• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Gotowi na ból

Sobota, 1 czerwca 2013 (02:05)

Z kpt. dr Barbarą Bujak, fizjoterapeutą w armii USA, rozmawia Piotr Falkowski

Pochodzi Pani z Polski?

– Urodziłam się w Polsce. Moi rodzice wyjechali do Stanów Zjednoczonych, gdy miałam 11 lat.

I służy Pani w wojskowej służbie zdrowia?

– Tak. Jestem w wojsku już osiem lat. Najpierw studiowałam na uczelni cywilnej, ale doktorat robiłam w wojskowej szkole medycznej, po której trzeba odsłużyć przynajmniej cztery lata w armii. Zaczęłam w Teksasie od stażu, a pierwszy mój samodzielny przydział był do szpitala Landstuhl w Niemczech obok bazy lotniczej Ramstein, gdzie byłam trzy lata. Poza tym przez rok pracowałam w Iraku. Obecnie jestem w bazie Fort Myer w Wirginii. To jednostka wojskowa położona obok cmentarza narodowego Arlington i Waszyngtonu. Służę w wojskowej przychodni, której pacjentami są głównie żołnierze 3. regimentu piechoty, czyli formacji wykonującej zadania ochronne i reprezentacyjne w eskorcie prezydenta, podczas uroczystości państwowych, a także na cmentarzu, przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Opiekujemy się też częścią personelu Pentagonu. W tej chwili mogłabym już odejść z wojska, ale ta praca bardzo mi odpowiada, lubię to, przyzwyczaiłam się i na razie nie zamierzam przechodzić do cywila.

Jako fizjoterapeuta zajmuje się Pani raczej rehabilitacją. Skąd znajomość z polskimi żołnierzami z misji zagranicznych, którzy przylatywali z ciężkimi obrażeniami? Oni raczej potrzebowali chirurga.

– To się stało trochę przypadkiem. Szłam od swoich pacjentów leżących na oddziale i zobaczyłam polski mundur. Zaraz zapytałam, kto to taki. Okazało się, że spotkałam żołnierza polskiego zespołu łącznikowego z Ramstein, który znalazł się w szpitalu, bo akurat przywieziono z Iraku polskiego pacjenta. Wymieniliśmy się kontaktami i odtąd zawsze, gdy przylatywał jakiś Polak, zawiadamiano mnie, bo mogłam im pomóc. Kiedy byłam w szpitalu, to mogłam przyjść od razu, coś przetłumaczyć, szybciej niż oni przyjechali z innej bazy. Ta pomoc to taka druga służba, którą zajmowałam się pomiędzy własnymi pacjentami. Często biegałam na OIOM albo inny oddział, gdy na przykład trzeba było uzyskać zgodę pacjenta na jakiś zabieg, operację. Albo przed operacją i po niej, żeby wyjaśniać pacjentowi, co się dzieje, pomagać mu. To była dla mnie niesamowita przyjemność, chociaż robiłam to poza normalną pracą z własnej woli. Ale bardziej wspominam z pobytu w Niemczech te spotkania z polskimi żołnierzami niż swoje normalne obowiązki. Dużo wolnego czasu, przed pracą, po pracy, w czasie przerwy na lunch spędzałam z nimi, pomagałam w różnych drobnych sprawach. Często także pomagałam ich rodzinom, gdy przyjeżdżały w odwiedziny. Razem na przykład obchodziliśmy święta. Zżyłam się z nimi bardzo, staram się utrzymywać kontakt, przynajmniej przez internet. Dlatego też jestem w Polsce na obchodach święta weteranów.

W jakim stanie byli żołnierze, którymi Pani się opiekowała?

– Przylatywali z Iraku i Afganistanu tymi samymi samolotami, co Amerykanie. Z lotniska karetki przywoziły ich do szpitala. Niektórych na kilka tygodni, a innych na wiele miesięcy. Najczęściej mieli urazy kończyn po wybuchu miny-pułapki, obrażenia spowodowane odłamkami. Kilku straciło kończyny. Zdarzały się też postrzelenia.

Jak się zachowywali po znalezieniu się w szpitalu?

– Różnie. Niektórzy przylatywali nieprzytomni. Bywało, że ktoś był świadomy, a potem okazywało się, że nie pamięta w ogóle pierwszych tygodni. Czasem są załamani, przerażeni, nie rozumieją, co się dzieje. Personel robił naprawdę wszystko, niesamowite rzeczy, ale to było jednak dla nich obce środowisko. W Landstuhl jest pomoc psychologiczna, ale nie w języku polskim, przez co nie mogła być tak skuteczna. Na pewno trochę pomagała moja obecność, chociaż nie jestem psychologiem, ale samo przebywanie z kimś, rozmowa w ojczystym języku pomagały. Czasem siedziałam z nimi tak do godz. 22.00-23.00.

Byli zbuntowani, żałowali decyzji o uczestniczeniu w misji?

– Raczej nie. Przeciwnie, często myśleli o powrocie do wojska, do służby. Chcieli się wyleczyć i robić to, co wcześniej. Takich było zdecydowanie więcej niż tych załamanych.

 

Czym polscy pacjenci różnią się od amerykańskich?

– Amerykańskich lekarzy dziwiło, że Polacy nie chcieli brać wielu środków przeciwbólowych, bo bali się uzależnienia i woleli znieść większy ból, chociaż oczywiście nikt im nie podawał niebezpiecznych dawek. Polacy mniej niż Amerykanie narzekali, byli bardzo pogodni, wdzięczni za wszystko. Dostrzegali, że są traktowani na równi z amerykańskimi pacjentami i też to doceniali. W USA lekarze i pielęgniarki są podczas pracy zawsze pogodni i uśmiechnięci, nawet jeśli mają najgorszy dzień – to element profesjonalnego przygotowania. Może Polacy nie są do tego przyzwyczajeni, ale bardzo doceniali taki nastrój i atmosferę.

 

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski