Degradacja struktury rynku rolnego
Czwartek, 7 maja 2026 (10:02)Z Edwardem Kosmalem, wiceprzewodniczącym
NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”,
rozmawia Rafał Stefaniuk
Umowa z krajami Mercosuru już zaczyna obowiązywać i od razu pojawiają się pierwsze zgrzyty. Czy te rozporządzenia
i zapowiadane blokady importu żywności
ze śladami pestycydów niedopuszczonych
do obrotu w Unii Europejskiej cokolwiek realnie zmienią?
– Trudno dziś mówić o spokoju w tej sprawie, bo im bardziej zagłębiamy się w szczegóły, tym bardziej widać, że to nie jest temat zamknięty, tylko dopiero otwierający długą i bardzo ostrą debatę. Formalnie umowa handlowa
z krajami Mercosuru została uruchomiona, a wraz z nią pojawiły się deklaracje o ochronie rynku europejskiego,
w tym zapisy dotyczące blokowania produktów zawierających niedozwolone w UE środki ochrony roślin. Tyle teoria. W praktyce jednak coraz więcej ekspertów
i przedstawicieli branży rolniczej mówi wprost, że to może być bardziej polityczna zasłona dymna niż realne narzędzie kontroli. Bo jeśli spojrzeć na konstrukcję samej umowy
i na to, jak była doprecyzowywana, to jest to śmiech na sali. Szczególnie wiosą otrzymywaliśmy informacje o jej fatalnych zapisach. Widać wyraźnie, że kluczowe decyzje dotyczące przepływu towarów w dużej mierze zostały przesunięte poza klasyczny mechanizm kontroli państw członkowskich – będą się tym zajmować Latynosi.
Chodzi nie tylko o mięso, które najczęściej pojawia się
w publicznej dyskusji, ale również o inne segmenty,
ostatnio głośno jest o wołowinie. W obiegu pojawiają
się informacje o znaczących wolumenach importu.
Do tego dochodzą jeszcze tzw. produkty przetworzone
czy uszlachetnione, które formalnie spełniają inne kategorie celne i przez to mogą łatwiej wchodzić
na rynek unijny.
Trudno w tej sytuacji oddzielić, co jest mitem, a co prawdę. To jest efekt tego,
że Unia Europejska nie gra w tej sprawie
w otwarte karty z rolnikami?
– I tu zaczyna się sedno problemu. Nas nie traktuje się poważnie, z należytym szacunkiem. A to przecież rolnictwo jest jedną ze składowych unijnej gospodarki – bardzo ważną, a zarazem filarem bezpieczeństwa. Chodzi nie tylko o samą skalę importu, ale też o warunki, na jakich on się odbywa. Pojawiają się sygnały, że rozważane są zmiany norm unijnych tak, aby w praktyce zbliżały się do standardów obowiązujących w krajach Mercosuru.
Jeśli taki kierunek faktycznie by się utrwalił, mielibyśmy
do czynienia nie z kontrolą importu, ale z jego systemowym ułatwieniem. W tym kontekście oficjalne komunikaty o bezpieczeństwie żywności i zaostrzeniu kontroli brzmią dla wielu producentów raczej jak element komunikacji kryzysowej niż realna zapora. W branży rolniczej słychać wręcz zarzut, że to próba uspokojenia opinii publicznej i rolników, podczas gdy kluczowe decyzje już zapadły albo są w trakcie domykania na poziomie unijnym. Do tego dochodzi jeszcze jeden element: polityczna niespójność i brak jednoznacznej linii obrony interesów krajowego rolnictwa na poziomie negocjacji europejskich. W efekcie narasta wrażenie, że sektor rolny został postawiony w sytuacji, w której ma się dostosować do nowych realiów, zamiast mieć realny wpływ na ich kształt.
Czy te rozporządzenia coś zmienią?
– W teorii mogą poprawić poziom kontroli i dać dodatkowe narzędzia inspekcjom. W praktyce jednak, jeśli system handlu w ramach Mercosuru zostanie zliberalizowany
w obecnym kształcie, to same przepisy kontrolne mogą okazać się zbyt słabym narzędziem, by zatrzymać
skalę zmian, która właśnie się rozpędza.
Da się w praktyce dokładnie kontrolować każdą partię żywności wjeżdżającą
do Europy?
– W teorii system kontroli żywności w Unii Europejskiej należy do jednych z najbardziej restrykcyjnych na świecie. W praktyce jednak – i to trzeba powiedzieć wprost
– przy obecnej skali handlu jest to zadanie graniczące
z niewykonalnością. Już dziś widać to wyraźnie na przykładzie dużych wolumenów surowców sprowadzanych z Ukrainy. To nie są pojedyncze transporty, które można szczegółowo prześwietlić od A do Z, tylko masowe dostawy, w których fizycznie nie ma możliwości przebadania każdej partii z taką samą dokładnością
i częstotliwością, jakiej oczekiwałby konsument. System opiera się więc na próbkowaniu i procedurach ryzyka,
a nie na pełnej, stuprocentowej kontroli każdej dostawy.
I właśnie tutaj pojawia się problem, który od miesięcy budzi emocje w branży rolniczej. Państwo polskie i unijne instytucje nie wykorzystały w pełni dostępnych narzędzi zabezpieczających, a część decyzji administracyjnych mogła zostać podjęta z większą ostrożnością i większym buforem czasowym. Wskazuje się choćby na możliwość etapowego wdrażania umów handlowych czy mocniejsze zaangażowanie Parlamentu Europejskiego i państw członkowskich w proces zatwierdzania kluczowych zapisów.
Zamiast tego – jak podnoszą niektórzy eksperci – mamy do czynienia z konstrukcją, w której główne decyzje zapadają na poziomie centralnym, a rola krajowych rządów i parlamentów bywa ograniczona?
– W tym kontekście często pojawia się też nazwisko
Ursuli von der Leyen i zarzuty, że część zapisów była forsowana w sposób bardzo scentralizowany. To rodzi pytania o realną transparentność całego procesu. Nie brakuje też argumentów natury gospodarczej. Otwarcie
na rynki Mercosuru może przynieść korzyści europejskim eksporterom, w tym przemysłowi motoryzacyjnemu czy przetwórczemu. Krytycy odpowiadają jednak, że bilans może być nierówny, a ciężar dostosowania spadnie przede wszystkim na rolnictwo. Najbardziej kontrowersyjny wątek dotyczy jednak jakości żywności i stosowanych w produkcji środków ochrony roślin. W Unii Europejskiej obowiązuje lista substancji zakazanych – licząca około 300 pozycji
– które ze względu na bezpieczeństwo konsumentów
nie mogą być stosowane w produkcji rolnej. Jednocześnie część tych substancji nadal jest produkowana w Europie
i eksportowana do innych regionów świata, w tym do krajów Mercosuru, gdzie obowiązują mniej restrykcyjne normy. To rodzi pytanie o spójność całego systemu. Jeśli produkty wytwarzane przy użyciu takich środków wracają później na europejski rynek, to kontrola nie dotyczy już tylko granicy, ale też całego globalnego łańcucha produkcji. A to jest poziom skomplikowania, który sprawia, że pełna weryfikacja „każdej partii” staje się bardziej postulatem
niż realnym scenariuszem operacyjnym. W efekcie pojawia
się napięcie między trzema celami: bezpieczeństwem konsumentów, interesem gospodarczym i realnymi możliwościami kontroli. I właśnie na styku tych trzech obszarów toczy się dziś najważniejsza, choć często mało widoczna, dyskusja o przyszłości europejskiego rynku żywności.
Możliwy jest scenariusz, w którym mięso
z krajów Mercosuru trafia do Europy przez „pośredników”, np. Holandię, już jako przetworzone wędliny?
– Taki scenariusz nie tylko jest możliwy – on w praktyce mieści się w logice dzisiejszego globalnego handlu żywnością. I to właśnie budzi największe emocje wśród producentów. Mechanizm jest prosty: surowe mięso trafia do dużych hubów logistycznych i przetwórczych w Europie, gdzie jest przerabiane na produkty gotowe – wędliny, kebaby, półprodukty dla sieci handlowych czy gastronomii. Konsument finalny nie widzi już pochodzenia surowca,
bo produkt końcowy przechodzi przez kilka etapów przetworzenia i zmienia kategorię handlową. Problem zaczyna się jednak dużo wcześniej – na poziomie jakości
i czasu. Mięso świeże ma bardzo ograniczony cykl przydatności, a jego najlepsze właściwości utrzymują
się przez krótki okres po uboju. Tymczasem transport
z Ameryki Południowej to często tygodnie w chłodniach,
a w praktyce – licząc cały łańcuch logistyczny – mówimy
o produkcie, który w momencie dotarcia do Europy
jest już daleko od pierwotnej świeżości.
Stąd jego naturalne „przeznaczenie”
do dalszego przetworzenia?
– I tu pojawia się kolejny wątek, który budzi spory.
W Unii Europejskiej obowiązują restrykcyjne normy dotyczące stosowania środków ochrony roślin i leków weterynaryjnych. W krajach Mercosuru standardy są inne, a część substancji dopuszczonych tam nie ma prawa być stosowana w Europie. W praktyce oznacza to, że kontrola nie dotyczy wyłącznie samego mięsa, ale całego systemu produkcji, który stoi za jego wytworzeniem. Z perspektywy rynku liczy się jednak jeszcze jeden element: skala. Europa – w tym Polska – jest istotnym eksporterem mięsa wołowego i drobiowego. Znacząca część produkcji trafia na rynki unijne, gdzie cenione są jakość i standardy hodowli. Napływ tańszego importu, szacowanego na kilkanaście procent rynku, może tę równowagę realnie zaburzyć.
Już dziś widać pierwsze sygnały: wahania cen skupu
i presję na marże producentów. A to dopiero początek procesu, który – jeśli zostanie w pełni uruchomiony
– będzie działać jak długofalowy czynnik destabilizujący rynek. W tym sensie dyskusja o Mercosurze nie dotyczy wyłącznie handlu. Ona wprost uderza w strukturę europejskiego rolnictwa, w model produkcji i w to, jak rozumie się dziś pojęcie bezpieczeństwa żywnościowego.
Polska straciła kontrolę nad własnym rynkiem żywności i nie wyciągnęła wniosków z doświadczeń związanych
z Ukrainą?
– To jest pytanie, które w środowisku rolniczym pada coraz częściej i – co ważne – coraz rzadziej traktowane jest jako przesada. Bo dziś widać wyraźnie, że problem nie dotyczy jednego kryzysu czy jednego sezonu, tylko całego modelu funkcjonowania rynku rolno-spożywczego w Polsce i w Unii Europejskiej. Z perspektywy producentów rolnych pojawia się gorzkie poczucie, że państwo oddało zbyt wiele pola decyzyjnego na poziom unijny, a jednocześnie nie zbudowało wystarczająco silnych mechanizmów obronnych dla własnego rynku. Oficjalna narracja, że „niewiele się
da zrobić, bo decyzje zapadają w Brukseli”, coraz częściej zderza się z opinią, że to tylko częściowa prawda. Nawet
w ramach wspólnych regulacji państwa członkowskie mają narzędzia, by twardziej bronić swoich interesów – tylko
nie zawsze z nich korzystają.
W tle mamy bardzo konkretną sytuację gospodarczą?
– Polski rolnik funkcjonuje dziś pod presją kilku nakładających się kryzysów: spadków cen, suszy, przymrozków i rosnącej konkurencji zewnętrznej. Do tego dochodzi import produktów rolnych z innych krajów UE
i spoza niej, który w wielu segmentach rynku jest po prostu ogromny. Przykład ziemniaków czy warzyw jest tu szczególnie wymowny – oficjalne dane mówią o milionach ton produktów trafiających na rynek unijny, w tym do Polski, podczas gdy krajowi producenci zmagają się
z nadwyżkami i problemem sprzedaży własnych zbiorów. Podobnie było w przypadku papryki czy innych warzyw sezonowych – jeszcze niedawno mówiło się o stratach
w krajowej produkcji, a jednocześnie rynek wypełniał się importem, często w cenach, z którymi lokalni producenci nie są w stanie konkurować. W tym wszystkim pojawia się jeszcze jeden, coraz częściej podnoszony wątek: struktura handlu. Duża część dystrybucji żywności nie znajduje
się już w rękach krajowych podmiotów, tylko międzynarodowych sieci handlowych i korporacji logistycznych. One dyktują warunki, one organizują łańcuch dostaw i one w dużej mierze decydują o tym,
co trafia na półki sklepowe. W takim układzie lokalny producent ma ograniczoną możliwość przebicia się
ze swoim towarem, nawet jeśli jego jakość jest
bardzo wysoka.
Do tego dochodzi problem przetwórstwa?
– Tak, które w dużej mierze również zostało przejęte
przez duże podmioty, często działające w wielu krajach jednocześnie. W efekcie rolnik sprzedaje surowiec, ale wartość dodana powstaje gdzie indziej – i tam też zostaje większość zysku. Dlatego sama sprzedaż bezpośrednia
czy rolniczy handel detaliczny, choć potrzebne i dla wielu gospodarstw realnie pomocne, nie są w stanie odwrócić trendu w skali całego sektora. Mogą poprawić sytuację części mniejszych producentów, ale nie rozwiązują problemu dużych gospodarstw, które produkują na rynek hurtowy i są najbardziej narażone na wahania cen oraz presję importową. W tym kontekście coraz częściej pojawia się bardzo ostre słowo „degradacja” struktury rynku rolnego. I choć brzmi ono twardo, w wielu gospodarstwach nie jest już traktowane jako przesada, tylko jako opis rzeczywistości, w której rolnictwo zamiast stabilnego
filaru gospodarki staje się sektorem funkcjonującym
na coraz bardziej niestabilnych warunkach, z realnym ryzykiem utraty rentowności, a w skrajnych przypadkach nawet bankructwa.
Skąd biorą się rozbieżności między sygnałami z branży mleczarskiej
a stanowiskiem resortu w sprawie
eksportu do krajów Mercosuru?
– To jest klasyczny przykład sytuacji, w której oficjalne komunikaty i praktyka rynkowa zaczynają żyć dwoma różnymi życiami. Z jednej strony mamy zapewnienia administracji, że wszystko funkcjonuje w ramach ustalonych reguł. Z drugiej strony branża, która na co dzień mierzy się z realnymi barierami w eksporcie i coraz trudniejszym otoczeniem konkurencyjnym. Warto zacząć od tego, że sektor mleczarski w Polsce należy do najbardziej uporządkowanych i jednocześnie najbardziej konkurencyjnych segmentów rolnictwa. To w dużej mierze zasługa spółdzielczego modelu produkcji, który wciąż dominuje w wielu regionach. Dzięki temu rolnicy mają większą siłę negocjacyjną i lepszą pozycję na rynku niż
w wielu innych branżach. Ale to nie znaczy, że są odporni na presję zewnętrzną. Problem zaczyna się w momencie, gdy zderzają się dwa różne modele handlu. Z jednej strony europejski rynek, który formalnie opiera się na zasadach swobodnego przepływu towarów i stopniowej liberalizacji. Z drugiej strony kraje Mercosuru, które często stosują własne mechanizmy ochrony rynku, w tym bariery administracyjne i sanitarne, utrudniające dostęp dla europejskich produktów. Efekt jest taki, że europejscy producenci mleka napotykają trudności w eksporcie na rynki Ameryki Południowej, mimo że teoretycznie umowy handlowe powinny ten dostęp ułatwiać. Jednocześnie
w drugą stronę – produkty z krajów Mercosuru mają relatywnie łatwiejszą drogę wejścia na rynek unijny,
często przy preferencyjnych warunkach celnych.
I tu pojawia się sedno problemu:
brak symetrii?
– Jeśli jedna strona rynku chroni się skutecznie,
a druga otwiera się szerzej, to trudno mówić o zdrowej konkurencji. W takiej sytuacji nawet dobrze zorganizowany sektor, jak mleczarstwo, zaczyna odczuwać presję. Do tego dochodzi jeszcze kwestia interpretacji danych i komunikacji między instytucjami a branżą. Resort rolnictwa może bazować na formalnych zapisach umów i statystykach handlowych, które pokazują stabilny obraz. Przedstawiciele branży patrzą natomiast na konkretne kontrakty, zapytania eksportowe i realne transakcje – i tam obraz bywa znacznie bardziej niepokojący. W efekcie powstaje klasyczny rozdźwięk: oficjalnie „wszystko działa”,
a w praktyce firmy sygnalizują coraz większe trudności
w utrzymaniu pozycji na rynkach pozaunijnych.
I to właśnie ten rozdźwięk jest dziś jednym z największych wyzwań dla całego sektora rolno-spożywczego – bo bez spójności między polityką handlową a realiami rynku nawet najlepiej zorganizowana branża zaczyna mieć poważne problemy. A nas nie stać na to, aby osłabiać rolnictwo. Polska jest jeszcze krajem rolniczym i nasze artykuły rolne, żywność, także przetworzona, stanowią dużą część naszego eksportu. Polecam wszystkim mądralom, którzy pouczają rolników, aby zajrzeli do opracowań Głównego Urzędu Statystycznego i przekonali się, ile gospodarce
daje rolnictwo. Ile cała Polska zawdzięcza rolnikowi,
który codziennie rano wstaje zająć się zwierzętami
i wyjeżdża na pole.