Największym zagrożeniem jest bierność
Wtorek, 19 maja 2026 (13:41)Z prof. Zbigniewem Krysiakiem, ekonomistą Szkoły Głównej Handlowej, rozmawia Rafał Stefaniuk
Sztuczna inteligencja wchodzi dziś właściwie do wszystkich gospodarek świata. Czy obawy, że AI doprowadzi do likwidacji wielu miejsc pracy, są Pana zdaniem uzasadnione?
– Patrzyłbym na to dużo spokojniej. Oczywiście sztuczna inteligencja zmieni rynek pracy, i już go zmienia, ale nie demonizowałbym samej technologii. W historii gospodarki podobne lęki pojawiały się wielokrotnie. Za każdym razem, gdy człowiek tworzył nowe narzędzia zwiększające wydajność, pojawiała się obawa, że maszyna zastąpi ludzi i masowo odbierze im pracę. Tak było podczas rewolucji przemysłowej, później przy automatyzacji fabryk, komputeryzacji biur, rozwoju internetu. A mimo to świat się nie zatrzymał, tylko wszedł na kolejny poziom rozwoju. Trzeba pamiętać, że narzędzia wspomagające decyzje gospodarcze czy procesy produkcyjne istnieją od dziesięcioleci. Zmienia się jedynie ich zaawansowanie. Dziś, dzięki ogromnej mocy obliczeniowej procesorów, rozwojowi chipów i technologii opartych na sieciach neuronowych, dostajemy po prostu nową generację systemów analitycznych. One są szybsze, bardziej elastyczne i potrafią wykonywać zadania, które jeszcze kilka lat temu wydawały się domeną wyłącznie człowieka. Ale to nadal przede wszystkim narzędzia. I właśnie to jest kluczowe. AI w ogromnej liczbie przypadków nie będzie całkowicie zastępować ludzi, tylko radykalnie zwiększy ich efektywność. Pracownik wyposażony w inteligentne systemy będzie wykonywał zadania szybciej, dokładniej i na większą skalę. To trochę tak, jak kiedyś z komputerem. Przecież gdy pojawiły się komputery osobiste, też mówiono, że miliony ludzi staną się zbędne. Tymczasem powstały całe nowe branże, nowe zawody i gigantyczne sektory gospodarki, których wcześniej po prostu nie było.
Ale chyba nie znaczy to, że nie będzie kosztów społecznych…
– Będą. Część zawodów rzeczywiście zacznie zanikać albo zostanie mocno ograniczona, szczególnie tam, gdzie praca opiera się na powtarzalnych czynnościach administracyjnych czy prostym przetwarzaniu danych. Ale równocześnie pojawią się nowe kompetencje, nowe specjalizacje i nowe potrzeby rynku. Historia gospodarki pokazuje, że technologia częściej przesuwa ludzi między sektorami niż trwale eliminuje ich z rynku pracy. Warto też spojrzeć szerzej. Świat Zachodu ma dziś gigantyczne problemy demograficzne. Europa się starzeje, brakuje pracowników w przemyśle, logistyce, ochronie zdrowia czy usługach. W wielu krajach rozwiniętych problemem staje się nie nadmiar pracowników, ale właśnie ich niedobór. I w takim kontekście sztuczna inteligencja może być wręcz koniecznością, a nie zagrożeniem. Bez automatyzacji część gospodarek po prostu nie utrzyma obecnego poziomu produktywności. Największym ryzykiem nie jest więc sama AI, tylko tempo zmian. Problemem może być to, że edukacja, administracja i systemy państwowe nie nadążą za transformacją technologiczną. Bo technologia rozwija się dziś błyskawicznie, a instytucje publiczne działają często według logiki sprzed dwóch dekad. I to tutaj może pojawić się największe napięcie społeczne. Natomiast opowieści o świecie, w którym sztuczna inteligencja masowo eliminuje ludzi z rynku pracy i pozostawia miliony bez zajęcia, są moim zdaniem mocno przesadzone. Gospodarka nie działa w taki prosty sposób. Jeżeli produktywność rośnie, rośnie też skala produkcji, usług i konsumpcji. A tam, gdzie pojawia się nowa wartość, wcześniej czy później pojawia się również nowe zapotrzebowanie na pracę.
Problemem jest też bezpieczeństwo użycia sztucznej inteligencji?
– I tu już rzeczywiście wchodzimy w obszar, który powinien budzić dużo większą uwagę niż same dyskusje o rynku pracy. Bo największe ryzyko związane ze sztuczną inteligencją nie dotyczy tego, że komputer zabierze komuś etat w biurze, tylko tego, że AI staje się potężnym narzędziem w cyberwojnie, operacjach wpływu i destabilizacji państw. Dziś praktycznie każda nowoczesna gospodarka opiera się na systemach cyfrowych. Energetyka, bankowość, transport, łączność, logistyka, administracja, wojsko – wszystko jest połączone siecią danych. I właśnie dlatego sztuczna inteligencja może być wykorzystywana nie tylko do zwiększania produktywności, ale również do ataków na infrastrukturę krytyczną. Mówimy już nie o teoriach science fiction, tylko o realnych możliwościach wyłączania systemów energetycznych, paraliżowania sieci przesyłowych, manipulowania informacją czy prowadzenia zmasowanych cyberataków na instytucje państwowe. To jest nowy wymiar konfliktów. Dawniej wojna kojarzyła się przede wszystkim z czołgami, rakietami i żołnierzami. Dzisiaj można sparaliżować funkcjonowanie państwa bez przekraczania granicy przez jednego żołnierza. Wystarczy skuteczny atak na systemy bankowe, energetyczne albo telekomunikacyjne. A sztuczna inteligencja daje tu zupełnie nowe możliwości: automatyzację ataków, analizę ogromnych ilości danych, tworzenie zaawansowanej dezinformacji czy błyskawiczne wyszukiwanie luk w zabezpieczeniach.
Współczesne konflikty coraz mocniej przenoszą się właśnie do sfery technologicznej i gospodarczej?
– Wojna to już nie tylko front i armia, ale także walka o dane, infrastrukturę, systemy finansowe i zdolność państwa do normalnego funkcjonowania. I tutaj AI staje się narzędziem o ogromnym znaczeniu strategicznym. Oczywiście technologia sama w sobie nie jest „zła”. Tak samo jak energia atomowa może służyć do produkcji prądu albo do budowy broni, tak samo sztuczna inteligencja może wspierać rozwój medycyny, przemysłu czy edukacji, ale może też zostać wykorzystana do destabilizacji państw i społeczeństw. Problemem nie jest więc sam algorytm, tylko to, kto go kontroluje i do jakich celów używa. Dlatego największym wyzwaniem najbliższych lat nie będzie samo wdrażanie AI do gospodarki, lecz budowanie odporności państw na cyberzagrożenia. Bo kraj, który nie będzie potrafił zabezpieczyć swojej infrastruktury cyfrowej, może w pewnym momencie zostać sparaliżowany bez jednego wystrzału. I to jest scenariusz znacznie bardziej realny niż popularne opowieści o robotach zabierających ludziom pracę.
A wracając do rynku pracy. Czyli rozumiem, że po prostu pewne zawody naturalnie wymrą, a sztuczna inteligencja da szanse na pojawienie się nowych, wymagających zupełnie innych kompetencji?
– Tak właśnie wygląda każdy wielki przełom technologiczny w historii. Wystarczy cofnąć się o kilkadziesiąt lat i zobaczyć, ile zawodów po prostu przestało istnieć albo zostało całkowicie zautomatyzowanych. Kiedyś tysiące ludzi wykonywały pracę, którą dziś zastępuje jeden system komputerowy, robot albo zwykła aplikacja w telefonie. A mimo to świat się nie zawalił, rynek pracy nie zniknął, tylko przeszedł transformację. Człowiek zaczął robić inne rzeczy, bardziej zaawansowane, wymagające nowych kompetencji, edukacji i elastyczności. Sztuczna inteligencja będzie działała dokładnie w ten sam sposób. Ona nie tyle „zabierze pracę”, ile kompletnie przemodeluje wiele branż. Znikną przede wszystkim zajęcia powtarzalne, schematyczne, oparte na prostym przetwarzaniu informacji. Ale równocześnie pojawią się nowe specjalizacje, których dziś nawet jeszcze do końca nie potrafimy nazwać. Przecież jeszcze kilkanaście lat temu mało kto mówił o analitykach danych, specjalistach od cyberbezpieczeństwa, projektantach systemów AI czy ekspertach od automatyzacji procesów. Dziś to jedne z najbardziej perspektywicznych zawodów na świecie. Widać to zresztą już teraz w codziennym życiu. Płatności elektroniczne, zakupy internetowe, aplikacje mobilne, praca zdalna, inteligentne systemy logistyczne – wszystko to zwiększyło efektywność działania człowieka. Nie sprawiło jednak, że ludzie stali się zbędni. Przeciwnie. Zmieniły się jedynie oczekiwania wobec pracowników. Dzisiaj coraz większą wartość mają kreatywność, zdolność analizy, szybkie uczenie się i umiejętność współpracy z technologią, a nie konkurowania z nią. Prawdziwy problem leży więc gdzie indziej. Nie w samej sztucznej inteligencji, tylko w tym, czy państwa będą potrafiły przygotować społeczeństwa do tej zmiany. Jeżeli system edukacji pozostanie w epoce podręczników sprzed dwóch dekad, a nakłady na naukę, badania i rozwój będą traktowane jak koszt, a nie inwestycja, to wtedy rzeczywiście pojawi się ogromny problem. Bo technologie nie będą czekały. One rozwijają się błyskawicznie.
I kraje, które nie nadążą za tym wyścigiem, po prostu zaczną przegrywać gospodarczo?
– Dlatego największym zagrożeniem nie jest dziś AI. Największym zagrożeniem jest bierność. Brak inwestycji w edukację, w innowacje, w rozwój kompetencji przyszłości. Jeśli państwo przesypia moment technologicznego przełomu, to później nie tylko traci konkurencyjność, ale też wypycha własnych obywateli na margines nowoczesnej gospodarki. I to jest scenariusz, którego naprawdę należy się obawiać.
Nie zawsze było tak, że Polska była w ogonie innowacji?
– Nie, i właśnie dlatego dziś tym bardziej szkoda patrzeć, jak część tego potencjału jest zwyczajnie marnowana. Polska wcale nie musi być technologicznym zapleczem Europy. Mamy ludzi zdolnych, kreatywnych, świetnie wykształconych, mamy uczelnie, które potrafią kształcić specjalistów na bardzo wysokim poziomie, a mimo to od lat zderzamy się z tym samym problemem: państwo często bardziej hamuje niż pomaga. To jest nasza największa słabość. Nie brak talentu, tylko brak konsekwentnej strategii. Proszę spojrzeć choćby na okres rządów Mateusza Morawieckiego. Można się spierać politycznie, ale fakty są takie, że wtedy zaczęto dostrzegać znaczenie cyfryzacji i nowoczesnych usług publicznych. E-recepty, elektroniczna dokumentacja medyczna, cyfrowy kontakt z administracją, rozwój usług on-line, które dla milionów Polaków stały się codziennością. W wielu krajach Zachodu, również w Niemczech, takie rozwiązania nadal działają dużo wolniej albo są zwyczajnie mniej dostępne. Polska pokazała wtedy, że potrafi bardzo szybko adaptować nowe technologie, jeżeli tylko państwo nie przeszkadza.
I właśnie dlatego dziś tak niepokojące jest ograniczanie środków na naukę, badania i rozwój?
