• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Rekord NINIWY Team

Sobota, 8 czerwca 2013 (18:37)

 Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Relacja Jana Szewczuka z 36. dnia rowerowej pielgrzymki 24 śmiałków z NINIWA Team na Syberię

 

Dzisiejsza relacja upłynie zasadniczo pod znakiem dwóch słów: rekordu i zera. A jak ma się zero do pobijania rekordów, o tym za chwilkę.

REKORD

W ostatniej relacji mogliście przeczytać, że grupa przejechała 100 km, kilka dni wcześniej, że 200 km, a jeszcze innym razem, że 150 km. Hipotetycznie można powiedzieć, że grupa stara się każdego dnia zrobić wspomniane 150 km. Oczywiście zdarza się przejechać więcej, ale granicą są dwie setki. Nie jest to sztywna granica, jednak aby nie nadwerężać organizmu, nie ma sensu bić rekordów, co nie znaczy, że tak się nie dzieje. Zatem chcielibyście pewnie wiedzieć, ile to kilometrów grupa potrafi pokonać?

Właściwie możemy mówić o dwóch rekordach: o rekordzie wyprawy i rekordzie wyprawy przygotowawczej. Dotychczasowy rekord dystansu na wyprawie wynosi 245 km. „Zdarzył się” on podczas ubiegłorocznej ekspedycji Misja BXVI, kiedy peleton przekraczał granicę litewsko-łotewską. Natomiast dotychczasowy rekord wyprawy przygotowawczej to aż 315 km! Peleton upolował taką piękną liczbę rok temu w Boże Ciało, w drodze z Kokotka do Rzeszowa.

Jednak trzy stówy, to wyczyn, który może zdarzyć się tylko na przygotowawczych. Są one krótkimi (trzy lub czterodniowymi), ale intensywnymi wypadami rowerowymi. Mają charakter eliminacyjno-sprawdzający i trzeba na nich dać z siebie wszystko. Ojciec potrafi dać niezły wycisk. No dobrze, ale od czego są rekordy? Wiadomo, od tego, żeby je pobijać!

Uwaga! Dzisiaj rekordowy dystans dnia pobity! 316 km na liczniku!

Ale to nie koniec rekordobrania. Dzisiaj została złamana także granica dystansu całkowitego wyprawy, tym sposobem tegoroczna wyprawa stała się najdłuższą! Do tej pory rekordowe 5000 km ustanowiono podczas eskapady do Maroka: Tour de Mazenod w 2011 r.

ZERO

Przez telefon dało się wyczuć niesamowitą radość i energię, jaka panowała w grupie po machnięciu takiego odcinka. Jednak nie tylko to było przyczyną uśmiechu na buziach sakwiarzy.

Pomimo zabójczej pory, pobudka o 4.00 nie zrobiła na nikim wrażenia. Wszyscy wstali wypoczęci i przygotowani do nowych wyzwań. Równo o 5.00 zasiedli za kierownicami bolidów, kierując się na południe w kierunku stolicy Kazachstanu. Plan był taki, aby dzisiaj rozbić namioty gdziekolwiek po 150 km, a brakującą drogę do Astany przejechać na spokojnie w sobotę.

Pierwszym zaskoczeniem dla grupy była temperatura, która w chwili, kiedy opuszczali salę gimnastyczną, wynosiła już ok. 20 stopni (szczęśliwie w ciągu dnia nie przybyło za wiele kresek). Drugim zaskoczeniem była autostrada, na którą trafili, wyjeżdżając z Kokszetau. Był to totalny szok, bo od Białorusi nie mieli okazji oglądać takich rzeczy. Przecież przez ostatnie dni podróżowali po fatalnych drogach, więc kto by się spodziewał czegoś takiego? Chociaż była to faktycznie autostrada (po trzy pasy w jedną stronę), to nie przypominała polskich odpowiedników – nie było całej otoczki, infrastruktury towarzyszącej – ogrodzeń, MOP-ów, oznakowań itp., no i w zasadzie nie było żadnych samochodów. Za to droga była płatna, a na jej początku stały bramki. Mimo ich obecności oraz policjantów rowerzyści spokojnie zajęli pobocze i ruszyli przed siebie. I kolejne zaskoczenie: wiatr przez noc gdzieś przepadł. Tak dochodzimy do zer, które stały za dzisiejszym sukcesem.

Zero wiatru, zero dziur, zero ruchu, zero awarii!

Wyprawy NINIWA Team to często prawdziwy tranzyt, w czym dobitnie utwierdził nas ten piątek. Grupa wskoczyła na autobahn i trzymała się go aż do samej Astany. Taki tranzyt może dać się we znaki i stać się nużącym (wrzucasz piąty bieg, puszczasz sprzęgło i zasuwasz cały czas do przodu, aż stopa rozboli ciebie od trzymania jej cały czas na pedale gazu). Tym razem nudy nie było.

Pierwszy, sześćdziesięciokilometrowy odcinek należał do Sławka a.k.a. Kuniola Kunickiego, który zabawiał rowerzystów swoimi akrobacjami. Przy prędkości 30 km/h tańczył na rurze! Górnik sprawnie wskakiwał nogami na górną rurę ramy, po czym zaczynał przebierać nogami, wymachiwać rękami itd. Jedną z bardziej widowiskowych figur była „żaglówka”, gdzie górnik, odpowiednio łapiąc maszt od flagi, przypominał jednostkę pływającą, lub figura „leżenie na maszcie”, ale jak to wyglądało, to nie wiem. Ojciec miał kłopot z opisaniem takiej ewolucji – prawdopodobnie Kuniol plecami opierał się o flagę, a ręce unosił do góry (what!?). Jak widać, chłopak wrócił do swojej rozrywkowej natury i asfalt musiał mu podpasować. Od razu przypomina mi się sytuacja, jak na jednym ze zjazdów w Norwegii na wilgotnej nawierzchni, jadąc w okolicach 50 km/h, Górnik radośnie klaskał uniesionymi w górę rękami, a do tego odwracał się na lewo i prawo, i za siebie!

Po pierwszej przerwie kolejny dystans (55 km) przebiegł już nieco spokojniej. Ale później pojawiły się następne atrakcje. Najpierw, całkiem bezinteresownie podjechał do nich gość, który wręczył im całego, jeszcze ciepłego wędzonego indyka! A potem pojawiła się policja…

Sakwiarze myśleli, że to już koniec. W końcu jechali po autostradzie. Tymczasem mundurowi podjechali, przywitali się i powiedzieli, że zapewnią im eskortę i dla bezpieczeństwa będą ubezpieczać ich tyły. No i z panami policjantami spędzili resztę dnia! NINIWA lepiej trafić nie mogła. Chodź radiowóz był już niezłym gruchotem, to jednak megafon miał porządny. Policjanci przez całą drogę puszczali z niego muzykę i co jakiś czas dopingowali naszych: „Dawaj, dawaj, bystro, bystro!”. Po prostu byli to niesamowici gliniarze! Porządnie zatroszczyli się o grupę. Poza oprawą muzyczną, w trakcie jazdy napełniali bidony wodą, na przerwach także dowozili zapasy H2O, częstowali papierosami (na co skusili się Filip i Wax, no, ale tylko dlatego, żeby sprawić przyjemność policjantom), na bieżąco robili zdjęcia, śmiali się ze wszystkimi (kiedy Kuniol tańczył na ramie), a nawet przez jakiś czas wieźli ze sobą polską flagę!

O 14.00 przyszła pora na obiad. Wtedy też pierwszy raz cykliści zaczęli nieśmiało myśleć o tym, że mogą spróbować dojechać do Astany. Na ich licznikach było już 180 km! Po posiłku ruszyli nieco okrojonym peletonem, ponieważ z racji na złe samopoczucie Ania Baran nie wsiadła już na rower. Więc gdzie wsiadła? Acha, macie rację – do radiowozu, a razem z nią zmieściły się tam jej bagaże oraz Antek, czyli bicykl Ani. Pomimo 180 km za sobą grupa poczuła moc w nogach i kolejny dystans – 53 kilometry cisnęła ze średnią 30 km/h, wow! Później niektóre osoby zaczęły protestować, że za szybko, więc końcówkę przejechali dużo wolniej, ze średnią 27 km/h.

A przy okazji pytanie do czytelników. Czy ktoś wie, dlaczego w Kazachstanie jest tak dużo pomników koni? Cykliści zastanawiają się, skąd taka miłość do tych zwierząt wśród Kazachów? (Dzisiaj przy jednym takim pomniku jedli kanapeczki.)

ASTANA

Na rogatkach miasta grupa pożegnała wspaniałych dwóch muszkieterów i zapuściła się w głąb spowitej nocą Astany. Stolica zrobiła na śmiałkach niesamowite wrażenie. Miasto wydaje się bardzo nowoczesne, zaprojektowane z gustem, z pięknymi iluminacjami budynków i szklanymi domami. Przy czym sprawia wrażenie, jakby raptem wyrosło pośrodku pól. Wokół aglomeracji nie ma nic, jest pusto, jedynie duża liczba billboardów informuje podróżnych, dokąd się zbliżają.

Tuż przed dojazdem do katedry katolickiej, gdzie śmiałkowie nocują, zdarzyła się jedna mała awaria. Łańcuch Górnika nie wytrzymał jego całodniowych wygłupów i postanowił zaprotestować. Szczęśliwie naprawa trwała sekundy. Trzy kilometry później witali się z Marcelem i Marcinem, którzy wyglądali na niesamowicie zaskoczonych faktem, że peleton przyjechał tutaj już dzisiaj! Niezmiernie się cieszyli, a razem z nimi i cały peleton. Poza tym Marcin w końcu mógł się pochwalić nowym rowerkiem – konkretnie prezentującą się Meridą!

Piękny dzień dopełniła Msza Święta, Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa, modlitwa za wstawiennictwem ks. Jerzego Popiełuszki oraz Apel Jasnogórski. Dzisiaj (piątek) w liturgii Kościoła obchodziliśmy uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. W tę stronę kierowane były rozważania. Poprzez piękno tego dnia, ludzką życzliwość, wzajemne wspieranie się i jedność w grupie cykliści mieli możliwość odkrywania piękna Serca Jezusa. Kilometr po kilometrze rowerzyści poznają Serce Jezusa, Jego marzenia i pragnienia. Tego dnia bardzo budująca okazała się muzyka Kuniola, a zwłaszcza piosenka Siewców Lednicy „Tylko orły”: 

Tylko orły szybują nad granią,
Tylko orłom nie straszna jest przepaść,
Wolne ptaki wysoko latają,
Już za chwilę wylecimy z gniazda!

 

Bilans dnia:

- REKORDOWY dystans: 316 km

- przekroczenie granicy 5000 km w ciągu jednej wyprawy

- zero wiatru, dziur, ruchu i awarii

- zero awarii poza zerwanym łańcuchem Sławka

- nowy rower Marcina!

- niezastąpiona policja

Źródło: niniwateam.pl