• Piątek, 1 maja 2026

    imieniny: Józefa, Filipa, Jeremiego

Sezon przegrany ekonomicznie

Czwartek, 30 kwietnia 2026 (09:54)

Rozmowa z Adrianem Wawrzyniakiem,
rzecznikiem prasowym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”

Ten sezon można już uznać za stracony
dla części rolników?

– Tak. Patrząc na to, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach, trudno o bardziej gorzką odpowiedź.
W wielu gospodarstwach ten sezon rzeczywiście został poważnie zachwiany, a dla części – po prostu przegrany ekonomicznie. I nie chodzi tu o jedną przyczynę, tylko
o cały ciąg zdarzeń, które nałożyły się na siebie jak źle ułożone warstwy. Od momentu, kiedy napięcia geopolityczne zaczęły się przekładać na rynki surowców, wszystko poszło w górę. Nawozy drożały skokowo, paliwo nie pozostawało w tyle, a koszty produkcji rolnej zaczęły wymykać się spod kontroli. To nie była kosmetyczna korekta cen, tylko realny cios w rentowność gospodarstw, szczególnie tych średnich i mniejszych, które nie mają buforów finansowych pozwalających przeczekać taki okres.

I w tym samym czasie rolnicy patrzyli
w stronę Brukseli, licząc na choćby częściową amortyzację tego szoku?

– Tyle że zamiast konkretnych, szybkich instrumentów wsparcia pojawiało się coś, co wielu odbiera jako przeciąganie decyzji i analizowanie kolejnych wariantów bez realnego przełożenia na sytuację w terenie. Mówię tu
o rzeczach bardzo konkretnych: o kosztach związanych
z systemami ETS, o mechanizmach typu CBAM, o braku zdecydowanych działań w sprawie rynku nawozów.
W praktyce rolnik został z rosnącymi kosztami sam,
a rynek nie poczekał na rozwiązania. Na spotkaniach branżowych, również na forum Copa Cogeca, wyraźnie wybrzmiewało, że Komisja Europejska „analizuje scenariusze” i „pracuje nad rozwiązaniami”. Tyle że
w gospodarstwie nikt nie żyje scenariuszami. Tam liczy
się bilans na koniec sezonu, a ten dla wielu przestaje się spinać. Problem polega na tym, że rolnictwo nie działa
w próżni. Każdy wzrost kosztów energii, nawozów czy logistyki natychmiast uderza w opłacalność produkcji.
A kiedy te elementy nakładają się na siebie jednocześnie, efekt jest prosty: marże znikają, a ryzyko rośnie.

Dlatego mówienie o „straconym sezonie”
nie jest przesadą?

– To raczej opis sytuacji, w której część gospodarstw wchodzi w kolejny rok z poważnym deficytem, bez realnych narzędzi odbudowy płynności. I tu nie chodzi
już o polityczne oceny, tylko o zwykłą ekonomiczną konsekwencję: jeśli koszty rosną szybciej niż możliwość
ich przeniesienia na rynek, ktoś musi pokryć tę różnicę.
W rolnictwie bardzo często robi to sam rolnik
– z własnej kieszeni.

Komisja Europejska mówi o „pracach
nad rozwiązaniami”, ale konkretnie
– kiedy rolnicy mogą się ich spodziewać?

– W praktyce wygląda to tak, że realne propozycje mają zostać przedstawione dopiero 19 maja. I dopiero wtedy zacznie się jakakolwiek poważniejsza dyskusja, a potem
– procedowanie. Czyli, mówiąc wprost, cały system dopiero wtedy zacznie raczkować, kiedy sezon w wielu gospodarstwach będzie już rozstrzygnięty, a niekiedy zwyczajnie zamknięty stratą. I tu pojawia się zasadniczy problem: rolnictwo nie działa w rytmie kalendarza instytucji unijnych czy rządowych. Tu decyzje mają
skutki natychmiastowe. Ceny nawozów, paliwa, energii
– to wszystko nie czeka na posiedzenia ani konsultacje.
A w tej chwili rolnicy zostali w sytuacji, w której muszą sami absorbować cały koszt tego opóźnienia. Cała konstrukcja wsparcia została odsunięta w czasie do momentu, w którym jej realna skuteczność będzie
już ograniczona. I to właśnie buduje poczucie, że sektor rolny został pozostawiony sam sobie, bez narzędzi amortyzujących szok kosztowy. Do tego dochodzi jeszcze poziom krajowy. W przestrzeni publicznej pojawiały
się zapowiedzi konkretnych działań ze strony Polskiego Stronnictwa Ludowego – choćby dotyczące dopłat do nawozów czy zmian w obciążeniach fiskalnych. Tyle że
z perspektywy czasu widać coś zupełnie innego: mijają kolejne tygodnie i nie ma ani projektu, ani szczegółów,
ani nawet harmonogramu wdrożenia. Ministerstwo rolnictwa w praktyce ogranicza się do sygnałów,
że „trwają prace”, ale dla gospodarstw, które liczą każdy miesiąc, to nie jest żadna odpowiedź. Brak decyzji na poziomie europejskim nakłada się na brak decyzji na poziomie krajowym. A w środku tego systemu stoi rolnik, który musi prowadzić produkcję w warunkach niepewności kosztowej, bez jasnych instrumentów wsparcia. I dlatego coraz częściej w środowisku rolniczym pada jedno, dość jednoznaczne podsumowanie: problemem nie jest tylko wysoki koszt produkcji, ale przede wszystkim tempo reakcji państwa i instytucji.

Zapowiedź zaskarżenia umowy z krajami Mercosuru do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejksiej nie poprawia nastrojów?

 Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to
krok w dobrą stronę, bo sam fakt skierowania sprawy do TSUE pokazuje, że temat w końcu przestał być zamiatany pod dywan. Tyle tylko, że kiedy zaczyna się przyglądać szczegółom, obraz robi się dużo mniej klarowny. Bo dziś mamy sytuację, w której nikt tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, jak to zaskarżenie ma wyglądać w praktyce. Trzy różne resorty prowadzą rozmowy, każdy ma swoje podejście, każdy coś dopisuje, coś koryguje, coś zgłasza.
I zamiast jednego, spójnego stanowiska państwa, wciąż widzimy raczej wewnętrzne uzgadnianie podstawowych założeń. A to w sprawie o takiej wadze nie brzmi jak gotowość do działania, tylko jak proces, który dopiero
się rodzi.

O co w tym chodzi?

– O odwrócenie uwagi nas wszystkich od spraw fundamentalnych – umierania ekonomicznego
i demograficznego rolnictwa. Bo nie da się nie zauważyć, że równolegle do zapowiedzi o zaskarżeniu umowy brakuje twardych decyzji finansowych i systemowych, które mogłyby realnie złagodzić presję kosztową. Rolnicy od dawna funkcjonują w warunkach, które trudno nazwać stabilnymi. Wysokie ceny nawozów, drogie paliwo, ograniczona dostępność części środków produkcji, do tego niepewność rynkowa. Wielu z nich wchodziło w ten sezon, inwestując przy skrajnie niekorzystnych warunkach, często na granicy opłacalności. I teraz, kiedy te koszty już zostały poniesione, słyszą o kolejnych analizach, konsultacjach
i międzyresortowych uzgodnieniach. Trudno się więc dziwić, że z ich perspektywy temat Mercosuru zaczyna brzmieć jak element szerszej narracji, a nie konkretne narzędzie ochrony rynku. Tym bardziej że takie zapowiedzi często pojawiają się równolegle z brakiem decyzji
w sprawach bardziej bezpośrednich, jak choćby wsparcia kosztów produkcji czy mechanizmów osłonowych.
W efekcie mamy do czynienia z pewnym paradoksem:
na poziomie deklaracji pojawia się twardy język
i zapowiedź działania na forum europejskim, ale na poziomie codziennej polityki rolnej brakuje równie twardych decyzji, które rolnicy mogliby odczuć tu i teraz.
I to jest chyba największy problem tej sytuacji.
Bo w rolnictwie czas nie jest kategorią abstrakcyjną.
Każde opóźnienie, każda zwłoka w decyzjach przekłada
się na konkretne straty. A kiedy sezon już się toczy, trudno go później „naprawić” samymi deklaracjami, nawet jeśli brzmią one zdecydowanie. Nade wszystko dobijają nas bardzo złe warunki atmosferyczne. Tak źle jak teraz nie było dawno.

Warunki są aż tak złe, że mówi się
już o katastrofie?

– Pogoda nie zostawia złudzeń, bo mamy do czynienia
z układem, który rozbija cały rytm pracy w polu. Z jednej strony nocne przymrozki, które potrafią zniszczyć to,
co już zaczynało się rozwijać. Z drugiej strony zimno utrzymujące się przez kolejne tygodnie, które hamuje wegetację i sprawia, że rośliny zamiast rosnąć, stoją
w miejscu. A do tego dochodzi jeszcze trzeci element,
być może najgroźniejszy w dłuższej perspektywie,
czyli skrajna susza. Jest taki poziom wody, który nie tyle ogranicza plony, ile w praktyce zaczyna je brutalnie wycinać. Na słabszych glebach, tych czwartoklasowych, zboża zaczynają po prostu usychać. Tam, gdzie ziemia
ma jeszcze mniej potencjału, czyli piąta czy szósta klasa, rolnicy mówią wprost: nie ma już czego ratować, bo rośliny nie zdążyły nawet wejść w normalną fazę rozwoju. To nie jest sytuacja, w której można mówić o „trudnym sezonie”. To jest układ, który zaczyna przypominać serię nakładających się na siebie zjawisk ekstremalnych,
bez żadnej realnej równowagi między wodą, temperaturą
i fazami wzrostu roślin. I właśnie dlatego wśród rolników pojawia się coraz częściej poczucie, że to już nie jest
walka o dobry plon, tylko o minimalizowanie strat.
Bo kiedy natura przestaje współpracować w tak podstawowych parametrach jak wilgoć i temperatura, nawet najlepsza agrotechnika ma bardzo ograniczone
pole manewru. W praktyce oznacza to jedno: ten sezon
dla wielu gospodarstw nie będzie rozliczany w kategoriach zysku, tylko przetrwania.

Da się dziś policzyć, jak duża część gospodarstw ma problemy finansowe
i co to oznacza w perspektywie żniw?

– Z mojego doświadczenia i z rozmów, które prowadzę praktycznie codziennie, obraz jest niestety dość jednoznaczny. Odbieram telefony od rolników,
spotykamy się na lokalnych zebraniach, w świetlicach,
w gospodarstwach i powtarza się jeden motyw: trudno znaleźć kogoś, kto nie mówi wprost, że ma poważne problemy finansowe. To nie jest już kwestia pojedynczych przypadków czy „trudniejszych gospodarstw”. Ten problem stał się szeroki i systemowy. Już na początku roku było widać, że wielu rolników ma kłopot ze spłatą rat kredytów
i zobowiązań. I to się nie zatrzymało. To się tylko rozlało dalej, jak efekt domina. Dziś wielu z nich nie tyle spłaca zobowiązania, ile je przesuwa w czasie, licząc, że kolejny sezon coś poprawi. Tyle że w praktyce to oznacza narastanie kosztów, bo dochodzą odsetki, opłaty, presja banków. Żeby utrzymać płynność, sprzedaje się maszyny, często poniżej wartości, tylko po to, żeby załatać bieżące dziury. To jest gaszenie pożaru wiadrem, które ma coraz więcej dziur. W takich warunkach trudno już mówić
o inwestycjach. One praktycznie zniknęły z krajobrazu
wsi. Rynek maszyn, zarówno nowych, jak i używanych, wyraźnie to pokazuje. Oczywiście zdarzają się zakupy,
ale najczęściej są wymuszone, finansowane leasingiem albo kredytem, bez realnej przestrzeni na rozwój. To nie jest inwestowanie w przyszłość, tylko próba utrzymania ciągłości produkcji. Efekt jest taki, że wieś znalazła się
w fazie wyczekiwania, bez planów rozwojowych, bez oddechu finansowego i bez poczucia stabilności. I to jest chyba najbardziej niepokojące, bo mówimy już nie
o chwilowym spowolnieniu, tylko o narastającym zjawisku, które zaczyna mieć charakter strukturalny. Z mojej perspektywy to moment, w którym reakcja powinna  nastąpić dawno temu. Już na początku roku powinny
być uruchomione realne narzędzia wsparcia, a nie tylko zapowiedzi. Bo dziś widać wyraźnie, że brak działań tylko pogłębia problem. Jeśli nic się nie zmieni, to ten sezon może nie tylko być trudny, ale dla wielu gospodarstw
po prostu graniczny.

Skąd ta bierność państwa i brak jego reakcji?

– To jest pytanie, które wraca coraz częściej, i trudno udawać, że odpowiedź jest prosta. Z zewnątrz wygląda
to tak, jakby brakowało jednego, spójnego impulsu decyzyjnego. Jakby w rządzie nie było jasności co do priorytetów, a poszczególne środowiska ciągnęły w swoją stronę. Trudno jednoznacznie wskazać, czy PSL nie próbuje, czy to jednak Koalicja Obywatelska nie sabotuje prac. Jedni wskazują na napięcia wewnątrz samej koalicji, gdzie interesy różnych ugrupowań nie zawsze się zazębiają. W takich warunkach nawet proste decyzje potrafią utknąć na poziomie uzgodnień politycznych. Rolnictwo staje się wtedy jednym z wielu punktów spornych, a nie obszarem wymagającym natychmiastowej interwencji. Inni zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt, bardziej twardy politycznie. Mianowicie na to, że część środowisk rządzących nie widzi w rolnikach stabilnego elektoratu, który mógłby przesądzić o ich poparciu.
A jeśli tak, to presja polityczna na szybkie i zdecydowane działania po prostu maleje. To chłodna kalkulacja,
ale w polityce niestety często obecna. Do tego dochodzi szerszy kontekst europejski, gdzie napięcia między krajami członkowskimi, polityką unijną a interesami narodowymi nie są niczym nowym. W przeszłości takie tarcia wykorzystywała jedna strona sceny politycznej,
dziś podobne zarzuty pojawiają się z drugiej strony. Mechanizm pozostaje jednak ten sam: rolnictwo staje
się polem większej gry politycznej, w której lokalne problemy schodzą na dalszy plan. W efekcie rolnicy
zostają w sytuacji, w której czują się pozostawieni
sami sobie. Koszty produkcji rosną, niepewność się utrzymuje, a decyzje systemowe albo się odwlekają,
albo mają charakter połowiczny. To tworzy wrażenie
dryfu, w którym państwo reaguje wolniej, niż wymaga
tego rzeczywistość.

I tu jest sedno problemu: nawet jeśli różne strony polityczne mają odmienne diagnozy i oceny, to skutki
tej bierności są bardzo realne. Bo w gospodarce rolnej czasu nie da się zatrzymać. Sezon idzie swoim rytmem, decyzje inwestycyjne już zapadają albo przepadają,
a opóźnienia mają później bardzo konkretną cenę.
Jeżeli ten stan się utrzyma, to nie będzie to tylko kwestia politycznych sporów, ale realnego wpływu na strukturę całego sektora rolnego w Polsce.

Właśnie w takim momencie pojawia się pytanie: czy kupowanie polskiej żywności może realnie pomóc rolnikom?

– To na pewno gest, który ma znaczenie i w pewnym zakresie może odciążyć rynek. Trzeba to jednak powiedzieć wprost: samo hasło: „kupujmy polskie”, nie rozwiąże problemu strukturalnego, z jakim mierzy się dziś rolnictwo. Jeśli spojrzeć na gospodarstwa rodzinne, szczególnie
te do około 300 hektarów, które opierają się głównie
na produkcji roślinnej, sytuacja jest dość jednoznaczna. One w ogromnej mierze są uzależnione od dużych podmiotów skupowych, zakładów paszowych czy eksporterów. To nie jest rynek, na którym da się łatwo przestawić model sprzedaży na lokalny, bez konsekwencji ekonomicznych. W przypadku zbóż czy większości surowców rolnych skala produkcji po prostu wymusza uczestnictwo w większym łańcuchu dystrybucji.

Ale jest też sprzedaż bezpośrednia,
handel detaliczny…

– Oczywiście, istnieje sprzedaż bezpośrednia, rozwija
się rolniczy handel detaliczny, ale to nie jest uniwersalne rozwiązanie. Przy większej skali produkcji lokalny rynek szybko się nasyca. Mechanizm jest prosty: im więcej producentów wchodzi w bezpośrednią sprzedaż, tym większa konkurencja między nimi i tym większa presja
na ceny. W efekcie ten model również ma swoje naturalne ograniczenia. Podobnie wygląda to w przypadku żywności ekologicznej. Często zakłada się, że zwiększenie udziału produkcji bio automatycznie poprawi sytuację rolników. Tyle że rynek ma swoją pojemność. Jeśli podaż rośnie szybciej niż popyt, ceny spadają i cały segment przestaje być opłacalny. To nie jest kwestia ideologii, tylko zwykłej ekonomii. Dlatego potrzebne są rozwiązania systemowe,
a nie wyłącznie oddolne inicjatywy. Kluczową rolę powinny odgrywać instytucje państwowe, w tym spółki Skarbu Państwa czy podmioty zajmujące się stabilizacją rynku,
jak choćby Elewarr. Problem w tym, że ich działanie
w przeszłości często sprowadzało się do reakcji spóźnionych i niespójnych: kupowania w momentach wysokich cen i sprzedaży przy spadkach, co zamiast stabilizować rynek, dodatkowo go rozchwiewało. Model, który mógłby działać skuteczniej, to podejście bardziej strategiczne, znane z niektórych systemów zagranicznych. Polega ono na tym, że państwowy podmiot działa
jak bufor: w momentach nadwyżki skupuje surowiec, stabilizując cenę, a gdy rynek się odwraca, stopniowo
go uwalnia. Chodzi o to, żeby ograniczać zarówno gwałtowne spadki, jak i niekontrolowane wzrosty cen, które później odbijają się na całym łańcuchu produkcji żywności.

A bez takich mechanizmów?

– Bez takiego mechanizmu rynek pozostaje podatny
na wahania, które uderzają nie tylko w rolników, ale też
w przetwórstwo i konsumentów. A to finalnie przekłada się na koszty nawozów, energii i całej produkcji rolnej. Jedno jest pewne: bez realnych narzędzi stabilizacyjnych i bez jakiejś formy wsparcia kompensacyjnego, sam apel
o patriotyzm zakupowy pozostanie tylko dodatkiem.
Nie zastąpi polityki rolnej, która potrafi reagować
na kryzysy w sposób przewidywalny i systemowy.

Jak duże powinno być bezpośrednie wsparcie dla rolników?

– W mojej ocenie mówimy dziś o poziomie, który musi realnie odzwierciedlać skalę kryzysu. Minimum to około tysiąca złotych dopłaty do hektara za 2025 r. To nie jest liczba z sufitu. Taki postulat pojawiał się już choćby
w propozycjach Krajowej Rady Izb Rolniczych i trzeba uczciwie przyznać, że to raczej dolna granica tego,
co pozwoliłoby gospodarstwom złapać oddech. Trzeba
też jasno rozdzielić dwie rzeczy: bieżący rok i kolejny.
W przypadku 2025 r. mówimy o formie doraźnego wsparcia, które ma po prostu ustabilizować sytuację
po okresie wzrostu kosztów i bardzo niekorzystnych warunków rynkowych. Natomiast 2026 r. to już zupełnie inna historia. Tam wchodzimy w konieczność wyliczenia pełnych rekompensat, bo skala strat nie wynika z jednego czynnika, tylko z nakładających się problemów: kosztów produkcji, cen energii, nawozów i niestabilności rynku.

Już widzę te ataki na środowisko rolnicze, gdy tylko rolnicy dostaną rekompensaty…

– Argument, że „dopłaty są kontrowersyjne”, niewiele zmienia w tym momencie. W sytuacji kryzysowej większość rozwiniętych gospodarek stosuje mechanizmy wsparcia rolnictwa, bo chodzi o bezpieczeństwo żywnościowe, a nie o ideologiczne spory. To nie jest wyjątek, tylko standard. Wystarczy spojrzeć na Stany Zjednoczone. W 2025 r. uruchomiono tam program wsparcia dla rolników opiewający na około 12 mld dolarów. I nawet tam okazało się, że to nie zamyka problemu,
bo szacowane straty sektora rolnego sięgają blisko 50 mld. W odpowiedzi procedowane są kolejne rozwiązania systemowe, których celem jest nie tyle gaszenie pożarów, ile stabilizacja dochodowości gospodarstw w dłuższej perspektywie. To pokazuje bardzo wyraźnie jedną rzecz: bez systemowych narzędzi interwencji rynek rolny sam
się nie wyreguluje. I Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem. Dlatego kierunek powinien być podobny, czyli połączenie bezpośredniego wsparcia z rozwiązaniami strukturalnymi, które zabezpieczają produkcję na przyszłość. Bez tego będziemy jedynie reagować na kolejne kryzysy, zamiast
im zapobiegać. Jeśli chodzi o ocenę polityczną, to jest
ona wtórna wobec problemu systemowego. Rolnictwo
nie funkcjonuje w próżni, tylko w konkretnych warunkach ekonomicznych i regulacyjnych. I jeśli te warunki są niekorzystne, to nawet najlepsze gospodarstwa zaczynają tracić płynność. Na końcu zostaje prosta konkluzja: jeśli państwo chce utrzymać produkcję żywności na własnym terenie, musi się w nią realnie angażować.
Nie symbolicznie, tylko finansowo i systemowo.
Innej drogi po prostu nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk