Odstraszyć Rosję
Piątek, 4 września 2026 (13:10)Z prof. Piotrem Grochmalskim, ekspertem ds. bezpieczeństwa i wojskowości, rozmawia Urszula Wróbel
Co Polska powinna zrobić, aby odstraszyć Rosję i przygotować państwo oraz społeczeństwo na eskalację jej działań?
Obecnie mamy do czynienia z bardzo aktywną postawą Prezydenta. Zwróćmy uwagę, że gdy w jednym z wywiadów Donald Tusk wysłał do Waszyngtonu komunikat, że nie chcemy żadnej stałej bazy, Prezydent natychmiast zadzwonił do prezydenta Trumpa, aby wyjaśnić, że nam na niej zależy – i to w kilku formatach. Warto podkreślić znaczenie tych bezpośrednich relacji między Prezydentem Polski a prezydentem Stanów Zjednoczonych. Istotna jest także determinacja, z jaką Prezydent zmusza rząd do rezygnacji z podobnych manifestacji, skutecznie gasząc pożary rozpalane przez gabinet Donalda Tuska.
To kluczowe, zwłaszcza gdy dodamy, że Prezydent został wybrany przez większość Polaków, podczas gdy obecny rząd takiej większości obywateli nie uzyskał. Do Stanów Zjednoczonych oraz naszych pozostałych sojuszników popłynął jasny sygnał zapowiadający korektę po wyborach prezydenckich – sygnał, że Naród postawił na polityka jednoznacznego w kwestii gotowości do obrony kraju.
Co zatem należy robić? Po pierwsze: stanąć murem za polskim Prezydentem. Po drugie: wygrać wybory i odsunąć od władzy ekipę, która będąc w opozycji, niszczyła państwo i osłabiała jego zdolności obronne. W przeszłości radykalnie redukowali oni nasz potencjał militarny i naciskali na to, aby Polska broniła się dopiero na linii Wisły. Dziś ludzie za to odpowiedzialni – jak choćby obecny szef Akademii Sztuki Wojennej, który bezpośrednio wpisywał się w tamtą narrację – odpowiadają za szkolenie polskich elit wojskowych. Dlatego tak ważne jest wzmacnianie i ochrona instytucji Prezydenta. Przypomnę, że w Polsce dochodziło przecież do kolejnych prób dokonania zamachu stanu na głowę państwa. Nie potrzebujemy nawet rosyjskich służb, skoro Polskę mogą zdestabilizować ludzie, którzy własne interesy stawiają ponad bezpieczeństwo kraju.
Po drugie, musimy skutecznie budować spójność społeczną na tym najbardziej podstawowym, elementarnym poziomie, ćwicząc odporność i organizację. Powinniśmy traktować to jako nasz obywatelski obowiązek. Kwestią absolutnie fundamentalną jest rozliczenie polityków z tego, na ile realnie służą bezpieczeństwu państwa, a na ile – świadomie lub nie – wpisują się w szeroko pojętą operację „fazy 0”, osłabiając Polskę.
W związku z tym nadchodzące wybory będą dla naszej państwowości walką o „być albo nie być”. Proces ten nie dotyczy przecież wyłącznie sfery militarnej, ale uderza także w bezpieczeństwo medyczne i żywnościowe. Przypomnę również, że tempo zadłużania kraju przekracza wszelkie hamulce, w tym konstytucyjny limit 60% PKB. Jednocześnie przy tak ogromnym, rosnącym deficycie publicznym pieniądze po prostu parują i znikają. Efekt jest taki, że musimy zaciągać kredyty – i to pomimo zapewnień, że na zbrojenia idą gigantyczne fundusze.
Premier Donald Tusk stwierdził niedawno, że najbliższe siedem–osiem miesięcy będzie kluczowe, a Rosja poważnie przygotowuje się do eskalacji. Czy podziela Pan tę diagnozę i co, Pana zdaniem, może się w tym czasie wydarzyć?
Słowa premiera należy natychmiast zestawić z jego realnymi działaniami – mam na myśli ostatnie operacje rządu: ściganie ludzi, łamanie prawa czy zastraszanie obywateli. Coraz głośniej mówi się o tym, że w Polsce mamy już do czynienia z rodzajem pełzającej dyktatury. Ludzie są zastraszani, nikt nie może czuć się bezpiecznie, bo każdemu można postawić sfabrykowane zarzuty i każdego zatrzymać. Doświadczyliśmy już przykładów stosowania tortur psychicznych wobec ks. Michała Olszewskiego oraz urzędniczek.
Czytam obecnie książkę Jana Karskiego „Tajne państwo”, opisującą metody Gestapo i aparatu niemieckiego podczas okupacji. Z przerażeniem dostrzegam, że niektóre praktyki współczesnej polskiej prokuratury – jak choćby bulwersujące ściganie polskiego żołnierza – stają się niepojęte. Nie widzę przy tym żadnej stanowczej reakcji premiera. Z jednej strony Donald Tusk deklaruje, że rząd stoi za nimi murem. Z drugiej – rzeczywistość brutalnie to weryfikuje.
Problem sprowadza się do prostego „sprawdzam”: gdzie w działaniach tego rządu są dowody na konsolidację bezpieczeństwa i realne przygotowania? Moim zdaniem premier robi coś dokładnie odwrotnego. Już w kwietniu ogłaszał, że wojna wybuchnie lada moment, choć do dziś nie wiemy, na jakiej podstawie wysunął te wnioski.
Tego typu komunikaty można odczytywać jako celowe pogłębianie lęku w społeczeństwie. Służy to równoległemu zastraszaniu obywateli oraz opozycji i niszczeniu demokracji. Jeśli lider państwa sięga po takie instrumenty, a jednocześnie stoimy w obliczu strategicznych katastrof, to mamy do czynienia z rażącą sprzecznością. Nie wolno z jednej strony straszyć społeczeństwa zagrożeniem zewnętrznym, a z drugiej – głęboko je wewnętrznie rozbijać.
Rosja może przygotowywać mobilizację nawet 600 tysięcy żołnierzy. Do czego Moskwa może potrzebować tak ogromnych sił – dalszej ofensywy na Ukrainie czy również działań wymierzonych w państwa NATO?
Dzisiaj Moskwa zmaga się z głębokimi problemami strukturalnymi. Rosyjskie państwo jest obecnie całkowicie podporządkowane machinie wojennej, wokół której powstały potężne grupy interesów czerpiące z niej zyski. W efekcie Rosja wpadła w podwójną pułapkę. Trwający konflikt stał się bowiem doskonałym instrumentem realizowania interesów Pekinu i stopniowego uzależniania Moskwy od Chin. Chiny praktycznie przejmują aktywa tego państwa i finansują wojnę na każdym poziomie: od dostarczania kluczowych podzespołów przez zakup ropy naftowej aż po głęboką współpracę chińskiego i rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Formaty te budowano jeszcze przed pełnoskalową agresją na Ukrainę. Z drugiej strony Zachód również jest już zmęczony tym konfliktem. W Moskwie wciąż pokutuje myślenie, że trzeba za wszelką cenę pokazać Zachodowi własną determinację.
Wizja mobilizacji 600 tysięcy ludzi niesie jednak za sobą ogromne ryzyko tąpnięcia wewnętrznego i wybuchu niepokojów społecznych w Rosji. Putin ma świadomość, że taki krok mógłby obalić jego rząd. Rosjanie doskonale pamiętają historię pierwszej wojny światowej, kiedy to car stracił władzę, a powstała wówczas demokratyczna republika została ostatecznie obalona przez bolszewików. W Rosji pamięć historyczna ma ogromne znaczenie. Putin wie, że to dla niego śmiertelne niebezpieczeństwo. Obecnie traktuje więc te zapowiedzi głównie jako narzędzie zastraszania – choć gdyby rzeczywiście zdołał przeprowadzić taką mobilizację, mielibyśmy poważny problem.
Sądzę jednak, że szef Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin oraz szef FSB Aleksandr Bortnikow – którzy spotykali się z wysłannikiem prezydenta Stanów Zjednoczonych w sprawie ewentualnego zakończenia wojny – doskonale znają nastroje w armii i społeczeństwie. Rosja jest potężnie wyczerpana tym konfliktem. Kreml skutecznie buduje jednak narrację opartą na historycznym micie rosyjskiego społeczeństwa: jako takiego, które ma rzekomo wyższy próg wytrzymałości na ból i potrafi znieść znacznie więcej niż społeczeństwa zachodnie.
Coraz częściej pojawiają się ostrzeżenia przed możliwością „poważnej prowokacji” lub nawet ograniczonego rosyjskiego ataku na państwo NATO. Jak taki atak mógłby wyglądać i dlaczego za najbardziej narażone uznaje się przede wszystkim państwa bałtyckie?
Dużo się o tym mówi praktycznie od samego początku konfliktu. Wtedy zdano sobie sprawę z wniosków płynących z pierwszych analiz i gier strategicznych. Pokazywały one, że w przypadku rosyjskiego uderzenia państwa bałtyckie mogłyby zostać zdobyte bardzo szybko. Powstał zresztą cały szereg opracowań na temat ewentualnego wybuchu takiej wojny. Warto wspomnieć chociażby słynną książkę generała Richarda Shirreffa, który w 2014 roku – podczas pierwszej agresji Rosji na Ukrainę – był jednym z najważniejszych dowódców NATO w Europie. Pisał ją ku przestrodze, ostrzegając przed rosyjskim atakiem i kreśląc schemat takiego konfliktu. W jego scenariuszu uderzenie spadło właśnie na jedno z państw bałtyckich.
Obecnie dysponujemy wieloma poważnymi opracowaniami pokazującymi, jak taki konflikt mógłby przebiegać – na przykład w Estonii, w rejonie Narwy. Narwa to szczególne miejsce. Po II wojnie światowej, w wyniku sowieckiej okupacji, drastycznie zmienił się tam charakter etniczny – ludność estońska została w dużej mierze zastąpiona przez rosyjskich osadników. Dzisiaj dochodzi tam do całego szeregu prowokacji. Po drugiej stronie granicy Rosjanie organizują festiwale o silnej narracji antyestońskiej. Estonia obawia się, że scenariusz może przypominać ten z Donbasu. Może tam powstać prorosyjski organ, który ogłosi utworzenie np. „Narwijskiej Republiki Ludowej”, ogłosi, że lokalni Rosjanie są prześladowani przez Estończyków i poprosi Moskwę o wsparcie.
Wtedy Rosja wkracza pod pretekstem obrony swoich rodaków. Jednocześnie rosyjscy dyplomaci wysyłają do stolic państw zachodnich komunikaty z absurdalnym uzasadnieniem, że to jedynie „akcja humanitarna” i „odruch serca”. Przekonują, że nie mają dalszych zamiarów agresji wobec NATO, a cała sytuacja to jedynie lokalny incydent.
W odpowiedzi Estonia występuje o uruchomienie art. 5. powołując się na naruszenie integralności terytorialnej, czyli de facto na agresję. Jednak decydenci w NATO mają wątpliwości, czy warto ryzykować globalny konflikt nuklearny. Rosja przecież ostrzega: „Jeśli dacie się sprowokować i nie uznacie, że to tylko incydent, którego nie chcemy eskalować, to pamiętajcie o naszym arsenale jądrowym”. Jeśli w takiej sytuacji Sojusz nie podejmie decyzji o uruchomieniu art. 5., w istocie rozstrzygnie to o jego losie. Po takim ciosie NATO już by się nie podniosło – byłby to gigantyczny kryzys wiarygodności wspólnoty, która ma gwarantować bezpieczeństwo i integralność terytorialną swoich członków.
To klasyczny przykład gry, w której Rosja nie angażuje wielkich dywizji. Wysyła drobne siły, które wywołują lawinę procesów politycznych. W ten sposób Moskwa testuje NATO, szukając papierka lakmusowego. Wykorzystuje niewielkie formacje, a resztę nadrabia dyplomacją i zastraszaniem. Poszerza szarą strefę między pełnoskalowym konfliktem podlegającym pod art. 5.
a wydarzeniami, których interpretacja nie jest jednoznaczna.
Pojawia się pytanie: czy warto nadawać temu incydentowi aż takie znaczenie? To współczesny odpowiednik historycznego hasła „Nie będziemy umierać za Gdańsk”. Hitler stosował dokładnie tę samą metodę, żądając korytarza przez Polskę. Dziś ten sam mechanizm wykorzystuje Putin.
To jeden ze scenariuszy, które musimy brać pod uwagę. Jeden z czołowych rosyjskich analityków, Siergiej Karaganow, wprost sugerował, że sytuacja zmierza w stronę, w której Rosja może użyć taktycznej broni nuklearnej. Twierdził na przykład, że Moskwa mogłaby uderzyć w Poznań, aby „otrzeźwić Zachód” i zmusić go do uznania, że rosyjski arsenał nuklearny należy traktować z pełną powagą.