• Piątek, 30 października 2026

    imieniny: Przemysława, Edmunda

Musimy pamiętać o naszych rolnikach

Piątek, 30 października 2026 (09:22)

Rozmowa z Moniką Przeworską, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej

 

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zwrócił się do Polski, Węgier, Słowacji i Rumunii z prośbą o pomoc w tranzycie zboża na Zachód.

– Należy zauważyć, że jeszcze na przełomie września i października Ukraina zwróciła się do Komisji Europejskiej z wnioskiem o wsparcie finansowe w wysokości 1,1 mld euro na pokrycie dodatkowych kosztów eksportu produktów rolnych. Jak wiemy, dotychczas znaczna część ukraińskiego zboża była eksportowana za pośrednictwem portów nad Morzem Czarnym. Jednak w związku z trwającą wojną, rosyjską blokadą oraz nasilającymi się atakami na infrastrukturę portową i statki możliwości te zostały poważnie ograniczone. W tej sytuacji Ukraina poszukuje alternatywnych szlaków eksportowych, a jednocześnie oczekuje od Unii Europejskiej wsparcia finansowego i logistycznego. Powstaje istotne pytanie o zasadność takiego rozwiązania. Mamy do czynienia z sytuacją, w której państwo niebędące członkiem Unii oczekuje, że Wspólnota sfinansuje eksport jego produktów rolno-spożywczych. Produkty te, jeżeli trafią na unijny rynek, mogą wpływać na poziom cen i konkurencyjność europejskich producentów, podczas gdy ukraińskie rolnictwo funkcjonuje w odmiennych warunkach produkcji i przy innych wymaganiach regulacyjnych niż rolnictwo państw członkowskich. Oczywiste jest, że Ukraina znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji. Nie możemy jednak zapominać o interesach polskich rolników i konieczności ochrony naszego rynku. Dlatego kluczowe pozostaje rozróżnienie pomiędzy tranzytem a importem zboża. W dalszym ciągu oczekujemy konkretnych informacji, w jaki sposób Polska i pozostałe państwa miałyby uczestniczyć w organizacji tego tranzytu, jakie byłyby jego warunki oraz kto miałby ponosić koszty z nim związane. Niezbędne jest również zapewnienie skutecznych mechanizmów kontroli, które zagwarantują, że zboże rzeczywiście trafi na rynki docelowe, a nie pozostanie np. na polskim rynku.

Podczas pierwszej fali napływu ukraińskiego zboża na rynek europejski to właśnie państwa graniczące z Ukrainą poniosły największe koszty gospodarcze tej pomocy.

– Tak, polskie magazyny i elewatory zostały wypełnione znacznymi ilościami ukraińskiego zboża, co dodatkowo zwiększyło presję na krajowy rynek rolny. Doprowadziło to do sytuacji, w której polscy rolnicy mieli poważne trudności ze sprzedażą własnych zbiorów, a nawet jeśli znajdowali odbiorców, często musieli akceptować znacznie niższe ceny. To pokazało, jak poważne konsekwencje dla naszego rolnictwa może mieć niewłaściwie zorganizowany i niedostatecznie kontrolowany napływ produktów rolnych z Ukrainy. Dlatego w sytuacji, gdy ponownie rozmawiamy o zwiększeniu tranzytu ukraińskiego zboża przez terytorium Polski, konieczne jest wcześniejsze wypracowanie jasnych zasad jego organizacji. Nie możemy dopuścić do powtórzenia sytuacji, w której koszty europejskiej solidarności z Ukrainą w największym stopniu ponosili polscy rolnicy.

Jakie kroki należy w związku z tym podjąć?

– Przede wszystkim powinniśmy zadbać o skuteczną kontrolę tranzytu, a także o to, aby Polska odnosiła z niego wymierne korzyści gospodarcze. Obecnie strona ukraińska korzysta z naszej infrastruktury drogowej, kolejowej i logistycznej, natomiast korzyści dla naszej gospodarki nie zawsze są współmierne do ponoszonych kosztów. Infrastruktura jest eksploatowana, dlatego przy organizacji ewentualnego zwiększenia tranzytu powinniśmy wynegocjować rozwiązania, które zapewnią odpowiednie jej finansowanie oraz większy udział polskich przedsiębiorstw transportowych i logistycznych w obsłudze tych przewozów. Z dużym zadowoleniem przyjmuję działania polskich służb odpowiedzialnych za kontrolę towarów przekraczających granicę polsko-ukraińską. Z informacji przekazywanych przez ukraińskich przedsiębiorców wynika, że część firm przewozowych ogranicza zainteresowanie transportem produktów rolnych przez Polskę ze względu na szczegółowe kontrole prowadzone przez polskie służby celno-skarbowe, sanitarne i weterynaryjne. W tym miejscu należą się ogromne podziękowania funkcjonariuszom i pracownikom tych instytucji, ponieważ to właśnie dzięki ich zaangażowaniu możliwe jest skuteczne egzekwowanie obowiązujących przepisów i ochrona naszego rynku. Państwo musi konsekwentnie egzekwować ustanowione prawo i w sposób odpowiedzialny prowadzić politykę gospodarczą, uwzględniając przede wszystkim interes własnych obywateli i przedsiębiorców. To, co obserwujemy na granicy, pokazuje, że dysponujemy odpowiednimi mechanizmami kontroli i powinniśmy z nich konsekwentnie korzystać. Pomoc Ukrainie nie może oznaczać przerzucania kosztów tego wsparcia na polskich rolników i podatników.

