• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Medalik z żuchwy

Poniedziałek, 27 maja 2013 (02:03)

Fragmenty tkanek do analizy porównawczej, która posłuży do identyfikacji ciała mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, pobrała ekipa IPN z mogiły rodziców żołnierza w Tarnobrzegu.

 

– Od 22 lat, kiedy dowiedziałam się, że 25 maja o 21.30 w więzieniu zamordowano mojego ojca, byłam tutaj z mężem i najbliższymi każdego roku. O tej samej godzinie. To była bardzo intymna grupa. Dziś cieszę się, bo przybywa nas każdego roku coraz więcej – mówiła w sobotę przed ścianą mokotowskiej katowni wyraźnie wzruszona Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza Witolda Pileckiego.

25 maja minęło 65 lat od czasu mordu na rtm. Witoldzie Pileckim, współzałożycielu Tajnej Armii Polskiej, organizatorze ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau. W sobotę o godz. 21.30 pod mur więzienny przyszły rzesze ludzi: najbliższa rodzina rotmistrza, harcerze, członkowie grupy rekonstrukcyjnej, Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, młodzież szkolna, kibice, wielu mieszkańców Warszawy. Zabrakło tych, którzy powinni tam przyjść: ministra obrony czy choćby osoby przezeń oddelegowanej. – Nic mi nie wiadomo, by MON planowało w jakiś sposób uczcić 65-lecie śmierci rotmistrza – mówi Wiktor Węgrzyn, prezes Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, organizator sobotnich uroczystości.

– Cieszę się, że takie organizacje, jak Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, angażują się w te uroczystości. Módlmy się wspólnie o to, by nasza Polska była rzeczywiście polska – dodaje córka rotmistrza Pileckiego.

Uroczystości pod tablicą umieszczoną na murze mokotowskiego więzienia rozpoczęły się litanią za dusze pomordowanych; prowadził ją ks. Marek Doszko, kapelan motocyklistów. – Panie rotmistrzu, wierzymy, że twoja dusza jest tutaj między nami – mówił duchowny. Po odśpiewaniu przy zapalonych pochodniach pieśni patriotycznych i przypomnieniu przez Leszka Rysaka, historyka IPN, biografii rotmistrza Pileckiego, pod tablicą złożono kwiaty i zapalono znicze.

Dwie godziny wcześniej członkowie Rajdu Katyńskiego, harcerze i uczestnicy prac ekshumacyjnych na Łączce uczcili pamięć pomordowanych w więzieniu mokotowskim na wojskowych Powązkach.

– Przychodzimy tu przede wszystkim z serca. Powtórzę za prof. Krzysztofem Szwagrzykiem: jest to chyba najważniejsze miejsce w Warszawie związane z historią XX wieku, a na pewno jedno z najważniejszych, jakie są w ogóle. Tutaj próbowano ukryć tych, których możemy nazwać tylko dwoma prostymi słowami – najwięksi bohaterowie – zaznaczył Rysak.

Do dziś w drugim etapie prac na Łączce ekshumowano 66 ofiar, łącznie liczba ta wynosi już 183 osoby.

Może to „Zapora”

– Wiemy na pewno, że tutaj od wiosny 1948 r. ukrywano ciała wszystkich, którzy byli mordowani na Rakowieckiej. To z tego powodu mamy nadzieję, że wśród nich zostaną zidentyfikowane szczątki tak wielkich Polaków, jak rotmistrz Pilecki czy gen. Fieldorf „Nil”. Mamy nadzieję, że jesteśmy bardzo blisko identyfikacji mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Przypuszczamy, że znaleziona została jama grobowa, w której wszyscy – on i jego towarzysze broni – zostali ukryci. Notabene, specjalna misja pojechała do Tarnobrzega na cmentarz, by pobrać materiał genetyczny od rodziców „Zapory”, bo to jest jedyny sposób na to, żeby móc jednoznacznie zidentyfikować szczątki tego bohatera – poinformował Leszek Rysak.

Węgrzyn dodał, że Łączka to miejsce święte, bo w więzieniu mokotowskim „rozstrzelano serce Polski”. – Po mordach niemieckich, zbrodni katyńskiej, zbrodniach komunistycznych, tutaj tzw. polska bezpieka wraz z Sowietami dobijała nas. Warto pamiętać o jednej, bardzo ważnej rzeczy, że oprawcy jeszcze żyją, że zbrodniarze, którzy dokonali tych zbrodni, którzy ukrywali te ciała – jeszcze żyją. Wielu już umarło, są tu ich groby, gdzieś tu w pobliżu leży podobno pani Brystygierowa. Oni są pod specjalną ochroną, zastanówmy się, kto nami rządzi – skwitował prezes Stowarzyszenia Rajd Katyński.

