NINIWA Team w Oziornoje
Czwartek, 6 czerwca 2013 (13:16) Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Jana Szewczuka z 34. dnia rowerowej pielgrzymki 24 śmiałków z NINIWA Team na Syberię
Dzisiaj będzie o dętkach, szprychach i bagażnikach, o myciu zębów i o zimach, ale również o cudach, historii i Polakach. Najpierw przeczytacie parę słów o Głównym Peletonie, a na końcu dowiecie się, co słychać u Poszukiwaczy Ram!
Główny Peleton
Jak pamiętacie z wczorajszej relacji – poranki nie należą do najprzyjemniejszych. Dawno minęły chwile, kiedy sakwiarze z uśmiechem na twarzy otwierali namioty i wychodzili rozprostować kości w blasku słońca. Choć promieni słonecznych nie brakuje, to jednak zamiast wychodzić na zewnątrz, woleliby okryć się szczelnie śpiworami i zamówić gorącą kawę i śniadanie do łóżka. Za wszystko odpowiedzialny jest kazachski klimat – umiarkowany, suchy, kontynentalny. Roczne amplitudy temperatur są tutaj bardzo duże, od kilkudziesięciu stopni powyżej zera latem do kilkudziesięciu stopni poniżej zera zimą. Podobnie sytuacja wygląda z temperaturami dziennymi, o czym dobitnie przekonują się cykliści. Gdy wstali dzisiaj o piątej rano, ich namioty i ziemia wokół pokryte były warstewką szronu, natomiast już po kilku godzinach, kiedy ich nogi żwawo obracały korbami, temperatura dobijała do trzydziestu kresek.
Klops, wczoraj zdążyłem pochwalić rowerowców za zdyscyplinowanie, a tutaj proszę, dzisiaj bez żadnego powodu zaliczyli kilkanaście minut opóźnienia. Nieładnie! No, ale myślę, że z uwagi na pogodę możemy im wybaczyć. W tym miejscu należy się kilka słów wyjaśnień. Podejrzewam, że wielu z czytelników łapie się za głowę i myśli sobie: „Po co się gorączkować, przecież to tylko kilkanaście minut?”. Oczywiście, mają w tym sporo racji, jednak w przypadku takiej wyprawy nie do końca. Zaletą rowerowych wypadów z sakwami w kilka osób jest możliwość dość swobodnego dysponowania czasem, inaczej sprawa wygląda przy kilkunastu osobach, nie mówiąc już o ponad dwudziestu. W takiej grupie trzeba podporządkować się pewnym regułom, które, choć czasem mogą wydawać się niedorzeczne, pozwalają na sprawne działanie. Co by było, gdyby kierowca autobusu czekał na każdego pasażera, który spóźniony próbuje dobiec do pojazdu? Wiadomo, rozkłady jazdy nie miałyby sensu. (By the way: to dziwne, pociągi nie czekają na spóźnialskich, a mimo to łapią kilkugodzinne opóźnienia, dlaczego?)
No, ale do rzeczy, rowery stygną! NINIWA wyruszyła po szóstej, wyjechała na drogę, a tutaj okazało się, że drogi nigdzie nie było! Ktoś w nocy zwinął asfalt! Przez pierwsze godziny jazdy stan nawierzchni był podobny do tego z wtorku, ale pod koniec dnia sytuacja uległa zmianie, może niekoniecznie poprawie, ale powiedzmy sobie, była bardziej urozmaicona, o czym nieco później. Robiąc pierwszy kilometr dzisiejszego dnia, złapali też pierwszą dętkę. Usia musiała opuścić swój wehikuł, aby panowie zajęli się opatrywaniem dziury. Po naprawie jechali dalej jak błyskawice z zawrotną prędkością 14 km/h. Tempo dyktowały zabójcze dziury, w których – gdyby była woda – można by śmiało pływać. Pomimo takiej jazdy szprycha Michała Pieca postanowiła się trochę rozerwać. I znowu potrzebna była krótka przerwa techniczna.
Mogłoby się wydawać, że każdy dzień wyprawy, zwłaszcza na takim pustkowiu, będzie taki sam. Tymczasem z tego, co mówił ojciec, wynika, że dzisiaj widoki rozpieszczały. Po drodze mijali wiele malutkich wiosek i moc zwierząt: krów, koni, gęsi i baranów (na rowerach też mają jednego Barana). Wielkie wrażenie zrobiły na nich zwłaszcza ogromne stada koni czy krów, po kilkadziesiąt, kilkaset sztuk, które obserwowały peleton i niejednokrotnie tarasowały mu drogę. Podobnie rok temu, w dalekiej Finlandii i Norwegii, renifery lubiły ścigać się z nami albo wylegiwać się na jezdni.
