• Czwartek, 16 kwietnia 2026

    imieniny: Bernadetty, Julii, Kseni

Mobilizacja do samego końca

Czwartek, 16 kwietnia 2026 (16:14)

Z Piotrem Ciepluchą, radnym łódzkim, członkiem Ruchu Obrony Granic, byłym wiceministrem sprawiedliwości, rozmawia Rafał Stefaniuk

To już ostatnia prosta zbierania podpisów pod obywatelską inicjatywą „Stop Pakt”, która ma nas uchronić przed skutkami paktu migracyjnego. Jak przebiega zbieranie podpisów?

 

– To jest już naprawdę ostatnia prosta. Zbieranie podpisów potrwa do 24 kwietnia, więc wszystko kręci się teraz wokół czasu i sprawnego przepływu dokumentów. Tu nie ma miejsca na opóźnienia, bo każdy dzień ma znaczenie. Dlatego apelujemy o maksymalne przyspieszenie działań. Te listy, które są już w rękach wolontariuszy czy sympatyków inicjatywy, powinny trafiać do centrali możliwie szybko, najlepiej kurierem. Chodzi o bardzo prostą rzecz: nie o to, żeby podpisy „gdzieś były w drodze”, tylko żeby fizycznie znalazły się na miejscu na czas, mogły zostać zweryfikowane i włączone do finalnej puli. Podpisane listy proszę wysyłać na adres: Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Pakt”, ul. Przechodnia 32, 05-800 Pruszków. I tu właśnie zaczyna się najbardziej newralgiczny etap całej operacji. Bo nawet najlepiej przeprowadzona akcja społeczna może się rozbić o kwestie czysto techniczne: opóźnioną pocztę, błędne adresy, zbyt późne wysyłki. Dlatego proszę o mobilizację do samego końca, również w najbliższe weekendy, które w praktyce są ostatnią realną przestrzenią na domknięcie zbiórki. W tym sensie to już nie jest tylko kampania, ale wyścig z kalendarzem. I jak to zwykle bywa w takich inicjatywach obywatelskich, końcówka bywa najbardziej wymagająca, bo wtedy wychodzi, czy uda się zbudować wystarczającą masę zaangażowania, żeby przejść do kolejnego etapu procedury legislacyjnej. Jesteśmy ostrożnie optymistyczni, ale jednocześnie nie ukrywamy, że bez tej finalnej mobilizacji trudno będzie zamknąć projekt w pełni zgodnie z założeniami. W takich przedsięwzięciach często nie decyduje pierwszy miesiąc pracy, tylko ostatnie kilka dni.

 

Termin 24 kwietnia oznacza już ostateczną granicę dostarczenia podpisów czy raczej wewnętrzny deadline przed ich oficjalnym złożeniem w Sejmie?

 

– 24 kwietnia to dla nas twarda data graniczna, moment, w którym zamykamy etap przyjmowania podpisów. Po tym dniu nie ma już możliwości ich dopisywania ani włączania do zbioru, który będzie weryfikowany i przygotowywany do złożenia. Natomiast sam proces jeszcze się na tym nie kończy. W planach jest – choć to wciąż kwestia organizacyjna i logistyczna – aby dzień lub krótko po tej dacie udać się z kompletem podpisów do marszałka Sejmu. To już będzie finałowy etap, czysto formalny, ale wymagający pełnej gotowości całej zebranej dokumentacji. I właśnie dlatego ta końcówka ma tak duże znaczenie. Bo nie chodzi tylko o zebranie odpowiedniej liczby podpisów, ale o ich uporządkowanie, weryfikację i dostarczenie w takim stanie, który pozwoli bez przeszkód przejść dalszą procedurę parlamentarną.

 

Kim są osoby podpisujące się pod inicjatywą „Stop Pakt”? Czy da się wskazać jeden wyraźny profil osób, które popierają tę inicjatywę?

