Równoległe poziomy działania
Sobota, 23 maja 2026 (07:43)Z prof. Władysławem Mielczarskim, ekspertem do spraw energetyki Politechniki Łódzkiej, rozmawia Rafał Stefaniuk
Unia Europejska konsekwentnie trzyma się celów klimatycznych i odejścia od paliw kopalnych, a jednocześnie widać, że państwa członkowskie intensyfikują poszukiwania nowych złóż i wracają do starej eksploatacji. Jak to w ogóle interpretować? Czy tu nie ma sprzeczności między deklaracjami a rzeczywistością?
– Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to jak klasyczna sprzeczność: z jednej strony bardzo twarda narracja o transformacji energetycznej, a z drugiej – bardzo pragmatyczne decyzje gospodarcze, które tej narracji nie do końca się podporządkowują. Tyle że w praktyce to się często rozjeżdża w sposób dość przewidywalny. Warto to odczytywać nie jako jedną spójną strategię, tylko raczej jako dwa równoległe poziomy działania. Jeden to poziom polityczny, komunikacyjny – tam mamy hasła, cele, zobowiązania klimatyczne i całą architekturę „zielonej transformacji”. Drugi to poziom gospodarczy, gdzie w grę wchodzi bezpieczeństwo energetyczne, koszty, stabilność dostaw i zwykła kalkulacja opłacalności. I na tym drugim poziomie nie ma miejsca na ideologię. Są twarde liczby i jeszcze twardsza rzeczywistość. Stąd właśnie decyzje o poszukiwaniu nowych złóż czy reaktywacji starych źródeł, bo państwa – niezależnie od deklaracji – muszą zabezpieczyć system energetyczny. Inaczej po prostu nie da się utrzymać funkcjonowania gospodarki. To zresztą nie jest nic nowego w historii. Systemy polityczno-gospodarcze bardzo często funkcjonują w trybie pewnej podwójności: oficjalna narracja biegnie swoim torem, a życie gospodarcze swoim. I ten drugi tor zwykle okazuje się silniejszy, bo wynika z realnych potrzeb, a nie z deklaracji. Można tu nawet sięgnąć do doświadczeń historycznych – choćby z okresu schyłkowego socjalizmu w Europie Środkowo-Wschodniej. Oficjalna fasada ideologiczna trwała, ale równolegle już pojawiały się mechanizmy rynkowe, firmy polonijne, zalążki prywatnej przedsiębiorczości. System formalnie istniał, ale wewnętrznie już się zmieniał.
I kiedy nastąpił moment przełomu, wiele procesów było w praktyce „rozkręconych” wcześniej?
– Analogiczny mechanizm można dziś obserwować w Europie, choć oczywiście w zupełnie innym kontekście i skali. Deklaracje polityczne mają swoją funkcję – wyznaczają kierunek, budują ramy regulacyjne. Natomiast rzeczywistość gospodarcza zawsze szuka obejść, korekt i rozwiązań, które pozwalają systemowi działać tu i teraz. Dlatego te dwa zjawiska – zielone cele i jednoczesne inwestycje w tradycyjne źródła energii – nie muszą się wzajemnie wykluczać. Raczej pokazują, że transformacja energetyczna w praktyce jest procesem znacznie bardziej chaotycznym, niż wynikałoby to z oficjalnych dokumentów. I w tym sensie to nie jest tyle „zderzenie sprzeczności”, co raczej klasyczny obraz momentu przejściowego, w którym system jeszcze trzyma się swojej narracji, ale już dostosowuje się do realiów, które tej narracji nie zawsze chcą słuchać.
Panie Profesorze, można odnieść wrażenie, że Europa nie stanie się liderem ani w wydobyciu ropy, ani gazu. Czy w takiej sytuacji po prostu trzeba brać to, co jest dostępne u nas, pod ziemią?
– Tak, tylko trzeba sobie uświadomić jedną podstawową rzecz: Europa nigdy nie była i raczej nie będzie energetycznym gigantem surowcowym. I to nie jest ani nowa diagnoza, ani szczególnie zaskakujący wniosek. Owszem, ma swoje mocne strony. Przez wieki zgromadziła ogromny kapitał – finansowy, technologiczny, instytucjonalny. Wystarczy spojrzeć na Europę Zachodnią, żeby zobaczyć, jak długo i konsekwentnie budowano tam przewagę gospodarczą. Do tego dochodzi nadal bardzo silny przemysł, zwłaszcza w segmentach wysokiej jakości produkcji, inżynierii czy zaawansowanych technologii. W wielu obszarach Europa wciąż jest jednym z globalnych liderów. Problem polega jednak na czymś zupełnie innym – na surowcach energetycznych. Tu kontynent jest strukturalnie uzależniony od importu. I to właśnie ten brak własnej bazy surowcowej od dekad kształtuje europejską politykę gospodarczą, często w sposób mniej lub bardziej ukryty. Wystarczy przypomnieć historyczne relacje, choćby niemiecko-rosyjskie, które nie były wyłącznie kwestią polityki, ale przede wszystkim ekonomii i dostępu do tanich źródeł energii. To zawsze była gra o stabilne i przewidywalne dostawy.