Które mechanizmy powinny zostać zastosowane w przypadku potencjalnego tranzytu?

– Kluczowe jest to, aby tranzyt ukraińskiego zboża rzeczywiście był tranzytem, a nie sposobem na obejście obowiązującego embarga. Dlatego konieczne jest wprowadzenie skutecznych mechanizmów kontroli obejmujących elektroniczny monitoring transportów, plombowanie ładunków oraz obowiązkowe potwierdzanie opuszczenia przez nie terytorium Polski. Należy również uszczelnić system kontroli dokumentacji, aby wyeliminować ryzyko tzw. wahadeł papierowych i ponownego wprowadzania zboża na polski rynek.

Nasi rolnicy i hodowcy zmagają się z olbrzymimi problemami. Przykładem tego jest chociażby sprawa zoo w Łącznej, gdzie tzw. społeczni ekolodzy w asyście prokuratury i policji bezprawnie odebrali właścicielom zwierzęta.

– Liczę na to, że sprawa zoo w Łącznej stanie się impulsem do poważnej dyskusji nad zasadami odbierania zwierząt ich właścicielom. To, co wydarzyło się w Łącznej, wywołało ogromne kontrowersje i pokazało, jak ważna jest przejrzystość takich działań. Z podobnymi problemami od lat mierzą się również polscy rolnicy i hodowcy, którym w ramach interwencji odbierane są zwierzęta. Niestety, ten temat zbyt rzadko jest przedmiotem rzetelnej debaty publicznej. Wyjątkiem pozostają „Nasz Dziennik", Telewizja Trwam czy Radio Maryja, które podejmują kwestie kontrowersyjnych interwencji. Nie możemy wychodzić z założenia, że organizacje posiadające szczytne cele statutowe są automatycznie wolne od nieprawidłowości. Ich działalność również powinna podlegać kontroli, szczególnie gdy w grę wchodzą dobrostan zwierząt, prawa właścicieli i publiczne zbiórki pieniędzy.

Sam właściciel zoo przyznał, że tzw. obrońcy zwierząt przyczynili się do śmierci niektórych osobników, a pozostałe karmili niewłaściwym pokarmem. Czy to nie ukazuje hipokryzji, a przede wszystkim braku wiedzy tego środowiska?

– Musimy wyraźnie oddzielić rzeczywistą ochronę zwierząt od działalności nastawionej przede wszystkim na medialny rozgłos i pozyskiwanie pieniędzy. Jeżeli dochodzi do odbierania zwierząt bez wystarczających podstaw, przedstawiania ich stanu w sposób zmanipulowany i wykorzystywania emocjonalnych historii do prowadzenia zbiórek, mamy do czynienia z poważnym problemem wymagającym zdecydowanej reakcji państwa. Kolejną kwestią są kwalifikacje przedstawicieli organizacji prozwierzęcych. Dzisiaj taka osoba nie musi posiadać specjalistycznego wykształcenia weterynaryjnego czy zootechnicznego, choć uczestniczy w interwencjach dotyczących zwierząt gospodarskich. Nie każda zmiana wyglądu świadczy o zaniedbaniu. Dlatego uważam, że kluczową rolę w ocenie dobrostanu zwierząt powinny odgrywać odpowiednio finansowane i kadrowo wzmocnione służby weterynaryjne oraz wykwalifikowani specjaliści. Organizacje społeczne mogą sygnalizować nieprawidłowości, ale nie powinny zastępować profesjonalnego nadzoru państwowego.

Co należałoby zmienić?

– Mam wrażenie, że w Polsce wciąż zbyt mało mówi się o finansowym aspekcie interwencyjnego odbierania zwierząt i mechanizmach, które mogą prowadzić do poważnych nadużyć. Liczymy, że sprawa zoo w Łącznej stanie się impulsem do debaty nad art. 7 Ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt i jego zmianą. Niestety, obecna dyskusja legislacyjna zmierza w innym kierunku. Przykładem jest druk sejmowy nr 700, określany mianem „ustawy łańcuchowej”, który naszym zdaniem budzi poważne obawy również wśród hodowców i producentów ryb, a także w kwestii uprawnień organizacji pozarządowych. Mam nadzieję, że ze sprawy Łącznej zostaną wyciągnięte konkretne wnioski. Ochrona zwierząt nie może stawać się sposobem na zarabianie pieniędzy kosztem ich właścicieli.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Zofia Sońta, „Nasz Dziennik”