 

 Tego nie da się zamknąć w jednym schemacie ani przypisać do jednej grupy. My takich twardych statystyk nie prowadzimy, więc nie mówimy o danych w sensie socjologicznym, tylko o obserwacji z terenu, z bezpośrednich kontaktów z ludźmi. I ta obserwacja jest dość jednoznaczna: podpisują się bardzo różni ludzie. Widać to zwłaszcza w miejscach o dużym ruchu – na targowiskach, rynkach, w przestrzeniach, gdzie ludzie po prostu żyją swoim codziennym rytmem i mają chwilę, żeby zatrzymać się na rozmowę. Tam ta inicjatywa trafia do szerokiego przekroju społeczeństwa. Co ciekawe, również w dużych miastach, takich jak Warszawa, która stereotypowo uchodzi za ośrodek bardziej liberalny, odzew jest wyraźny. I to często zaskakuje nawet organizatorów. Bo mimo miejskiego charakteru i różnorodnych poglądów wiele osób decyduje się tam złożyć podpis. W części wynika to z tego, że właśnie w dużych aglomeracjach temat migracji czy szerzej – zmian społecznych – jest najbardziej widoczny w codziennym doświadczeniu. Jeśli chodzi o sam profil osób, nie ma tu jednej dominującej grupy. Są seniorzy, którzy patrzą na to przez pryzmat bezpieczeństwa i stabilności. Są ludzie młodsi, którzy często kierują się bardziej ogólnym poczuciem kierunku, w jakim zmienia się państwo. Są kobiety i mężczyźni, osoby o różnych zawodach, zarówno ci z wykształceniem akademickim, jak i osoby pracujące fizycznie czy w produkcji. I właśnie ten przekrój jest chyba najbardziej charakterystyczny. Bo pokazuje, że nie mamy do czynienia z zamkniętym środowiskiem, tylko z inicjatywą, która rezonuje w różnych warstwach społecznych, choć z różnych powodów i z różnym ciężarem emocjonalnym.

 

W najbardziej podstawowym ujęciu: na jakiej zasadzie taka inicjatywa jak „Stop Pakt” miałaby realnie zatrzymać lub ograniczyć napływ migrantów do Polski?

 

– Sedno tej argumentacji odwołuje się do mechanizmów przewidzianych w prawie unijnym, a dokładniej do przepisów dotyczących bezpieczeństwa państwa i sytuacji nadzwyczajnych. Te regulacje istnieją właśnie po to, żeby w określonych warunkach państwo członkowskie mogło czasowo ograniczyć stosowanie niektórych zobowiązań wynikających z prawa unijnego. W tym przypadku chodzi o możliwość czasowego zawieszenia lub ograniczenia wdrażania elementów paktu migracyjnego, jeśli państwo uznaje, że jego bezpieczeństwo lub stabilność instytucjonalna są zagrożone. To nie jest furtka „polityczna” w potocznym sensie, tylko instrument prawny, który w systemie unijnym został przewidziany na sytuacje wyjątkowe. Polska spełnia dziś kilka przesłanek, które mogłyby uzasadniać sięgnięcie po ten mechanizm. Po pierwsze, położenie geograficzne i sytuacja na granicach – mamy do czynienia z państwem frontowym, graniczącym z obszarami objętymi konfliktem zbrojnym. Po drugie, trwająca presja migracyjna i działania o charakterze hybrydowym na wschodniej granicy, które są wiązane z polityką reżimu białoruskiego. W tym ujęciu argument jest prosty: skoro istnieją realne czynniki destabilizujące i ryzyka dla bezpieczeństwa, państwo ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek rozważyć użycie narzędzi przewidzianych w systemie prawnym, które pozwalają reagować na sytuacje wyjątkowe. Ostatecznie jednak wszystko rozbija się o decyzję polityczną. Bo sam mechanizm istnieje, ale jego uruchomienie wymaga woli rządu i oceny, czy warunki faktycznie uzasadniają tak daleko idący krok. I właśnie na tym poziomie – między prawem a polityką – toczy się dziś realny spór o kierunek działania państwa w tej kwestii.

 

Żeby Sejm w ogóle zainteresował się tą kwestią, muszą Państwo zebrać aż 100 tysięcy podpisów. Są Państwo bliżej niż dalej tej liczby?

 

– Jesteśmy bardzo blisko tego progu, ale na tym etapie nie chodzi już tylko o samo „dociągnięcie” do wymaganych 100 tysięcy. Kluczowe jest coś jeszcze: stworzenie wyraźnego zapasu, tak zwanej poduszki bezpieczeństwa. Dlaczego to takie istotne? Bo w praktyce każda tego typu procedura legislacyjna to nie jest czysta arytmetyka. To nie jest sytuacja zero-jedynkowa, w której podpisy po prostu się liczy i zamyka temat. Z doświadczenia wiemy, że część z nich może zostać zakwestionowana z powodów formalnych – błędów w danych, nieczytelnych wpisów czy kwestii technicznych. A co więcej – spodziewamy się też obstrukcji ze strony marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego. Dlatego zakładamy, że sama granica 100 tysięcy to absolutne minimum, a realnym celem powinno być zebranie znacznie większej liczby podpisów. Taka nadwyżka daje po prostu komfort proceduralny i zabezpiecza inicjatywę przed ewentualnymi próbami podważania jej ważności na etapie weryfikacji. Stąd właśnie ten apel o mobilizację w ostatnich dniach. Bo końcówka takich zbiórek ma ogromne znaczenie – często większe niż cały wcześniejszy etap. To moment, w którym decyduje nie tylko skala poparcia, ale też organizacyjna sprawność i tempo działania.

 

Gdzie można Was spotkać i jak zwykły obywatel może realnie włączyć się w tę akcję? Tylko ulice dużych miast czy coś więcej?

 

– To nie jest tylko kwestia ulicznych zbiórek, choć faktycznie tam najłatwiej nas znaleźć – w miejscach dużego ruchu, na rynkach, przy targowiskach, w centrach miast. Ale cała inicjatywa jest dużo bardziej uporządkowana i dostępna, niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim działa strona stoppakt.pl, gdzie można pobrać kartę do zbierania podpisów, wydrukować ją i zacząć działać praktycznie od ręki. Potem podpisy odsyła się do nas tradycyjną drogą albo przekazuje organizacyjnie przez sieć współpracowników. W każdym województwie są też pełnomocnicy regionalni. To ważny element całej struktury – można się z nimi skontaktować telefonicznie albo e-mailowo, dopytać o szczegóły, ustalić miejsce przekazania podpisów czy po prostu dostać wskazówki, gdzie w danym regionie funkcjonują punkty zbiórki. To nie jest zamknięty system – raczej sieć ludzi, którzy koordynują działania w terenie. I jeszcze jedna rzecz, która często umyka: nie trzeba od razu zapełniać całej karty. Nawet pojedyncze podpisy mają znaczenie. Jeśli ktoś zebrał kilka, kilkanaście i widzi, że więcej się nie uda – nie warto tego trzymać. Lepiej odesłać od razu, zgodnie z instrukcją, na adres podany na karcie albo na stronie. Bo tu gra toczy się nie o formalność, tylko o czas. I o to, żeby żadna praca ludzi w terenie po prostu nie utknęła w szufladzie.

 

Skoro rząd twierdzi, że Polska jest wyłączona z paktu migracyjnego, to po co w ogóle taka inicjatywa i alarmowanie opinii publicznej?

 

– Na papierze można próbować to tak przedstawiać, że Polska jest poza bezpośrednim obowiązywaniem części rozwiązań, ale rzeczywistość polityczna w Unii Europejskiej rzadko bywa tak czysta i zero-jedynkowa. W praktyce wiele zależy od mechanizmów wdrażania, presji instytucjonalnej i tego, jak dane przepisy są interpretowane w kolejnych miesiącach. Poza tym decyzje, które zapadły pod koniec 2025 roku, są ograniczone czasowo. Formalne deklaracje to jedno, a tempo zmian i ich późniejsze „doprecyzowania” w Brukseli czy w stolicach państw członkowskich to zupełnie inna historia. Stąd też wrażenie, że ten proces wcale nie jest zamknięty, tylko raczej rozciągnięty w czasie i podatny na kolejne korekty. Widać również napięcia na granicach wewnątrz Unii, choćby na odcinku polsko-niemieckim, gdzie działania służb i przepływ migrantów są stale monitorowane przez nasze środowisko Ruchu Obrony Granic. To nie jest już abstrakcyjna debata, tylko bardzo konkretny problem operacyjny, który ma swoje konsekwencje w terenie. Do tego dochodzi szerszy kontekst polityczny w Europie Środkowo-Wschodniej. Spór nie dotyczy wyłącznie samego paktu, ale też tego, jak będzie on egzekwowany i jakie narzędzia nacisku pojawią się wobec państw członkowskich w kolejnych latach. W takich warunkach trudno mówić o sprawie definitywnie zamkniętej. Są też elementy infrastrukturalne i administracyjne, które budzą pytania – jak centra integracji cudzoziemców czy inne rozwiązania organizacyjne, które powstają niezależnie od politycznych deklaracji. Dla jednych to zwykłe przygotowanie systemowe, dla innych sygnał, że proces ma charakter długofalowy i konsekwentny. Dlatego właśnie takie inicjatywy społeczne nie wynikają tylko z bieżących decyzji politycznych, ale z próby wywarcia presji i zabezpieczenia się przed scenariuszem, który – w ocenie ich autorów – może być rozwijany stopniowo, a nie jedną decyzją.

 

„Stop Pakt” to narzędzie obrony czy bardziej element politycznego nacisku?

 

– W założeniu chodzi o to, żeby stworzyć twardą podstawę polityczno-prawną, która zobowiąże rząd do uruchomienia procedur na poziomie unijnym. Czyli nie jest to działanie operacyjne w terenie, tylko mechanizm nacisku instytucjonalnego. Jeżeli Sejm przyjmuje taki projekt, to ma obowiązek, by wystąpić do instytucji europejskich o zastosowanie specjalnych procedur przewidzianych dla państw uznanych za zagrożone w obszarze bezpieczeństwa. W praktyce oznaczałoby to próbę czasowego wyłączenia lub ograniczenia stosowania części przepisów wynikających z paktu migracyjnego. Argumentacja tej inicjatywy opiera się na założeniu, że obecny model może prowadzić do realnych napięć społecznych i wzrostu przestępczości, w tym tej najbardziej dotkliwej. Stąd nacisk na działania prewencyjne, zanim system zostanie w pełni wdrożony.

 

Oczywiście pojawia się też pytanie o sytuacje graniczne, takie jak przekazywanie osób przez służby sąsiednich państw – głównie z Niemiec.

 

– To nie jest temat teoretyczny, bo podobne zdarzenia były już obserwowane w praktyce. I właśnie w tym miejscu zwolennicy inicjatywy podkreślają, że kluczowe ma być stworzenie jasnej podstawy prawnej, która pozwoli państwu polskiemu reagować jednoznacznie, bez wątpliwości interpretacyjnych. Z ich perspektywy problem polega na tym, że funkcjonuje narracja o rzekomym „zawieszeniu” czy „odroczeniu” paktu, ale brakuje twardego dokumentu prawnego, który w sposób formalny i niebudzący wątpliwości potwierdzałby taki stan rzeczy. A w prawie międzynarodowym i unijnym właśnie dokument ma znaczenie rozstrzygające, nie przekaz polityczny czy medialny. W tle pojawia się też kwestia odpowiedzialności funkcjonariuszy państwowych. Jasne ramy prawne mają chronić ich przed sytuacją, w której znaleźliby się w konflikcie między poleceniami służbowymi a potencjalnie kwestionowanymi działaniami drugiej strony. Całość sprowadza się więc do próby uprzedzenia scenariusza, w którym decyzje zapadają szybciej niż zdolność państwa do ich prawnego uporządkowania.

 

W sytuacji możliwej obstrukcji tego projektu ze strony marszałka Sejmu i jego zaplecza jedynym realnym narzędziem pozostaje presja społeczna, protesty i działania medialne?

 

– Trzeba zacząć od tego, że w przypadku inicjatyw obywatelskich istnieją dość precyzyjne ramy prawne, które zobowiązują Sejm do ich procedowania. To nie jest dowolność polityczna, tylko procedura, która – przynajmniej w teorii – ma gwarantować, że projekt obywatelski nie zostanie „zamrożony” w szufladzie czy wyrzucony wraz z końcem kadencji. Oczywiście praktyka parlamentarna bywa bardziej złożona. Pojawia się kwestia tempa prac, kolejności procedowania, a także politycznych priorytetów większości rządzącej. I tutaj właśnie zaczyna się przestrzeń, w której spór prawny miesza się z politycznym. W takim układzie konieczna jest szeroka mobilizacja społeczna – zarówno poprzez działania medialne, jak i presję obywatelską, a w skrajnych przypadkach także protesty. Chodzi o to, by utrzymać temat w agendzie publicznej i uniemożliwić jego „rozmycie” w bieżącej polityce. Obywatelskie projekty ustaw nie podlegają dyskontynuacji jak inicjatywy stricte polityczne, co oznacza, że Sejm – niezależnie od dynamiki prac – nie może ich po prostu zignorować. W praktyce jednak wszystko zależy od tego, czy projekt zostanie szybko odrzucony, czy będzie przeciągany w czasie. I tu pojawia się zasadnicze pytanie o intencje polityczne. Czy celem będzie szybkie zamknięcie sprawy, czy raczej jej rozciągnięcie w czasie, co pozwala uniknąć kosztów politycznych tu i teraz. Tego dziś nikt nie przesądzi, bo to zależy od kalkulacji większości rządzącej. To nie tylko spór o jedną ustawę, ale element większej układanki – dotyczącej kierunku polityki migracyjnej i relacji Polski z Unią Europejską. I właśnie dlatego traktują tę sprawę jako test mobilizacji społecznej, a nie tylko techniczne procedowanie projektu w Sejmie.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”