• Piątek, 13 marca 2026

    imieniny: Krystyny, Bożeny, Rodryga

Znieczulanie „spiskiem”

Piątek, 31 maja 2013 (02:06)

Analiza

Środowy „New York Times” opublikował artykuł dotyczący katastrofy smoleńskiej poświęcony głównie powstającemu właśnie filmowi Antoniego Krauzego. Dla autora Dana Bilefsky’ego polskie spory o katastrofę to „wojna kulturowa”.

Mniejsza już o to, po której stronie staje gazeta. To zresztą jasne, że dla raczej lewicowego dziennika wiarygodny jest tylko główny nurt opinii, czyli również liberalny i lewicowy. Mamy więc wypowiedzi twórców filmowych komedii dystansujących się od Krauzego. Borys Lankosz mówi o „kulturowej chorobie”, a Juliusz Machulski – „parodii”.

Z kolei mąż posłanki SLD Jolanty Szymanek-Deresz, która zginęła w Smoleńsku, boi się „upolitycznienia” filmu. Autor uznaje natomiast produkcję „National Geographic” o Smoleńsku powtarzającą tezy raportu MAK za „zdecydowanie rzeczową”. W artykule mowa jest zresztą głównie o różnych filmach, ich twórcach i innych artystach, głównie w kontekście ich upolitycznienia i rozmaitych kontrowersji, przy czym przeważają nawiązania do kina lekkiego i rozrywkowego.

Amerykański czytelnik wysokonakładowej prasy dowiaduje się jednak po raz pierwszy, że wokół przyczyn katastrofy (już przez większość opinii publicznej zapomnianej) są jakieś wątpliwości. A przecież cały świat autentycznie przeżywał tę tragedię trzy lata temu.

Na pewno budzi ona jakieś uczucia przeciętnych Amerykanów: współczucie, sympatię dla Polski. Trzeba też pamiętać, że ogromna część społeczeństwa w USA wciąż pamięta zimną wojnę i konfrontację z imperium zła, a z drugiej strony kojarzy Polskę pozytywnie: przede wszystkim z Janem Pawłem II i „Solidarnością”. Wprawdzie media pokroju „New York Timesa” pracują nad zmianą tego wizerunku na rzecz skojarzenia z Jedwabnem i homofobią, ale pełnego „sukcesu” jeszcze nie osiągnęły.

W tym kontekście warto przyjrzeć się, jak na strunach związanych z Polską asocjacji odgrywany jest utwór poświęcony katastrofie i narosłym wokół niej antagonizmom. Mamy więc z jednej strony „rosyjskich i polskich śledczych”, którzy stwierdzili „słabą widoczność i błąd człowieka”, a z drugiej „oszałamiający zakres teorii spiskowych”.

Mowa jest o „wypowiedzeniu przez Rosję Polsce wojny”, o sztucznej mgle, materiałach wybuchowych i manipulacjach zwłokami przed sfałszowanymi sekcjami. Autor wspomina jako motyw domniemanego zamachu wojnę rosyjsko-gruzińską w 2008 r., ale – chyba żeby było jeszcze bardziej sensacyjnie – za chwilę kieruje uwagę na incydent z „samobójstwem” prokuratora Przybyła.

W tym smoleńskim mydle i powidle trudno znaleźć ślady poważniejszych analiz przyczyn katastrofy i faktów podważających oficjalne ustalenia. W sumie nic dziwnego skoro całość pomyślana jest raczej jako recenzja kulturalna i wśród takich jest też wydrukowana w papierowym wydaniu dziennika. Wybaczmy więc już Bilefsky’emu umiejscowienie Smoleńska we „wschodniej Rosji”.

Trzeba więc docenić poważne i poprawne przedstawienie w tekście kwestii katyńskiej jako „masakry z 1940 r., gdy sowieckie tajne służby rozstrzelały 22 tys. polskich oficerów. Przez dekady władze sowieckie zaprzeczały swojej odpowiedzialności za tę zbrodnię, co stało się dla Polaków symbolem rosyjskiej dominacji”.

Pytanie, które naprawdę sobie zadaję, jest jednak inne. Dlaczego dla opiniotwórczej gazety owa „wojna”, skoro już nie da się jej uniknąć, musi pozostać jedynie „kulturalna”? Czyli, innymi słowy, dlaczego odkurzono po latach temat Smoleńska w kontekście z założenia wykluczającym spojrzenie uwarunkowania i konsekwencje polityczne, militarne i geostrategiczne wydarzeń na styku Rosji, Europy Wschodniej i USA.

Czy przyczyniają się do tego horyzonty autora (Bilefsky pisze dużo o Europie Środkowo-Wschodniej, ale specjalizuje się w problematyce bałkańskiej), czy też przyczyny są głębsze? Dla obozu Demokratów, w tym rządzącej administracji, który jest niewątpliwym faworytem redakcji „New York Timesa”, staje się jasne, że konfrontacja ze sprawą smoleńską prędzej czy później będzie konieczna.

Przyczynia się do niej aktywność Polonii, ale też spodziewana zmiana władzy w Warszawie. Może chodzi o to, żeby zawczasu przygotować dla niej odpowiedni grunt, pozwalający na skuteczne znieczulenie własnej opinii publicznej. Byłby on zatem oparty na motywach sensacyjno-komicznych.

Jeżeli – jak ongi „Prawda” dla prasy sowieckiej – nowojorski dziennik pełni rolę dyrygenta wyznaczającego tematy i trendy liberalno-lewicowych perspektyw, możemy spodziewać się zalewu podobnych przekazów już wkrótce.

Piotr Falkowski