Dziś sytuacja tylko się uwidoczniła?
– Raporty, takie jak choćby raport Draghiego, jasno pokazują: bez taniej energii Europa traci konkurencyjność na globalnym rynku. I to nie jest opinia, tylko twarda zależność ekonomiczna. Rynek surowców działa przy tym w sposób brutalnie prosty. Kto ma zasób, ten dyktuje warunki. I to widać szczególnie w momentach kryzysowych. Po wybuchu wojny w Ukrainie ceny energii poszybowały w górę, a kraje posiadające własne zasoby zaczęły notować ogromne zyski – Norwegia w krótkim czasie zarobiła dziesiątki miliardów euro na samych tylko zmianach cen. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku Stanów Zjednoczonych. Gaz trafia tam, gdzie aktualnie jest najbardziej opłacalny. I to nie jest metafora – to czysta logika rynku globalnego. Jeżeli cena w Azji staje się wyższa niż w Europie, transport LNG potrafi zmienić kierunek nawet w trakcie rejsu. To nie jest już handel w klasycznym sensie, tylko dynamiczna gra arbitrażowa. Z punktu widzenia gospodarki narodowej czy kontynentalnej rodzi to jednak poważny problem. Bo trudno mówić o stabilnym planowaniu energetycznym, kiedy dostawy reagują na wahania cen w czasie rzeczywistym. W efekcie europejskie firmy i całe państwa zaczynają konkurować nie tylko o surowiec, ale wręcz o jego fizyczną dostępność. I tu wracamy do sedna: Europa może być potężna przemysłowo i technologicznie, ale bez własnej bazy surowcowej zawsze będzie wrażliwa na zewnętrzne wstrząsy. A to oznacza, że polityka energetyczna przestaje być dodatkiem do gospodarki – staje się jej absolutnym fundamentem.
Część krajów – Rumunia, Grecja, Holandia czy Włochy – wraca do wierceń i szukania nowych złóż. Czy Komisja Europejska będzie udawać, że tego nie widzi?
– Trzeba zacząć od tego, że Europa wchodzi dziś w etap bardzo pragmatycznego sprawdzania własnych założeń. Na poziomie deklaracji wszystko nadal kręci się wokół transformacji energetycznej, ale w praktyce coraz więcej państw robi po prostu swoje – bo rzeczywistość energetyczna nie zna litości dla ideologii. Wiercenia w Rumunii, powrót do projektów w Grecji, działania w Holandii czy we Włoszech nie są przypadkiem. To sygnał, że państwa zaczynają odzyskiwać instynkt bezpieczeństwa surowcowego. I trudno się temu dziwić, bo ostatnie lata brutalnie pokazały, jak kosztowna potrafi być zależność od zewnętrznych dostaw. Komisja Europejska formalnie oczywiście będzie trzymać się linii politycznej, ale w praktyce coraz częściej mamy do czynienia z cichą korektą rzeczywistości. To znaczy: cele pozostają, ale ich realizacja zaczyna być filtrowana przez krajowe interesy i twarde rachunki ekonomiczne.
A co z Polską?