Wśród osób, które przyszły na Łączkę, spotkaliśmy państwa Małgorzatę i Piotra Stefańskich z dwiema 6-letnimi córkami Martą i Anią. – To najlepszy sposób nauki historii. To historia żywa, która dzieje się na naszych oczach, dlatego przyprowadziłem tu swoje dzieci. To smutne, że przychodzą tu głównie ludzie, którzy są spokrewnieni z bohaterami, a wśród zwyczajnych ludzi zainteresowanie Łączką jest średnie. Dziś w tym miejscu powinno być kilkaset osób, a nie kilkadziesiąt – podkreśla pan Piotr.

Na pytanie, czy nie obawiał się widoku wykopanych szkieletów, odpowiada: – Za 10-15 lat te dzieci być może wybiorą swoją drogę, ale pewne rzeczy im w głowach pozostaną. Jeżeli my im nie przekażemy, to kto to zrobi?

Jakie jest twoje imię

W odkrywanych na Łączce masowych grobach grzebano najczęściej osoby rozstrzelane w tym samym czasie. – W jednym zbiorowym grobie są najczęściej rozstrzelani jednego dnia. Charakterystyczny jest tu grób ośmioosobowy, bo tam odnaleziono szczątki żołnierza „Zapory” – relacjonuje Rysak. – Staramy się w miarę stanu zachowania szczątków podjąć każdą osobę z osobna. Czasem niestety jest tak, że w takim grobie szczątki są na tyle ze sobą przemieszane, że nie sposób tego uczynić – opowiada dr Łukasz Szleszkowski z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu.

– Zależy nam na identyfikacji osób, nie statystyce, ile wykopaliśmy ciał, czy ile i jakie stwierdziliśmy obrażenia na szczątkach. Chcemy wiedzieć konkretnie, kto leży w jakim grobie, dlatego każde szczątki poddawane są oględzinom sądowo-lekarsko-antropologicznym – dodaje.

W 1947 r. wydany został specjalny okólnik, który bardzo szczegółowo precyzował, w jaki sposób skazaniec powinien być rozstrzelany (miał być przywiązany do palika określonej wysokości, w pewnej odległości od muru miał stać 5-osobowy pluton egzekucyjny z karabinami i strzelać salwą, celując w serce). – Rzeczywistość była całkiem inna. Naszych bohaterów pozbawiano życia metodą katyńską, strzałem w tył głowy. Ta, choć od razu pozbawiała życia, wiązała się z bardzo rozległymi obrażeniami twarzy. Gdy pocisk opuszczał głowę przez oczodół, nos, usta, takie ciała nie nadawały się do identyfikacji. Po pracach na Łączce widać jednak, że nikt nie przewidywał wydawania ciał rodzinom ani że będą one kiedykolwiek identyfikowane – wyjaśnia Szleszkowski.

Medalik przy żuchwie Cieplińskiego?

Wśród czaszek, które odkryli badacze, jedna jest wyjątkowa, widać w niej bowiem wyraźny otwór wlotowy w potylicy. – To jednak nie wszystko. Widzimy też rozległe obrażenia, które są w okolicy szczęki. Ich nie możemy wiązać z postrzałem, to musiał być inny uraz, prawdopodobnie dokonany narzędziem tępym. Miejsce urazu, to lokalizacja typowa w medycynie sądowej, spotykana przy pobiciach – zaznacza lekarz. W ciągu 2 tygodni, przy trzech różnych czaszkach znaleziono trzy medaliki. – Jeden medalik leżał na żuchwie człowieka ze zbiorowego grobu – wyjaśnia Szleszkowski. Ale jedynym pewnym narzędziem weryfikacji tożsamości są badania genetyczne. – Zależy nam na tym, by odzyskać imiona tych osób.

To jednak bardzo złożony proces laboratoryjny. Wydobycie z kości DNA jest najtrudniejsze, wpływa na to degradacja szczątków. Dopóki były one w ziemi, DNA do pewnego stopnia zdegradowało się, zatrzymało na pewnym etapie. W momencie, kiedy te szczątki wyciągamy, materiał genetyczny przeżywa „szok”, zmienia się środowisko, temperatura, szczątki mają kontakt z powietrzem, słońcem, więc trzeba ten materiał jak najszybciej zabezpieczyć – tłumaczy mgr inż. Marta Kuś z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Pobrany materiał trafia do zamrażarek, w których czeka na dalsze etapy analiz. – Dla nas każdy z tych szkieletów jest unikatowy pod względem genetycznym, możemy porównywać ich profile z profilami uzyskanymi od rodzin zaginionych. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, nieścisłości, tak długo analizujemy te profile, aż mamy pewność, że stwierdziliśmy tożsamość konkretnej osoby – zapewnia.

Piotr Czartoryski-Sziler