• Poniedziałek, 15 czerwca 2026

    imieniny: Jolanty, Wita, Wioli

Żyją bez wody

Poniedziałek, 15 czerwca 2026 (16:00)

Cabo Delgado jest najniebezpieczniejszą prowincją Mozambiku, gdzie od dekady terror szerzą fundamentaliści z islamskiego ugrupowania Saraya Ansar al-Sunna.

Słyną oni z niesłychanej brutalności, paląc domy, niszcząc kościoły i ścinając głowy mężczyznom broniącym swych rodzin. W ostatnim czasie zamordowany tam został ks. bp Osório Citora Afonso, który wzywał świat do położenia kresu „islamistycznej insurekcji” i niesienia pomocy cierpiącej ludności. 

Ten zapalny region odwiedził ostatnio dziennikarz włoskiego „Avvenire”, który spotkał się z ofiarami przemocy oraz kapłanami niosącymi im pomoc. „Ludzie proszą o odrobinę mąki, żyją na sawannie, gdzie ma wody, grozi im epidemia cholery” – pisze Luca Foschi w reportażu. Dziennikarz opisuje swe spotkanie z Zacarią Alfredim Bilalim, który jest sołtysem Namaguil, wioski składającej się z kilku domów z gliny, położonej w najbardziej zacofanej części tego drugiego pod względem ubóstwa kraju na świecie. 

„8 maja wtargnęli do wioski. Pierwsi napastnicy byli nieuzbrojeni, udawali, że się zgubili. Potem przybyli pozostali. Zabili pięciu mężczyzn, ścięli im głowy. Spalili domy i kościół. Nie pozostało nam już nic” – wspomina sołtys. Jak mówi, w ciągu ostatnich tygodni z regionu jego wioski uciekło 12 tys. osób. „Niektórzy schronili się w sąsiednich wioskach, inni przy pomocy ognia oczyszczają ziemię z zarośli i stawiają na niej domy, aby zapewnić schronienie kobietom i dzieciom. Gliniane chaty pokryte są suszonymi liśćmi palmy kokosowej” – relacjonuje włoski dziennikarz. Jak pisze, od wielu ludzi słyszał, że nigdy już nie będą mogli wrócić do swych wiosek. Wygnańcy, niektórzy kolejny raz z rzędu, opowiadają, że islamiści „zabierają wszystko, co ma wartość, jedzenie, a przede wszystkim zwierzęta”. 

Pedro wraz z rodziną udało się uciec przed atakiem do lasu. W wiosce zostały tylko cztery starsze kobiety, które nie miały siły uciekać. Kiedy kilka dni później mieszkańcy wrócili do swych zniszczonych domów, znaleźli je głodne, przerażone, ale żywe. By przetrwać, lokalni chrześcijanie chodzą żebrać do większych wiosek, gdzie proszą o garść mąki czy trochę manioku. Na terenach grabionych przez islamistów nie pojawia się nikt z lokalnych władz, by im pomóc. „Straciliśmy dokumenty, nie mamy jedzenia ani wody, nie mamy też siły do pracy. Czy nadejdzie moment, w którym będziemy zmuszeni kraść?” – zastanawia się jeden z mężczyzn, któremu dżihadyści spalili dom. „Ludzie są wdzięczni tym którzy ich przyjęli i desperacko wzywają pomocy. Całe Cabo Delgado jej potrzebuje” – pisze włoski reportażysta.

Luca Foschi przywołuje sceny, które zapadły mu w serce: kobiety niosące kilometrami kanistry z wodą na głowie, przydrożne stragany handlujące węglem drzewnym, kobiety z dziećmi na plecach szukające drewna na opał i mężczyzn ciągnących w pyle swe rowery, z nadzieją na znalezienie pracy. „Kobiety przesiewają mąkę przez sito, by przygotować chleb, podczas gdy dzieci poszukują w okolicy liści muringi i bulwy manioku, by zaspokoić codzienny głód” – relacjonuje dziennikarz. Szkoła pozostaje marzeniem dzieci, podobnie jak zapewnienie podstawowych leków. Ciut lżej jest ludziom na terenie, gdzie są studnie. Inni muszą wyruszać na wielogodzinne poszukiwanie wody. 

Ten klimat desperacji pogłębiają jeszcze krwawe działania dżihadystów, którzy sieją strach i śmierć. „Kilkaset, może tysiąc dobrze wyszkolonych bojowników, którzy z gęstego lasu kierują się w stronę upraw, i docierają do wiosek, by niszczyć, zabijać, gwałcić, porywać z myślą o okupie i niewolnictwie, oraz wygłaszać fundamentalistyczne kazania rolnikom zgromadzonym pod groźbą kałasznikowa i maczety. Ich celem padają chrześcijanie, ale też muzułmanie” – pisze włoski dziennikarz. Wspomina, że fundamentaliści uderzają również na transporty jadące z kopalni złota, rubinów czy grafitów oraz porywają ich pracowników, by wyłudzić okup. Działania dżihadystów przybrały na sile w 2017 roku, a fundamentaliści Ansar al-Sunna wywodzą się głównie z dwóch grup etnicznych Makhwa i Kimwani, marginalizowanych od 1975 roku w procesach gospodarczych i politycznych przez mniejszość Makonde, która dostarczyła znaczną część partyzantów do walki antykolonialnej. 

„Radykalny islam jest rozwiązaniem, które koliduje również z tradycyjnym islamem, od zawsze sprzymierzonym z elitą polityczną dominującej partii Frelimo” – wyjaśnia Luca Bussotti, profesor studiów afrykańskich na Politechnice Mozambiku w stolicy Maputo. Armia Mozambiku została wsparta przez żołnierzy z Afryki Południowej i Rwandy, ale chronią oni głównie zachodnie platformy wydobywcze, nie przejmując się losem ubogiej ludności tych ziem. Zachód przymyka również oko na przypadki łamania praw człowieka, towarzyszące rabunkowej eksploatacji Capo Delgado. Jedyną siłą, która staje po stronie uciskanej ludności jest Kościół i obecni na tym terenie misjonarze, a lokalna Caritas wspomaga potrzebujących. W kraju mocno angażuje się m.in. papieska fundacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie. 

JG, KAI