Dzień milczenia NINIWA Team
Środa, 5 czerwca 2013 (09:59) Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Jana Szewczuka z 33. dnia rowerowej pielgrzymki 24 śmiałków z NINIWA Team na Syberię
Dzisiaj będzie mowa trochę o jedzeniu, o brzuchach, o ramach i kołach, o wietrze i chmurach. Zapraszam do relacji z 33. dnia!
Na wstępie wielkie podziękowania dla Łukasza za jego wyjątkowo kwieciste relacje! Teraz swoimi talentami będzie mógł wykazywać się na sesji – trzymamy kciuki! Swoją drogą, powinien zrobić tak, jak wielu Cyberbajków, którzy sesję odłożyli na bok – bo wiadomo, nie zawsze zdarza się okazja, aby popływać w Bajkale.
Na najbliższe kilka dni studio nagrań NINIWA Team przenosi się do Warszawy, skąd będę miał przyjemność pisać dla Was o tym, co dzieje się u sakwiarzy. Z tego miejsca trzymam kciuki szczególnie za Marcina Mazurka, który (świat jest naprawdę mały) jest moim niedalekim sąsiadem. A poznałem go zaledwie parę miesięcy temu poprzez Niniwę, a dokładnie przez Marcela, który „wpadł” na chwilkę do stolicy, robiąc sobie mały rowerowy trening (dystans Kraków – Warszawa za jednym zamachem). Tak więc kibicuję Marcinowi, któremu faktycznie przydałoby się trochę szczęścia, o czym za chwilę się przekonacie…
Dla grupy dzień zaczął się niemal jak zwykle, to jest o 4.30. Tyle że ten poranek różnił się od innych jedną drobną kwestią – temperaturą. Szykowaniu śniadania, składaniu zawilgotniałych namiotów, krótkiej rozgrzewce i innym czynnościom towarzyszyły zaledwie dwa stopnie powyżej zera! Jak do tej pory był to najchłodniejszy początek dnia. Szczerze mówiąc, podziwiam całą grupę, która mimo niesprzyjających warunków czy ogólnego zmęczenia jest zdyscyplinowana i codziennie gotowa do jazdy na czas (w zeszłym roku na wyprawie na Nordkapp były z tym małe problemy).
Wszystkie koła równo o 5.30 stanęły na starcie, niestety poza jednym. I tutaj zaczyna się historia Marcina. Jego obręcz uległa niszczycielskim właściwościom rosyjskich i kazachskich dróg. Pomimo sprawnej akcji serwisowej rowery ruszyły dopiero przed 6.00. Po kilkudziesięciu minutach jazdy pojawił się stary znajomy niniwiaków – mocny boczny wiatr. Wkrótce do wiatru dołączył kolejny wróg, chociaż łatwiej powiedzieć, że zniknął przyjaciel, to znaczy: asfalt. Przez calutki dzień nawierzchnia bitumiczna pojawiała się tylko pomiędzy licznymi dziurami, a czasami zupełnie ustępowała szutrówce. Po 68 km udało im się dojechać do małej wioski, gdzie zatrzymali się na popas przed malutkim sklepikiem. Uzupełnili zapasy i ruszyli dalej. Pomimo wszystkich przeciwności peleton sprawnie połknął dzisiejszy dystans 201 kilometrów. Ale, ale, nie tak łatwo!
Dlaczego nie tak łatwo? Najpierw zacytuję zdanie, które zaledwie dwa dni temu Marcin zamieścił na forum dla rowerowych wojażerów: „My jesteśmy przygotowani nawet na pęknięcie ramy”. Teraz już pewnie domyślacie się, co się stało, hm? Tak, to prawda, zaraz po przerwie Marcinowi pękła rama tuż za mostkiem (będą foty na stronie)! Po raz drugi tego dnia Marcin stał się bohaterem dnia. Po obdukcji i naradzie starszych grupa postanowiła się podzielić. Peleton pojechał w dalszą trasę, natomiast Pechowiec razem z Marcelem i Mateuszem Miką vel Piratem cofnęli się kilka kilometrów do mijanej wioski, celem znalezienia kogoś ze spawarką. I taka mała dygresja: rok temu, kiedy Filipowi Hepnerowi drugi raz pękła Koga, udało mu się zespawać rower w dosłownie kilkanaście minut – w mijanym akurat gospodarstwie rolnym w środku niczego w Finlandii (słowa Filipa: „Zobaczyłem, że stoi traktor, a to znaczyło, że będzie też spawarka”). Tym razem nie poszło tak łatwo, choć chłopaki znaleźli to, czego szukali.
Tymczasem grupa jechała dalej i zatrzymywała się na kolejnych przerwach. Dzisiejsza jazda, poza powyższymi przykrymi wydarzeniami, upływała pod znakiem milczenia. Był to dobry moment na chwilę refleksji, medytacji, szukania swojego „ja”. Zarządzenie ojca było jasne: jeden dzień próby, nikt się nie odzywa. I faktycznie, poza wyjątkowymi okolicznościami, wszyscy jechali w ciszy. Wielka cisza! Do tego stopnia, że ojca aż zatkało – nawet na postojach dało się słyszeć tylko podmuch wiatru. A widoki mieli takie, że aż prosiło się, żeby zamienić ze współtowarzyszem kilka słów. Nie dlatego, że były to takie wspaniałe pejzaże, tylko że takie nudne. Oczywiście, zależy to od indywidualnych upodobań, ale jak dla mnie, patrzenie przez cały dzień na równinę równin, stół stołów, i to aż po horyzont, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Natomiast urozmaiceniem kraju płaszczaków były ciemne chmury, które po obiedzie zebrały się na nieboskłonie. Rowerowcy nieco się „zestrachali”, szczęśliwie nawet nie musieli zakładać na siebie żadnych cerat (cerata – rowerowa kurtka przeciwdeszczowa, której jedyną zaletą jest to, że nie przepuszcza wody, niestety nie przepuszcza także potu, więc człowiek robi się szybciutko mokry od środka; cerata dobra jest, kiedy chcesz podjechać parę metrów po bułki). Nawet nie zauważyli, kiedy przestało kropić. Zatem jeśli chodzi o pogodę, to trzeba przyznać, że była dość udana, tak na czwórkę z minusem.
Żeby nie było tak kolorowo, trzeba jeszcze pod koniec relacji dołożyć kilka łyżek dziegciu.
Po pierwsze, długość wyprawy daje się we znaki nie tylko rowerom. Zmęczenie dopada praktycznie wszystkich, a poza tym zdarzają się i inne, większe dolegliwości. Jola zmaga się z dużymi bólami w prawej stopie, z kolei Michał Kandefer ma rozstrój żołądka. Pomimo trudów oboje dzielnie walczą! Po drugie, kiedy sakwiarze mieli 190 km i zapełniali swoje sakwy smakołykami ze sklepu tak małego, że mogło tam wejść tylko kilka osób, doszła ich uszu kolejna zła informacja. Doszła, ponieważ nie mogła przyjechać. Marcin pojawił się z rowerem, a nie na rowerze! Więc jak dotarł? Jak by to ujęła „gwiazda” internetu Lech Roch Pawlak: „na rowerze samochodem”. A jak do tego doszło? Otóż ramę udało się zacerować po kilku godzinach poszukiwań spawacza, ale po kilkudziesięciu kilometrach ponownie została pokonana przez dziury. Spaw okazał się niewypałem i tak naprawdę jeszcze bardziej osłabił konstrukcję ramy. A Marcinowi nie pozostało nic innego, jak złapać stopa.
Z nosami spuszczonymi na kwintę pokonali kolejne parę kilometrów i zatrzymali się na nocleg w małej wiosce. Po rozłożeniu namiotów i zjedzeniu kolacji, po dobrej godzinie dojechali Marcel i Mateusz. Swoją drogą, niesamowicie twardzi gracze – za jednym razem, bez zatrzymywania się, przejechali 110 kilometrów!
Na koniec dnia była chwila dla ducha – Msza Święta, następnie Nabożeństwo czerwcowe oraz codzienna modlitwa za wstawiennictwem księdza Jerzego Popiełuszki. W Liturgii Słowa, w pierwszym czytaniu Tobiasz przyrównany zostaje do Hioba, który wypowiedział znamienne słowa: „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga, czemu zła przyjąć nie możemy?”. Trzeba mieć dużo odwagi i cierpliwości, aby trwać w wierze. Osobiście wydaje mi się, że np. kiedy jestem szczęśliwy, coś mi się udało, podziwiam piękne widoki, łatwo mi o słowa w rodzaju: „Boże, dzięki Ci. Super, że jesteś” itp. Tymczasem, kiedy coś nie idzie, jak powinno, zastanawiam się, gdzie jest Bóg. Pomimo niepowodzeń, wiedzmy, że nad nami jest Jego Oko, które przypatruje się temu, jak zmagamy się z życiem.
Wiatr w twarz, złamana rama, ból nogi czy brzucha – najgorszą rzeczą jest załamać się i kląć na prawo i lewo. Wiara, ale też po prostu dobry charakter najlepiej ćwiczy się przez takie wydarzenia. Z kolei w Ewangelii padają powszechnie znane słowa Jezusa: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Nie jestem wielkim mentorem ani kaznodzieją, więc nie będę się silił na podniosłe refleksje. Powiem tylko jedną myśl: kiedy Niniwa jest w trasie, dba o rowery, dba o to, by brzuchy były pełne, o to, żeby dobrze się wyspać też dba, ale przy tym nie zapomina o rozmowie z Bogiem, o poświęceniu czasu dla Niego!
All right, gdy kończę skrobać niniejszą relację, sakwiarze już smacznie śpią od dobrych kilku godzin. Dzisiaj rozbili namioty nieopodal muzułmańskiego cmentarza. Trawka równa i miękka, tylko musieli bardzo uważać, żeby nie zaliczyć licznych placków/min, jak to się ładnie mówi. Miałem pisać o jedzeniu, ale to może jeszcze przy okazji, z kolei jeśli chodzi o przygody Marcina, to ciąg dalszy jutro! Jak na wstępie napisałem, przyda mu się odrobina szczęścia.
Pozdrowienia:
– Dla rodziców Michała Kandefera w 25. rocznicę ślubu. Ślemy najlepsze życzenia i pamiętamy w modlitwie. Dzisiaj Michał jechał w Waszej intencji, zmagając się z choróbskiem!
– Dla Łukasza Wanota za relacje.
Bilans dnia:
– 201 km dystansu
– niesforna obręcz Marcina
– do kompletu złamana rama Marcina
– odchodząca od zmysłów stopa Joli
– wybuchowy brzuch Michała
– 110 km Marcela i Mateusza bez międzylądowań
Źródło: niniwateam.pl