Nieprzejrzysty system
Sobota, 23 maja 2026 (14:33)Z Edwardem Kosmalem, wiceszefem NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, rozmawia Rafał Stefaniuk
Senat odrzucił we wtorek wniosek prezydenta Karola Nawrockiego dotyczący przeprowadzenia referendum w sprawie polityki klimatycznej. Patrząc na układ sił politycznych, trudno mówić o niespodziance. Czy mimo wszystko liczył Pan na inny scenariusz i szerszą debatę – ponad partyjnymi podziałami?
– Powiem szczerze, że sam wynik głosowania nie był dla mnie zaskoczeniem. Patrząc na obecny układ polityczny i większość funkcjonującą w Senacie, taki finał należało brać pod uwagę jako najbardziej prawdopodobny. Mimo to miałem nadzieję, że w tej konkretnej sprawie zwycięży nie logika bieżącego sporu politycznego, lecz zwykły pragmatyzm. Mówimy przecież o kwestiach, które będą miały bezpośredni wpływ na życie milionów Polaków: na ceny energii, koszty prowadzenia działalności gospodarczej, konkurencyjność przedsiębiorstw, a w konsekwencji także na rynek pracy i poziom życia obywateli. Mam wrażenie, że część klasy politycznej wciąż nie dostrzega skali narastających napięć społecznych. Tymczasem niezadowolenie nie bierze się z debat telewizyjnych czy internetowych sporów, ale z codziennych doświadczeń ludzi, którzy obserwują rosnące rachunki, coraz wyższe koszty utrzymania i niepewność dotyczącą przyszłości swoich miejsc pracy. To właśnie w takich warunkach rodzi się społeczny bunt. Można go przez jakiś czas ignorować, można próbować go zagłuszać politycznymi komunikatami, ale nie da się go wyeliminować samymi deklaracjami.
Odrzucenie pomysłu referendum nie zamyka dyskusji?
– Wręcz przeciwnie – może ją jeszcze bardziej zaostrzyć. Jeżeli obywatele odnoszą wrażenie, że nie daje im się możliwości bezpośredniego wypowiedzenia się w sprawach, które dotyczą ich codziennego życia, frustracja zaczyna narastać. A kiedy frustracja osiąga odpowiedni poziom, przenosi się z sondaży na ulice. Nie wykluczam więc, że w najbliższych miesiącach będziemy obserwować coraz silniejsze protesty społeczne. Coraz częściej mówi się o konieczności bardziej zdecydowanych form nacisku, a scenariusz ogólnokrajowych akcji protestacyjnych przestaje być jedynie publicystyczną hipotezą. W mojej ocenie decyzja Senatu nie oddaliła takiego ryzyka, lecz je zwiększyła. Zamiast rozładować napięcia poprzez otwartą debatę i oddanie głosu obywatelom, wybrano rozwiązanie, które przez znaczną część społeczeństwa może zostać odebrane jako zamknięcie drzwi do rozmowy. Polityka ma tę specyfikę, że krótkoterminowe zwycięstwa proceduralne nie zawsze okazują się zwycięstwami strategicznymi. Czasami odrzucenie problemu nie powoduje jego zniknięcia. Przeciwnie – sprawia, że wraca ze zdwojoną siłą. I mam wrażenie, że właśnie z taką sytuacją możemy mieć dziś do czynienia.
Panie Przewodniczący, protest przeciwko polityce klimatycznej zgromadził w Warszawie setki tysięcy ludzi. Czy skala tej manifestacji pokazuje, że społeczne niezadowolenie osiągnęło już punkt, którego politycy nie będą mogli dłużej ignorować?
– Zdecydowanie tak. Jeżeli według organizatorów na ulicach Warszawy pojawiło się około 230 tysięcy osób, to nie mamy już do czynienia z głosem jednej grupy zawodowej czy środowiska, ale z wyraźnym sygnałem płynącym z różnych części społeczeństwa. Ludzie coraz mocniej odczuwają skutki decyzji podejmowanych pod hasłami transformacji klimatycznej i zaczynają zadawać sobie bardzo konkretne pytania: co będzie z ich miejscami pracy, kosztami życia, przyszłością rodzinnych firm czy gospodarstw rolnych. Zielony Ład przestaje być dla wielu abstrakcyjnym projektem zapisanym w unijnych dokumentach, a staje się rzeczywistością, która w ich ocenie wpływa na codzienne funkcjonowanie. Szczególnie mocno widać to na terenach wiejskich i wśród małych przedsiębiorców.
Rolnicy obawiają się, że kolejne regulacje ograniczą opłacalność produkcji i sprawią, że prowadzenie gospodarstwa stanie się zwyczajnie nieopłacalne. Podobne nastroje panują wśród właścicieli niewielkich firm, którzy coraz częściej mają poczucie, że w starciu z wielkimi podmiotami i międzynarodowym kapitałem pozostają bez realnych narzędzi obrony. W efekcie narasta przekonanie, że zachodzące procesy gospodarcze prowadzą do stopniowego osłabiania krajowej przedsiębiorczości i ograniczania ekonomicznej samodzielności państwa. Mam wrażenie, że coraz więcej obywateli zaczyna dostrzegać nie tylko kwestie finansowe, ale również szerszy wymiar tych zmian. Dla wielu jest to spór o zakres wolności gospodarczej, o możliwość samodzielnego decydowania o własnej działalności i o zachowanie kontroli nad strategicznymi obszarami gospodarki. Właśnie dlatego emocje są dziś tak silne.
To nie jest już wyłącznie dyskusja o normach emisji czy polityce energetycznej. To rozmowa o przyszłości kraju i warunkach życia kolejnych pokoleń. Ta manifestacja przypomina mi pod pewnymi względami społeczne nastroje z lat osiemdziesiątych. Oczywiście sytuacje historyczne są różne, ale wspólny pozostaje jeden element: moment, w którym duża grupa obywateli dochodzi do wniosku, że nie jest słyszana, i postanawia zamanifestować swoje stanowisko w przestrzeni publicznej. Jeżeli obecne tendencje będą się pogłębiać, a obawy społeczne pozostaną bez odpowiedzi, możemy być świadkami coraz większej mobilizacji i narastającego sprzeciwu. Ludzie mają swoją granicę wytrzymałości, a kiedy uznają, że ich bezpieczeństwo ekonomiczne jest zagrożone, potrafią bardzo stanowczo upominać się o swoje prawa i interesy.
Krytycy polityki klimatycznej twierdzą, że jej założenia coraz częściej rozmijają się z rzeczywistością gospodarczą, a decyzja Senatu o odrzuceniu referendum pokazuje niechęć do otwartej debaty. Czy politycy nie popełniają błędu, ignorując społeczne wątpliwości i głosy płynące z różnych środowisk?
– Największym problemem jest dziś to, że zamiast rzeczowej dyskusji coraz częściej mamy do czynienia z politycznymi sloganami. Człowiek wybrany przez obywateli, niezależnie od barw partyjnych, powinien działać w interesie społeczeństwa, słuchać jego obaw i odpowiadać na realne problemy. Tymczasem wielu polityków sprawia wrażenie, jakby ważniejsze było utrzymanie obowiązującej narracji niż zmierzenie się z pytaniami, które zadają zwykli ludzie. A przecież polityka klimatyczna budzi ogromne emocje, bo dotyka spraw fundamentalnych: cen energii, kosztów życia, konkurencyjności gospodarki, przyszłości rolnictwa i bezpieczeństwa ekonomicznego rodzin.
W Polsce zabrakło uczciwej, szerokiej debaty na ten temat?
– Dokładnie tak. Nie takiej, w której jedna strona zostaje natychmiast okrzyknięta „negacjonistami”, a druga „fanatykami ekologii”, lecz rozmowy opartej na argumentach, danych i konsekwencjach konkretnych decyzji. Zwolennicy Zielonego Ładu wskazują na konieczność ograniczania emisji i transformacji energetycznej. Przeciwnicy pytają natomiast o koszty społeczne, o wpływ nowych regulacji na miejsca pracy, produkcję żywności czy konkurencyjność europejskiego przemysłu. Te pytania nie znikną tylko dlatego, że ktoś nie chce o nich rozmawiać. W mojej ocenie problem polega również na tym, że debata klimatyczna została w dużej mierze sprowadzona do jednego wskaźnika, czyli emisji CO₂. Tymczasem świat środowiska naturalnego jest znacznie bardziej złożony. Mówimy przecież o degradacji gleb, wycince lasów, gospodarce wodnej, zanieczyszczeniu oceanów czy ekspansji wielkich korporacji na obszary przyrodnicze.
Wielu ekspertów zwraca uwagę, że te kwestie często schodzą na dalszy plan, choć mają ogromny wpływ na funkcjonowanie ekosystemów. Dlatego część społeczeństwa oczekuje szerszej rozmowy o ochronie środowiska, a nie wyłącznie o kolejnych limitach i regulacjach dotyczących emisji. Niepokoi mnie również to, że coraz częściej obywatelom odbiera się poczucie wpływu na decyzje, które bezpośrednio dotyczą ich codziennego życia. A kiedy ludzie mają wrażenie, że ich głos nie jest słyszany, narasta frustracja. Historia wielokrotnie pokazywała, że lekceważenie społecznych nastrojów nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Dlatego niezależnie od poglądów na politykę klimatyczną warto rozmawiać, konfrontować argumenty i pozwolić obywatelom uczestniczyć w tej dyskusji. Demokracja nie polega przecież na tym, by słuchać tylko tych, którzy myślą tak samo jak my. Demokracja polega na tym, by wysłuchać również tych, którzy mają wątpliwości i domagają się odpowiedzi.
Twierdzi Pan, że wokół Zielonego Ładu wciąż brakuje prawdziwej, otwartej debaty. Czy problem polega na tym, że społeczeństwo słyszy głównie polityczne hasła, a zbyt rzadko przedstawia mu się rzeczywiste koszty, konsekwencje i mechanizmy funkcjonowania transformacji energetycznej?
– Zdecydowanie tak. Właśnie dlatego od dłuższego czasu staramy się inicjować własne dyskusje, przygotowujemy analizy, ekspertyzy i spotkania z udziałem specjalistów reprezentujących różne środowiska. Chcemy rozmawiać o faktach, a nie o sloganach. W najbliższym czasie planujemy również debatę poświęconą Zielonemu Ładowi w tzw. zielonym miasteczku przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Jeżeli uda się ją transmitować na żywo – tym lepiej, bo społeczeństwo powinno mieć dostęp do argumentów obu stron i samodzielnie wyciągać wnioski. Mam bowiem wrażenie, że przeciętny obywatel słyszy głównie o ambitnych celach klimatycznych, natomiast znacznie rzadziej mówi się o kosztach ich realizacji.
Tymczasem transformacja energetyczna nie jest procesem darmowym. Wręcz przeciwnie. Wymaga gigantycznych nakładów finansowych, przebudowy całych systemów energetycznych, rozbudowy sieci przesyłowych oraz tworzenia zaplecza stabilizującego produkcję energii. Wielu ekspertów zwraca uwagę, że źródła takie jak energetyka wiatrowa czy fotowoltaika mają charakter niestabilny, ponieważ ich wydajność zależy od warunków pogodowych. Gdy nie ma odpowiedniego nasłonecznienia lub wiatr słabnie, system musi natychmiast korzystać z innych źródeł energii. To oznacza, że elektrownie konwencjonalne pozostają w gotowości i ponoszą koszty utrzymania niezależnie od tego, czy w danym momencie produkują energię na pełnych mocach. W praktyce prowadzi to do sytuacji, w której równolegle finansowane są dwa systemy: nowy, oparty na odnawialnych źródłach energii, oraz tradycyjny, który gwarantuje stabilność dostaw. To właśnie wokół tego zagadnienia koncentruje się dziś wiele pytań ekonomicznych. Dochodzą do tego różnego rodzaju mechanizmy wsparcia dla wybranych technologii, system handlu uprawnieniami do emisji oraz dodatkowe obciążenia nakładane na sektor oparty na paliwach kopalnych. W efekcie przeciętny odbiorca coraz częściej patrzy na rachunek za energię i zastanawia się, jaka część tej kwoty wynika z samego kosztu produkcji prądu, a jaka jest efektem regulacji, opłat i politycznych decyzji podejmowanych na szczeblu krajowym oraz europejskim.
Potrzebujemy pełnej przejrzystości?
– Obywatel powinien dokładnie wiedzieć, z czego składa się jego rachunek za energię, ile kosztuje sama produkcja prądu, ile wynoszą opłaty sieciowe, a ile stanowią koszty związane z systemem ETS i innymi instrumentami klimatycznymi. Tylko wtedy możliwa będzie uczciwa rozmowa. Dziś bowiem zamiast rzeczowej debaty często mamy do czynienia z politycznym sporem, podczas gdy mówimy o kwestii, która wpływa na konkurencyjność gospodarki, funkcjonowanie przedsiębiorstw, sytuację rolnictwa i poziom życia milionów ludzi. A tak ważnych spraw nie powinno się rozstrzygać za pomocą haseł, lecz twardych danych, ekonomicznych kalkulacji i otwartej dyskusji.
Coraz częściej pojawiają się postulaty, by na rachunkach za energię wyraźnie pokazywać nie tylko koszt samego prądu, ale również wszystkie podatki, opłaty klimatyczne i obciążenia regulacyjne. To dobry kierunek? Obywatel powinien wiedzieć, ile faktycznie płaci za energię, a ile za politykę energetyczną państwa i Unii Europejskiej?
– Zdecydowanie tak. Uważam, że pełna przejrzystość rachunków za energię byłaby jednym z najlepszych sposobów na przywrócenie uczciwej debaty publicznej. Jeżeli obywatel płaci za prąd, powinien dokładnie wiedzieć, za co płaci. Powinien widzieć nie tylko cenę samej energii, ale również wszystkie dodatkowe koszty wynikające z podatków, opłat systemowych, mechanizmu ETS czy innych elementów polityki klimatycznej. Dopiero wtedy można mówić o świadomym wyborze i rzeczywistej ocenie skutków podejmowanych decyzji. Dzisiaj wielu ludzi otrzymuje rachunek końcowy, ale nie ma pełnego obrazu tego, jaka część tej kwoty wynika z produkcji energii, a jaka jest konsekwencją regulacji i narzuconych obciążeń.
Gdyby te informacje były przedstawiane w sposób jasny i czytelny, społeczeństwo mogłoby lepiej zrozumieć, skąd biorą się rosnące koszty życia i funkcjonowania przedsiębiorstw. A przecież energia jest fundamentem całej gospodarki. Jej cena wpływa na produkcję, transport, handel, rolnictwo i w konsekwencji na ceny praktycznie wszystkich towarów oraz usług.
Jednocześnie warto zauważyć, że polityka klimatyczna realizowana jest dziś z różną intensywnością w różnych częściach świata…
– Europa bardzo mocno stawia na transformację energetyczną, podczas gdy największe gospodarki globu, takie jak Chiny, Indie czy Stany Zjednoczone, prowadzą politykę znacznie bardziej podporządkowaną własnym interesom gospodarczym i bezpieczeństwu energetycznemu. To rodzi pytania o konkurencyjność europejskiego przemysłu. Coraz częściej słyszymy bowiem o przedsiębiorstwach rozważających przenoszenie produkcji poza Unię Europejską, tam gdzie energia jest tańsza, a koszty prowadzenia działalności niższe. Tym bardziej potrzebna jest rzetelna rozmowa oparta na liczbach, a nie na hasłach. Jeśli transformacja energetyczna ma być społecznie akceptowana, obywatele muszą znać jej rzeczywisty koszt. Nie można wymagać od ludzi poparcia dla wielkich projektów gospodarczych, jednocześnie ukrywając przed nimi finansowe konsekwencje tych decyzji. Transparentność nie jest zagrożeniem dla żadnej polityki. Wręcz przeciwnie – jest najlepszym testem jej wiarygodności. Jeżeli dane rozwiązania są rzeczywiście korzystne, powinny obronić się w świetle pełnej informacji. Jeśli natomiast wymagają ukrywania kosztów, to znak, że coś w całym systemie wymaga poważnej korekty.
Pod kancelarią premiera znów pojawiło się „miasteczko protestacyjne”. To tylko powtórka znanego scenariusza sprzed lat?
– To nie jest dla mnie obraz nowy. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że oglądam pewien cykl, który już raz widzieliśmy na własne oczy. W tamtym czasie byłem jednym z organizatorów podobnej inicjatywy po stronie „Solidarności”. Spędziłem w takim miasteczku właściwie trzy miesiące, bo cały protest trwał 129 dni. To nie była spontaniczna akcja, tylko długotrwały proces, który wymagał ogromnego zaangażowania ludzi i zaplecza organizacyjnego. Pamiętam to bardzo dobrze. Tamten protest nie przeszedł bez echa. Wręcz przeciwnie, wywołał ogromne napięcie polityczne i społeczne. Władze Warszawy uznały wówczas miasteczko za nielegalne, pojawiły się nawet późniejsze konsekwencje finansowe i spory o odpowiedzialność za jego utrzymanie. Ale kluczowe było coś innego.
Skala mobilizacji – olbrzymia. I właśnie dlatego tamten protest nie został siłowo rozbity. Uważam, że gdyby doszło do pacyfikacji, scenariusz mógłby być znacznie bardziej dramatyczny. W tamtym czasie emocje były już na tyle wysokie, że istniało realne ryzyko eskalacji. To był moment, w którym polityka zaczyna stykać się z ulicą w sposób bardzo bezpośredni. Dziś, patrząc na powrót podobnych form protestu, widzę pewną ciągłość. Z jednej strony mamy rosnącą frustrację społeczną, z drugiej brak przestrzeni do realnego dialogu. I tu pojawia się zasadnicze pytanie, które wykracza poza bieżący spór: kto będzie w stanie w ogóle zarządzać tym narastającym napięciem w kolejnych latach. Bo jeśli poszczególne środowiska polityczne nie będą w stanie się porozumieć, to zamiast politycznego kompromisu będziemy mieli coraz częściej presję ulicy. A to zawsze jest scenariusz, który trudno kontrolować i jeszcze trudniej odwrócić, gdy już zacznie żyć własnym rytmem.