NINIWA zaskakiwana była co chwila. W jednej z miejscowości otrzymała nawet eskortę policji, ale zupełnie inaczej niż w Rosji. Nie było legitymowania, a mundurowi z własnej chęci postanowili ułatwić rowerzystom przejazd przez miasto. Włączyli syreny i sprawnie utorowali dla nich trasę. A na rogatkach pożegnali ich przez megafon, życząc szerokiej drogi.
Również w trakcie przerw podróżnicy spotykali się z przejawami wielkiej życzliwości. Ludzie ich zagadywali, dzieciaki podbiegały i robiły sobie zdjęcia z rowerami. Grupa robiła niesamowite wrażenie. Miejscowych nie dziwiło to, że jadą nad Bajkał, ale to, że jadą aż z Polski. Poza tym co rusz ktoś wspominał o swoich polskich korzeniach. Dlatego pewnie nie będzie Was dziwić to, że kiedy dojeżdżali do miejsca noclegu, usłyszeli sprzed jednego z domów donośne kibicowskie śpiewanie: „Polskaaaaa, Biało-Czerwoniiii”.
Po 140 km, aby spokojnie zjeść obiad, postanowili zrobić przerwę przed wjazdem do kolejnej wioski. Cały ten dystans minął im całkiem spokojnie, choć w międzyczasie szprychowe fatum padło na Kubę Kostrzewskiego, któremu odebrało dwie szprychy. Ponadto od dawna nie wiało tak jak dziś, to znaczy tak słabo. Jest to pewnego rodzaju anomalia, ponieważ poza wspomnianymi na wstępie amplitudami temperatur kazachski klimat charakteryzują również silne wiatry rozbijające się po tutejszych równinach. Zatem delikatny zefirek towarzyszył im w trakcie Mszy św., którą ojciec odprawił tuż po obiedzie. W pierwszym czytaniu pojawił się ciekawy wątek. Bohaterami kolejnego fragmentu z Księgi Tobiasza byli Sara i Tobiasz, którzy modlili się do Boga o uzdrowienie. Jak wiadomo z dalszych rozdziałów księgi, wkrótce Sara i Tobiasz spiknęli się i hajtnęli. I proszę, w peletonie także jedzie Sara, która choć nie z Tobiaszem, ale z dzielnym rowerzystą vel Piotrkiem niedługo stanie na ślubnym kobiercu w Wierszynie. Poza tym refleksja dnia: „Wszyscy odczuwamy, że źródłem ludzkiej miłości jest Boża miłość!”.
Po przerwie, kiedy grupa ruszyła, zaczęła się prawdziwa „frajda”. Zgubił się asfalt! Przez dobre 50 kilometrów jechali polną drogą, którą miejscami dużo bardziej cenili od dziurawych dróg. Niestety, przy okazji pojawił się też piach, który skutecznie utrudniał manewrowanie rowerem. Co chwila ktoś musiał podpierać się nogą, aby nie stracić równowagi, ostatecznie glebę zaliczyli Sonia, Sara i Michał Kandefer. Na tym odcinku zdarzyły się też inne niesamowite rzeczy. Hania i Sonia ćwiczyły się w myciu zębów w trakcie jazdy, wow! Natomiast ojciec złapał dętkę! Niemożliwe! Jest to jego trzeci raz w ciągu ostatnich kilku sezonów, poprzednie zdarzyły się w drodze do Maroka w 2011 i do Jerozolimy w 2010 roku. Po gumie wielebnego przyszła kolej na śrubę od bagażnika Witka. Niestety, do czasu znalezienia zastępczej śrubki, bagażnik został wyłączony z gry. Sakwy Witka przejęli Mateusz Mika i Sonia. Nie ma co się dziwić, takie rzeczy się zdarzają. W wyniku ciągłych wibracji różne części potrafią odmówić posłuszeństwa. Chociaż w przypadku bagażnika, podejrzewam, że wystarczyło kilka dni wcześniej podokręcać, co się da. Sam nieraz dziwiłem się, że taka śrubeczka potrafi odkręcić się bez niczyjej pomocy.
Po wielu mniej lub bardziej przykrych wydarzeniach peleton osiągnął Oziornoje, gdzie zatrzymał się na nocleg. Historia tej wioski zaczęła się w 1936 r., kiedy zesłani zostali tutaj Polacy ze wschodnich terenów naszego kraju. Pomimo niesprzyjających warunków ludziom udało się przetrwać w tym niegościnnym miejscu. Do dzisiaj nie prowadzi tu żadna droga asfaltowa, a zimą, tak jak ostatnio, temperatura spada do -47 stopni. Tym bardziej kilkadziesiąt lat temu życie tutaj nie było łatwe. Szczególnie trudny okazał się rok 1941, kiedy mieszkańcy byli bliscy śmierci głodowej. Swój los postanowili zawierzyć Matce Bożej, za wstawiennictwem której modlili się o ocalenie. Cudownie, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania NMP, w pobliżu wsi pojawiło się jezioro, które szybko zapełniło się takim mnóstwem ryb, że skorzystało na tym nie tylko Oziornoje, ale także sąsiednie wsie.
Obecnie w Oziornoje znajduje się Narodowe Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, w którym posługuje dwóch polskich kapłanów: ks. Tomasz i ks. Sławek. Poza tym są tutaj polskie Siostry Służebniczki i Karmelitanki oraz szwajcarscy benedyktyni. Jak już pewnie się domyślacie, sakwiarze załapali się na świetny nocleg w domu rekolekcyjnym. Są łóżka! A jak ktoś miał szczęście, to nawet trafił na ciepłą wodę w łazience. Duchowni bardzo ucieszyli się z nieoczekiwanej wizyty – rzadko kiedy trafia się tutaj ktoś z Polski, a zwłaszcza taka wielka grupa. Po 22.00 czasu lokalnego spotkali się w kościele na wspólnej modlitwie, po której ks. Tomasz (proboszcz) opowiedział im o miejscowości i Kazachstanie. Ciekawostką jest fakt, że niebawem do Oziornoje trafi ołtarz „Gwiazda Kazachstanu”, przed którym składane są modlitwy w intencji pokoju. Ten sam ołtarz gościł jeszcze w kwietniu w archikatedrze w Katowicach. Przed podobnym ołtarzem „Niebiańska Jerozolima” tego samego autora NINIWA miała okazję modlić się w 2010 r. w Jerozolimie. Po odśpiewaniu Apelu Jasnogórskiego grupa udała się na zasłużony odpoczynek. Jutro kierunek: południe.
Uff, chyba napisałem o wszystkim. Dzisiaj tyle się działo, że ojciec dzwonił dopiero po północy swojego czasu i co jakiś czas przerywał rozmowę przeciągłym ziewaniem. Jutro dalszy ciąg z relacji Pociągu NINIWA, zapraszam!
Poszukiwacze Ram
No właśnie, a co z ramą Marcina? Ogólnie nie jest kolorowo. Rama Marcina jest aluminiowa, dlatego nie dziwi już fakt, że wczorajszy spaw nie wytrzymał (aby zespawać aluminium, potrzeba specjalnego sprzętu, natomiast przeciętna spawara, jaką napotykamy w stodole, doskonale daje sobie radę przy spawaniu stali, ale nie glinu).
W związku z powyższym plan jest dość prosty – kupić nowy rower! Peleton pojechał przed siebie, a Marcin razem z Marcelem udali się do większego miasta – Kokszetau. Oczywiście udali się stopem. Ruch na drogach jest znikomy, więc na jakikolwiek samochód musieli czekać bardzo długo. Po dwóch godzinach zatrzymał się wesoły Linar Alyniev – muzułmanin z Kokszetau, człowiek renesansu, prowadzący wiele interesów i właściciel pojemnego lexusa. Wspaniały gość, nie dość że zabrał chłopaków, to jeszcze zaprosił ich do swojej restauracji.:) Po obiadku, pełni optymizmu ruszyli na poszukiwania roweru. Wprawne oko Marcina taksowało każdy napotkany rower. Niestety, żaden nie spełnił jego oczekiwań. Chińskie „cudeńka” nadawały się co najwyżej do jeżdżenia do sklepu. Trafiło się też kilka treków, jednak i te nie były przystosowane do montażu bagażnika i wytrzymania trudów wyprawy. Jak to określił Marcel: „Jest jak na odpuście”. To znaczy: jest pełno przeróżnych wynalazków, ale nic użytecznego.
Zatem jutro wcielają w życie plan B. W okolicach południa ruszają pociągiem na południe, do Astany, mając nadzieję, że tam coś znajdą. Mimo że jest to stolica, to też może być problem ze znalezieniem dobrego sklepu rowerowego. Trzymajmy kciuki!
Bilans dnia:
– 196 km dystansu
– oszronione buźki rowerzystów
– dwie dziurawe dętki
– trzy strzelające szprychy
– trzy „glebogryzarki”
– bagażnik z powyłamywanymi śrubami
– kazachscy Polacy
– 50 km po polnych drogach
– morze bazarowych rowerów
Źródło: niniwateam.pl