– Bo sztuczna inteligencja nie jest modą z Doliny Krzemowej ani chwilowym trendem. To będzie fundament nowej gospodarki. Państwa, które zainwestują w procesory, centra danych, edukację technologiczną i współpracę z największymi ośrodkami badawczymi świata, będą wygrywały gospodarczo przez kolejne dekady. Te, które to przegapią, staną się jedynie rynkiem zbytu dla cudzych technologii. I tu pojawia się największy problem Europy. Unia Europejska jest dziś daleko za Stanami Zjednoczonymi, jeśli chodzi o rozwój sztucznej inteligencji. Nie chodzi już nawet o same algorytmy, ale o całą infrastrukturę: procesory, czipy, moc obliczeniową, technologie wojskowe, cyberbezpieczeństwo. To są obszary, w których Amerykanie odjechali reszcie świata. Europa nadal próbuje regulować coś, czego sama technologicznie jeszcze nie stworzyła na odpowiednią skalę. Dlatego tak ważna jest współpraca ze Stanami Zjednoczonymi. Nie tylko militarna, ale również technologiczna. Dziś nowoczesna gospodarka i nowoczesna armia coraz bardziej się przenikają. Wystarczy spojrzeć na współczesne konflikty. Systemy rozpoznania, analiza danych, drony, cyberwojna, automatyzacja dowodzenia, logistyka pola walki, wszystko to opiera się na sztucznej inteligencji. Ukraina dostała od Amerykanów nie tylko sprzęt, ale także dostęp do technologii, które zmieniły sposób prowadzenia wojny. To jest nowa rzeczywistość. A my tymczasem nadal często rozmawiamy o AI w sposób kompletnie powierzchowny, jakby chodziło wyłącznie o chatbota piszącego teksty albo grafikę generowaną komputerowo. Tymczasem stawką jest przyszłość całych sektorów gospodarki. Jeśli Polska nie będzie inwestowała w edukację techniczną, badania, współpracę z najlepszymi ośrodkami technologicznymi i własne kompetencje przemysłowe, to za kilka lat obudzimy się w sytuacji, w której będziemy wyłącznie użytkownikiem cudzych rozwiązań. A wtedy nie buduje się przewagi, tylko zależność. I dlatego właśnie mówię wprost: największym zagrożeniem nie jest sama sztuczna inteligencja. Największym zagrożeniem jest bierność państwa wobec tej rewolucji. Bo świat nie będzie czekał, aż Europa skończy debatować nad kolejnymi regulacjami. Świat już przyspieszył.
Edukacja musi być dostosowana do rozwoju technologii?
– Oczywiście, że tak. To jest warunek przetrwania gospodarki. Jeżeli system edukacji nie będzie nadążał za rozwojem technologii, szczególnie sztucznej inteligencji, automatyzacji i technologii kwantowych, to za kilka lat obudzimy się w rzeczywistości, w której polskie firmy, uczelnie i instytuty badawcze po prostu przestaną być konkurencyjne. I to nie dlatego, że zabraknie zdolnych ludzi. Zabraknie im narzędzi, finansowania i dostępu do technologii. Bo dziś przewaga gospodarcza nie bierze się już wyłącznie z taniej pracy czy dużego rynku. Ona bierze się z dostępu do danych, procesorów, mocy obliczeniowej i know-how. Jeżeli uczelnia nie ma nowoczesnej infrastruktury, jeżeli firmy nie mają dostępu do odpowiednich technologii, jeżeli państwo nie inwestuje w badania i rozwój, to zaczyna się powolny proces marginalizacji. Najpierw przedsiębiorstwa tracą konkurencyjność, potem ograniczają działalność, następnie przenoszą się tam, gdzie warunki są lepsze, a na końcu zostają zamknięte. To jest bardzo brutalny mechanizm, ale właśnie tak działa współczesna gospodarka. I wtedy rzeczywiście pojawia się problem bezrobocia. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja „zabiera miejsca pracy”, tylko dlatego, że państwo nie przygotowało ludzi i instytucji do nowej rzeczywistości. To jest zasadnicza różnica. Technologia sama w sobie nie jest zagrożeniem. Zagrożeniem jest bierność wobec technologii.
Ale czy klasa polityczna zdąży za zmieniającą się technologią? Rewolucja w obszarze AI dokonuje się praktycznie w każdym miesiącu…
– Często słyszę ten argument, że politycy i tak zawsze będą spóźnieni, bo proces legislacyjny trwa długo, budżety uchwala się miesiącami, a rewolucja technologiczna przyspiesza z tygodnia na tydzień. Tylko że to nie do końca prawda. Państwo może tworzyć warunki do rozwoju albo je blokować. To jest sedno problemu. Przecież Polska już pokazała, że potrafi wdrażać nowoczesne rozwiązania szybko i skutecznie. Za rządów Mateusza Morawieckiego rozwijano cyfryzację usług publicznych, e-administrację, systemy elektroniczne w ochronie zdrowia. To nie była jeszcze pełna rewolucja AI, ale był to kierunek nowoczesnego państwa. Dziś natomiast coraz częściej odnoszę wrażenie, że kompletnie brakuje strategicznego myślenia. Z jednej strony mówi się o nowoczesności, a z drugiej ogranicza środki na rozwój technologiczny, naukę i badania. I tu dochodzimy do rzeczy fundamentalnej: bez pieniędzy nie zbuduje się żadnej przewagi technologicznej. Można wygłaszać piękne przemówienia o innowacyjności, ale jeśli państwo przejada środki, zamiast inwestować je w edukację techniczną, centra badawcze, rozwój procesorów, cyberbezpieczeństwo czy współpracę naukową z najlepszymi partnerami na świecie, to kończy się wyłącznie na propagandzie. A prawda jest taka, że przyszłość sztucznej inteligencji rozstrzyga się dziś głównie w Stanach Zjednoczonych. Tam są najważniejsze technologie, tam rozwijane są najbardziej zaawansowane procesory, tam powstają najpotężniejsze modele AI. Europa, mówiąc brutalnie, jest w tej chwili kilka kroków za Ameryką i próbuje nadrabiać regulacjami coś, czego technologicznie jeszcze sama nie stworzyła. Dlatego bojkotowanie współpracy ze Stanami Zjednoczonymi byłoby gospodarczym absurdem. W świecie AI i technologii kwantowych samotność oznacza zacofanie. Bo proszę pamiętać, że za chwilę wejdziemy w etap komputerów kwantowych. To będzie rewolucja dużo większa niż obecny boom na sztuczną inteligencję. I nie da się po prostu „dogonić świata” w kilka miesięcy. To są gigantyczne inwestycje, lata badań, dostęp do najnowocześniejszych laboratoriów i technologii objętych ścisłą kontrolą strategiczną. Tego nie buduje się od zera politycznym hasłem rzuconym podczas konferencji prasowej. Dlatego problem nie polega na tym, czy politycy rozumieją techniczne szczegóły działania AI. Problem polega na tym, czy rozumieją geopolityczne konsekwencje tej rewolucji. A mam niestety wrażenie, że wielu z nich nadal patrzy na sztuczną inteligencję jak na ciekawostkę technologiczną, podczas gdy świat traktuje ją już jako narzędzie budowania przewagi gospodarczej, militarnej i cywilizacyjnej. I właśnie dlatego edukacja musi być dziś przebudowywana praktycznie na bieżąco. Inaczej zostaniemy nie twórcami nowego świata technologii, tylko jego biernymi użytkownikami.
Panie Profesorze, w chińskiej technologii teraz Azja ma dużo do powiedzenia. Pan ten chiński kierunek współpracy przy sztucznej inteligencji by odrzucał?
– Trzeba patrzeć na to bardzo pragmatycznie i bez złudzeń. Oczywiście Chiny zrobiły gigantyczny postęp technologiczny. Dzisiaj nikt rozsądny tego nie podważa. Azja, a szczególnie Chiny, stały się jednym z głównych centrów rozwoju nowych technologii, także w obszarze sztucznej inteligencji. Tyle że jedno trzeba bardzo wyraźnie oddzielić: tempo rozwoju od zaufania strategicznego. I właśnie tu pojawia się zasadniczy problem. Ja uważam, że Polska i Europa powinny przede wszystkim budować współpracę technologiczną ze Stanami Zjednoczonymi. Nie dlatego, że Amerykanie są idealni, bo nie są. Ale dlatego, że nadal posiadają przewagę fundamentalną, jeśli chodzi o cały ekosystem sztucznej inteligencji. Ludzie często patrzą wyłącznie na aplikacje, chatboty czy algorytmy sieci neuronowych, a prawdziwa siła tej rewolucji leży gdzie indziej. Leży w procesorach, w architekturze układów scalonych, w dostępie do najbardziej zaawansowanych czipów, centrów danych i infrastruktury obliczeniowej. I tutaj Stany Zjednoczone wciąż pozostają kilka długości przed resztą świata. Proszę zwrócić uwagę, że nawet Chiny, mimo ogromnych inwestycji, wciąż próbują dogonić Amerykę właśnie w obszarze hardware’u. Oprogramowanie można rozwijać relatywnie szybko, ale budowa przewagi technologicznej w produkcji czipów to proces liczony w dekadach. Dlatego USA, wraz z Tajwanem i największymi firmami technologicznymi, nadal kontrolują kluczowe elementy tego rynku. Natomiast druga kwestia jest jeszcze poważniejsza i dotyczy samej filozofii państwa. Chiński model rozwoju technologii opiera się na bardzo agresywnym podejściu do ekspansji gospodarczej i pozyskiwania danych. Mówmy uczciwie: Chińczycy od lat prowadzą niezwykle rozbudowany wywiad gospodarczy i technologiczny. Robią to skutecznie, konsekwentnie i na skalę globalną. W wielu przypadkach współpraca dla nich nie jest klasycznym partnerstwem, tylko instrumentem zdobywania przewagi. I Zachód wielokrotnie się o tym przekonał.
Dlatego problemem nie jest tylko sama technologia, ale pytanie, kto ją kontroluje i według jakiego systemu wartości ją rozwija?
– W państwach zachodnich, mimo wszystkich błędów i kryzysów, nadal istnieje pewien fundament ochrony praw człowieka, wolności obywatelskich czy kontroli społecznej nad państwem. W Chinach technologia bardzo często staje się narzędziem kontroli obywatela. System punktacji społecznej, monitoring, analiza zachowań, masowe gromadzenie danych, nadzór cyfrowy – to nie są już scenariusze science fiction, tylko rzeczywistość. I właśnie dlatego sztuczna inteligencja w wydaniu chińskim budzi tak duże obawy. Tam człowiek coraz częściej staje się elementem systemu zarządzania państwem, a nie podmiotem, wokół którego ten system jest budowany. To jest zasadnicza różnica cywilizacyjna. Proszę też spojrzeć na problem demografii. Chiny mają dziś gigantyczny kryzys związany ze starzeniem się społeczeństwa i spadkiem liczby ludności. W ich myśleniu sztuczna inteligencja oraz robotyzacja stają się częściowo odpowiedzią na malejącą populację. Oni zakładają, że automatyzacja zastąpi brakujące ręce do pracy. I z perspektywy państwa to jest logiczne. Tyle że jednocześnie pojawia się bardzo niebezpieczna pokusa, by człowieka traktować wyłącznie jako koszt systemowy: emerytury, opieka zdrowotna, świadczenia społeczne. A technologia ma ten „problem” rozwiązać.
I tutaj właśnie zaczyna się najpoważniejsza debata o przyszłości sztucznej inteligencji.
– Tak, czy AI ma służyć człowiekowi, zwiększać jego możliwości, poprawiać jakość życia i wspierać rozwój cywilizacji? Czy też ma stopniowo spychać człowieka do roli zbędnego elementu systemu gospodarczego? To już nie jest wyłącznie kwestia technologii. To jest pytanie o model świata, który powstanie za kilkanaście lat. Dlatego ja byłbym bardzo ostrożny wobec pełnego uzależniania się od technologii chińskich. Współpraca gospodarcza oczywiście będzie istnieć, bo globalizacja nie zniknie. Natomiast strategiczne fundamenty rozwoju sztucznej inteligencji, cyberbezpieczeństwa i infrastruktury cyfrowej powinny być budowane przede wszystkim w oparciu o współpracę z państwami, które funkcjonują w zachodnim kręgu cywilizacyjnym. Bo stawką w tej rewolucji nie są już wyłącznie pieniądze. Stawką jest również to, kto w przyszłości będzie kontrolował informacje, gospodarkę i w praktyce codzienne życie obywateli.