Telewizja Trwam po stronie prawdy
Środa, 12 czerwca 2013 (20:22)Z o. dr. Piotrem Andrukiewiczem CSsR rozmawia Izabela Kozłowska
Telewizja Trwam przeżywa dziesiątą rocznicę istnienia. Jak wspomina Ojciec początki tej stacji? Jakie były trudności i radości?
– Trudności było rzeczywiście bardzo wiele, począwszy od całego zaplecza technicznego, które było bardzo skromne, naszego braku przygotowania, aż po skład personalny redakcji. Było jednak przekonanie, wyrażane zwłaszcza przez ojca Tadeusza Rydzyka, że trzeba zacząć, że nie można zwlekać, bo Pan Bóg daje nam właśnie te „pięć minut”. Radość była zwłaszcza po stronie słuchaczy, którzy wiele razy słyszeli mówione wcześniej: „Szkoda, że tego nie widzicie...”. Teraz mogli zobaczyć. My także radowaliśmy się, że „jednak się zaczęło”, pomimo wielu przeciwności i głosów „doradców”, którzy mówili, że nie damy rady.
Zanim powstała Telewizja Trwam, Ojciec miał bogate doświadczenia jako radiowiec. Jakie przeżycia towarzyszyły tym pierwszym dniom istnienia i występowania w Telewizji?
– Bardzo baliśmy się każdego wystąpienia przed kamerami. Nie mieliśmy przecież doświadczenia. Czuliśmy się bardzo spięci. Nie wiadomo było, co zrobić z rękami... (śmiech). Wiedzieliśmy jednak, że telewizja ma nieporównywalne oddziaływanie, a przede wszystkim, że chociaż nie dysponujemy wielkimi możliwościami technicznymi, przygotowaniem, mamy jednak wiele do powiedzenia, przekazania i pokazania. To dodawało odwagi: nie musimy mieć kompleksów – jesteśmy po stronie prawdy i nawet jeśli czasem potkniemy się na wizji, to nieważne, bo o wiele bardziej ważne jest to, co mówimy, od tego, jak wyglądamy.
Jakie doświadczenia pozostały w pamięci po posłudze w Radiu Maryja i Telewizji Trwam?
– Jest ich bardzo wiele, długo by opowiadać... Wiele z nich związanych jest z osobą Ojca Świętego Jana Pawła II. To właśnie dzięki posłudze w Radiu Maryja mogłem uczestniczyć w momentach niepowtarzalnych i historycznych, transmisjach z kraju i zagranicy. Czasem były to niezwykle trudne chwile, gdy trzeba było być równocześnie tłumaczem, komentatorem, technikiem i dziennikarzem, wszystko robić samemu, bo było nas bardzo niewielu, a na transmisje jeździliśmy pojedynczo lub we dwóch. Do dziś pamiętam ciężką walizkę ze sprzętem, taszczoną bardzo daleko, do Watykanu, ale i radość z racji uczestnictwa w niepowtarzalnym wydarzeniu.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska