie, wręcz perfekcyjnie w defensywie. Bramkarz, obrona, kontratak funkcjonowały jak w podręczniku. Po przerwie było nieco gorzej, rywale niemal odrobili wszystkie straty, ale z takim zespołem jak Kiel nie wygrywa się 6-7 golami.
Czego zabrakło Wam w półfinałowym starciu z Barceloną?
– Żeby pokonać Barcelonę, trzeba zagrać perfekcyjnie. Nam się nie udało, choć byliśmy blisko. Niestety, już popełniając dwa, trzy błędy, płaci się dużą cenę. Nie można chyba mieć zastrzeżeń do naszej postawy w obronie, natomiast atak pozostawiał trochę do życzenia. Na każdą bramkę musieliśmy zbyt długo i dużo pracować, rywalom wszystko przychodziło lżej. Poza tym nie oszukujmy się, sędziowie nie byli naszymi sprzymierzeńcami, podjęli kilka bardzo kontrowersyjnych decyzji. Z drugiej strony spodziewaliśmy się tego, każdy bowiem musi zapłacić frycowe. Aczkolwiek myślę, że gdybyśmy zagrali tak jak z Kiel, to i z Barceloną byśmy wygrali.
W czym tkwi siła Vive?
– W ławce. Bogdan Wenta na mecz z Kiel wymienił czterech zawodników w porównaniu ze spotkaniem z Barceloną. Mamy 16 piłkarzy na bardzo wysokim poziomie, ci teoretyczni rezerwowi udowadniają, że dają zespołowi tyle samo, co gracze pierwszoplanowi.
Czasami z 16 indywidualistów z ambicjami trudno stworzyć zespół, w Kielcach nie było z tym problemów?
– Przez lata gry nauczyłem się, że rywalizując o najwyższe cele, trzeba odłożyć na bok swoje ambicje, gdyż najważniejsze jest dobro zespołu. I w podobny sposób myślą wszyscy moi koledzy. Nie obrażamy się, gdy przychodzi nam grać przez 5, a nie 40 minut, tylko robimy wszystko, by przez najskromniejszy nawet odcinek czasu dać drużynie jak najwięcej.
Co zrobić, by Vive stało się jeszcze mocniejsze?
– O rozwój jestem spokojny. Kilka lat temu nie sądziłem, że dożyję czasów, w których gwiazda Bundesligi wybierze ofertę z Polski. Tymczasem do Kielc trafi czołowy reprezentant Niemiec. Final Four już nas nie zadowala, chcemy awansować do finału i go wygrać. Jedyne, czego potrzebujemy, to nowa hala.