– Jeśli chodzi o Polskę, nie chcę tu niczego przesądzać ani doradzać wprost, ale jedno wydaje się oczywiste: strategia „rezygnowania z zasobów, zanim znajdziemy alternatywy” zawsze kończy się źle. Każdy rozsądny kraj w takiej sytuacji powinien najpierw sprawdzić, co faktycznie ma pod ziemią i jakie realne możliwości energetyczne można jeszcze uruchomić. Warto tu wrócić choćby do tematu gazu łupkowego. W pewnym momencie został praktycznie odłożony na bok, a dziś wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy był rzeczywiście nieopłacalny technologicznie, czy po prostu nie wpisywał się w ówczesny układ interesów i globalną równowagę rynku. Podobne pytania można stawiać przy węglu – zamiast prostego zamykania kopalń, można było myśleć o selektywnej eksploatacji i optymalizacji wydobycia tam, gdzie ma to sens ekonomiczny i energetyczny. Bo tu nie chodzi o sentyment do konkretnych źródeł energii, tylko o elementarną logikę bezpieczeństwa. Każde państwo, które myśli poważnie o swojej gospodarce, powinno mieć zabezpieczone dostawy energii na co najmniej 20-30 lat do przodu. Inaczej cała strategia przemysłowa staje się zwykłą teorią. Widać to choćby na przykładzie elektrowni gazowych, które dziś są jednym z popularniejszych kierunków inwestycyjnych. Tyle że taka elektrownia nie funkcjonuje w próżni – ona wymaga stabilnych dostaw gazu przez dekady. Jeśli tego nie ma, projekt staje się ryzykowny już na starcie. Właśnie w tym miejscu wracamy do sedna całej dyskusji: energetyka to nie jest obszar, w którym można sobie pozwolić na eksperymenty oderwane od realnych zasobów. Tu wszystko sprowadza się do bardzo prostego pytania – czy mamy czym zasilać gospodarkę nie dziś, ale za 10, 20 i 30 lat. I coraz więcej krajów w Europie zaczyna sobie na to pytanie odpowiadać bez złudzeń.
Panie Profesorze, czy w takim układzie politycznym Unii Europejskiej może dojść do sytuacji, w której jedne kraje będą mogły swobodnie szukać i wydobywać ropę czy gaz, a inne zostaną de facto zmuszone do rezygnacji z takich działań?
– Tak, taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy i – co ważniejsze – w pewnym sensie już go obserwujemy, tylko nie zawsze wprost i nie zawsze w dokumentach, które trafiają na pierwsze strony gazet. Unia Europejska to organizm polityczny, w którym bardzo silnie działa mechanizm wewnętrznej konkurencji interesów. I nie chodzi tu o klasyczną rywalizację równych partnerów, tylko o układ, w którym jedne państwa mają większą siłę przebicia, wynikającą z gospodarki, przemysłu czy zdolności koalicyjnych, a inne muszą się do tego dostosowywać. W praktyce nazywa się to większością kwalifikowaną, ale w realnym życiu oznacza po prostu zdolność do narzucania kierunku decyzji. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie polityki energetycznej i transformacji klimatycznej. Choćby rozwój farm wiatrowych – w tym morskich – nie jest wyłącznie efektem czystej kalkulacji technologicznej. To również konsekwencja bardzo konkretnych interesów przemysłowych w Europie Zachodniej. Część producentów, którzy nie znaleźli wystarczającej liczby kontraktów na innych rynkach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zaczęła szukać dużych projektów właśnie w Europie. I te projekty się pojawiły – ogromne, wielomiliardowe inwestycje, które w praktyce oznaczają nie tylko budowę infrastruktury, ale też przebudowę całych systemów energetycznych państw. W efekcie mamy sytuację, w której jedne kraje kupują bardzo kosztowne technologie, często finansowane również ze środków unijnych, a inne korzystają z tego jako producenci i dostawcy. To naturalnie rodzi napięcia i nierówności w rozkładzie korzyści.
I tu pojawia się kluczowy problem: wewnętrzna siła polityczna w Unii bywa używana do promowania rozwiązań, które nie zawsze są neutralne ekonomicznie dla wszystkich członków?
– To nie jest teoria spiskowa, tylko klasyczna logika dużych organizmów politycznych – silniejsi gracze mają większy wpływ na kształt wspólnych polityk. Dlatego w niektórych obszarach może dochodzić do sytuacji asymetrycznych: jedne państwa będą miały większą swobodę w rozwijaniu własnych zasobów energetycznych, inne będą kierowane w stronę rezygnacji z nich lub ograniczania eksploatacji. I tu wracamy do bardzo przyziemnej kwestii dyplomacji i interesu narodowego. Niezależnie od poziomu instytucji ponadnarodowych każde państwo – jeśli chce być skuteczne – musi przede wszystkim pilnować własnych interesów. Dopiero później pojawiają się zobowiązania wspólnotowe. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta kolejność zostaje zaburzona albo gdy jedne interesy są lepiej reprezentowane niż inne. Wtedy zamiast równowagi mamy system, w którym decyzje są formalnie wspólne, ale ich skutki rozkładają się bardzo nierówno.
Panie Profesorze, Norwegia bywa przedstawiana jako kraj, który z jednej strony wspiera unijne projekty klimatyczne, a z drugiej intensywnie rozwija własne wydobycie ropy i gazu. Czy to nie wygląda jak pewne rozdwojenie polityczne?
– Można to tak ująć na poziomie publicystycznym, ale w istocie rzeczy nie ma tu żadnego rozdwojenia jaźni. Jest za to bardzo chłodna, konsekwentna kalkulacja interesu państwa. Norwegia po prostu robi swoje. Z jednej strony uczestniczy w europejskiej debacie o transformacji energetycznej, bo jest częścią szerszego systemu politycznego i gospodarczego, w którym funkcjonuje. Z drugiej strony doskonale zdaje sobie sprawę, że zasoby ropy i gazu są jej realnym fundamentem bezpieczeństwa ekonomicznego. I tu nie ma sprzeczności, tylko podział ról. W praktyce wygląda to tak, że można wspierać pewne kierunki polityczne na forum międzynarodowym, a jednocześnie nie rezygnować z tego, co daje państwu przewagę i stabilność budżetową. Norwegia tę lekcję odrobiła bardzo dawno temu. Można nawet powiedzieć, że to klasyczny przykład polityki w stylu „świeczka dla Pana Boga i swoje interesy na pierwszym planie”. W przestrzeni publicznej deklaracje idą jednym torem, ale decyzje inwestycyjne i strategiczne drugim. I to nie jest nic nadzwyczajnego – tak działa większość państw, które mają realne zasoby. Trzeba też pamiętać, że Norwegia funkcjonuje w bardzo specyficznym układzie geopolitycznym. Wie, że europejska transformacja energetyczna nie eliminuje nagle zapotrzebowania na ropę i gaz. Wręcz przeciwnie – w okresie przejściowym to właśnie gaz i ropa często stabilizują system energetyczny. Dlatego intensywne wiercenia i rozwój wydobycia nie są tam żadnym odstępstwem od polityki klimatycznej, tylko jej pragmatycznym uzupełnieniem. Państwo zabezpiecza przyszłe przychody, jednocześnie uczestnicząc w zmianie narracji na poziomie europejskim. I w tym sensie Norwegia nie jest wyjątkiem, tylko bardzo dobrym przykładem tego, jak naprawdę wygląda współczesna polityka energetyczna: mniej deklaracji jako spójnego planu, a więcej równoległych strategii dostosowanych do własnych interesów i tego, co realnie można jeszcze z ziemi wydobyć i sprzedać.
Panie Profesorze, ostatnie napięcia w rejonie Zatoki Perskiej i problemy z dostawami paliw znów podnoszą temat bezpieczeństwa energetycznego. Czy to wydarzenie wreszcie obudziło decydentów unijnych?
– Na razie nie widać żadnego realnego przebudzenia. Jest raczej klasyczne życzeniowe myślenie, że uda się przejść przez kolejny kryzys bez większych konsekwencji. Tyle że historia rzadko daje tyle samo szczęścia dwa razy z rzędu. Unijni decydenci wciąż zakładają, że rynek da się „przeczekać” albo „przepłacić”. Innymi słowy, że problem rozwiąże się pieniędzmi. To jednak coraz mniej działa, bo globalny rynek energii dawno przestał być przewidywalny i liniowy. Warto spojrzeć szerzej. Kryzysy dostaw paliw uderzają przede wszystkim w regiony, które są najbardziej zależne od importu i jednocześnie mają wysokie zapotrzebowanie energetyczne. Przykładem są niektóre państwa Azji Południowej. Tam nawet krótkotrwałe zakłócenia w dostawach gazu czy ropy potrafią wywrócić codzienne funkcjonowanie gospodarki. W Indiach czy Bangladeszu zdarzały się sytuacje, w których część usług była ograniczana, a infrastruktura energetyczna działała w trybie awaryjnym. To pokazuje jedną prostą rzecz: energia to nie jest abstrakcyjny rynek finansowy, tylko fizyczna zdolność do utrzymania państwa w ruchu. Bez niej wszystko się zatrzymuje – przemysł, transport, a w konsekwencji również stabilność społeczna. I teraz kluczowy moment. W czasie poprzednich kryzysów, szczególnie po 2021 roku i wybuchu wojny na Ukrainie w 2022 roku, Europa zobaczyła, jak bardzo jest uzależniona od zewnętrznych dostaw. W pewnym momencie, po zakłóceniach w systemie gazociągów Nord Stream, rynek LNG zaczął działać w trybie czysto konkurencyjnym. Dostawcy po prostu kierowali gaz tam, gdzie płacono więcej. Efekt był brutalnie prosty: część krajów europejskich, głównie Niemcy, zaczęła zabezpieczać dostawy, oferując wyższe ceny. W praktyce oznaczało to, że ładunki LNG były przekierowywane, nawet kosztem odbiorców w Azji. W Bangladeszu czy innych państwach regionu dochodziło wtedy do poważnych ograniczeń w dostępie do energii, a nawet przerw w dostawach prądu.
I to jest sedno problemu: globalny rynek energii nie zna próżni. Jeżeli ktoś płaci więcej, dostaje surowiec?
– Ale ten mechanizm ma swoje granice, bo nie da się w nieskończoność przerzucać kosztów kryzysu na słabszych uczestników rynku. Unia Europejska wciąż liczy na to, że przewaga finansowa pozwoli jej sterować sytuacją. Tyle że świat się zmienił. Coraz więcej graczy ma alternatywy, coraz więcej kontraktów jest elastycznych, a rynek LNG działa jak giełda w czasie rzeczywistym, a nie stabilny system dostaw. Dlatego obecne napięcia w Zatoce Perskiej nie są tylko kolejnym incydentem geopolitycznym. To raczej przypomnienie, że bezpieczeństwo energetyczne nie opiera się na deklaracjach ani strategiach na papierze, tylko na twardej dostępności surowców. A tych – wbrew pozorom – nie da się dowolnie zastąpić ani przepłacić bez konsekwencji.
Panie Profesorze, jak wygląda dziś realny potencjał surowców energetycznych w Europie? Które kraje można jeszcze traktować jako perspektywiczne pod tym względem?
– Zasoby są – ale rozproszone, ograniczone i w wielu przypadkach już częściowo wyeksploatowane albo politycznie wycofane z użycia. Najbardziej oczywistym przykładem pozostaje Norwegia. To wciąż kluczowy gracz, jeśli chodzi o gaz i ropę w Europie. Tamtejsze złoża są dobrze zarządzane i nadal mają znaczenie strategiczne dla całego kontynentu. Ale nawet Norwegia nie jest w stanie pokryć pełnego europejskiego zapotrzebowania, szczególnie w dłuższej perspektywie. Drugi przypadek to Holandia i słynne złoże Groningen. Kiedyś jedno z największych w Europie, dziś w praktyce wygaszone z powodu problemów sejsmicznych i szkód infrastrukturalnych. Gaz tam jeszcze istnieje, ale jego eksploatacja została ograniczona decyzjami polityczno-społecznymi. To dobry przykład tego, jak czynniki pozasurowcowe potrafią zamknąć bardzo istotne źródło energii. W Wielkiej Brytanii sytuacja również nie jest korzystna. Tamtejsze złoża gazu i ropy na Morzu Północnym są w fazie naturalnego wyczerpywania. Produkcja spada, a koszty wydobycia rosną. To nie jest już zasób, który może stabilizować system energetyczny w skali kraju, nie mówiąc o regionie. W efekcie Europa jako całość staje przed bardzo prostym, ale niewygodnym faktem: własna baza surowcowa jest niewystarczająca, żeby zapewnić pełną niezależność energetyczną. Dotyczy to szczególnie gazu, który stał się dziś paliwem przejściowym i jednocześnie kluczowym elementem systemu energetycznego.
A ropa?
– Ropa naftowa jeszcze w jakimś stopniu funkcjonuje w europejskim obiegu, ale i tutaj rosnące uzależnienie od importu jest faktem. Natomiast gaz to dziś największy problem strukturalny – jego brak oznacza konieczność trwałego polegania na dostawach zewnętrznych. I tu dochodzimy do sedna. Europa w coraz większym stopniu będzie zależna od importu LNG, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych, ale także z innych kierunków, gdzie dostęp do surowca jest stabilny. Tyle że ten model ma swoją cenę – i to dosłownie. Amerykański gaz nie jest tani, a rynek globalny działa w sposób, który premiuje najwyższą ofertę. Jeśli chodzi o perspektywę kilku najbliższych lat, nie widać też żadnego prostego rozwiązania. Nawet przy najlepszych scenariuszach rozwoju technologii Europa będzie funkcjonowała w warunkach ograniczonej autonomii energetycznej. Do tego dochodzi jeszcze czynnik geopolityczny – choćby sytuacja w cieśninie Ormuz, która może wpływać na globalne przepływy surowców. To nie są kwestie teoretyczne, tylko realne punkty zapalne, które potrafią w krótkim czasie zmienić cały układ cen i dostępności. Europa ma jeszcze zasoby, ale nie ma komfortu ich stabilnego wykorzystania. A to oznacza, że przez najbliższe lata będzie raczej zarządzać niedoborem niż pełną niezależnością energetyczną.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk