• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Ślubowanie to nie jest gest symboliczny

Piątek, 10 kwietnia 2026 (19:29)

Rozmowa z mec. dr. Michałem Skwarzyńskim z Katedry Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego

Trybunał Konstytucyjny ma nowych sędziów? Wydarzenie zorganizowane przez marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego dopełnia formalności powołania nowych członków TK?

– To nie było żadne ślubowanie, ani przed Sejmem, ani nawet legalne. To było wydarzenie, które próbuje się pod tę procedurę podszyć. Nawet Sejm nie był w tym czasie zwołany, nie obradował. Poza tym nie istniała instytucjonalna przestrzeń, w której można by przeprowadzić akt o tak fundamentalnym znaczeniu ustrojowym. Mamy do czynienia z sytuacją, w której forma została zastąpiona pozorem, a procedura – improwizacją. Prawo w tej kwestii jest akurat wyjątkowo klarowne. Ślubowanie to nie jest gest symboliczny ani kurtuazyjna formułka, którą można odczytać gdziekolwiek i przed kimkolwiek. To czynność prawna o ściśle określonym charakterze, składana ustnie przed właściwym organem – wobec prezydenta. I ten organ nie jest kwestią uznania czy wygody politycznej. On jest wskazany wprost w przepisach. Każda próba obejścia tej zasady nie jest „alternatywną interpretacją”, tylko zwyczajnym naruszeniem reguł. Najprostszy przykład? Posłowie i senatorowie. W dużych gremiach zawsze zdarzają się sytuacje losowe – ktoś choruje, ktoś nie może się stawić w pierwszym terminie. I co wtedy? Czy wysyła oświadczenie pocztą, czy składa przysięgę u notariusza albo wojewody? Oczywiście, że nie. Czeka i składa ślubowanie przed właściwym organem, ustnie, w przewidzianej procedurze. To jest standard państwa prawa, a nie kwestia dobrej woli.

Tymczasem tutaj mamy do czynienia z konstrukcją, która próbuje udawać legalność?

– Tak, choć jej fundamenty są wątłe. To nie było ślubowanie, to nie było ślubowanie przed Sejmem, tylko coś w rodzaju ceremonii zorganizowanej przez marszałka, który przypisał sobie kompetencję, jakiej nie posiada. A to już nie jest drobne uchybienie proceduralne, tylko wejście w obszar bardzo poważnych wątpliwości ustrojowych. Bo jeśli zaczynamy akceptować sytuację, w której kluczowe akty państwowe odbywają się poza przewidzianym trybem, to w istocie godzimy się na to, że prawo przestaje być ramą, a staje się dekoracją. A od tego momentu droga do pełnej uznaniowości władzy jest już zaskakująco krótka.

Mocne słowa

– Być może. Ale trudno inaczej nazwać sytuację, w której organ państwa działa poza zakresem swoich kompetencji i próbuje nadać temu działaniu skutki prawne. W języku konstytucyjnym to nie jest „spór interpretacyjny”. To jest zdarzenie, które może być postrzegane jako naruszenie porządku ustrojowego – i to w jego najbardziej wrażliwym punkcie.

Dlaczego próba zastąpienia prezydenta w roli osoby, która dopełnia procesu powołania sędziego, wywraca logikę całego systemu?

– Bo mówimy o samym rdzeniu państwa, a nie o technicznym detalu, który można obejść sprytną interpretacją. Prezydent w polskim porządku konstytucyjnym nie jest figurą dekoracyjną ani urzędnikiem do podpisywania dokumentów. To jedyny organ władzy wykonawczej wybierany bezpośrednio przez obywateli – z mandatem, który nie pochodzi z układu partyjnego, tylko z powszechnego głosowania. I właśnie ten mandat nadaje jego działaniom szczególną wagę, zwłaszcza tam, gdzie stykają się różne gałęzie władzy. Ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego to nie jest formalność do odhaczenia, tylko moment wejścia w urząd – akt, który ma zakotwiczenie w konstytucyjnej równowadze. Prezydent, jako strażnik tej równowagi, uczestniczy w tym procesie nie przypadkiem, lecz dlatego, że jest wyposażony w legitymację wykraczającą poza bieżącą większość sejmową. Innymi słowy, reprezentuje państwo jako całość, a nie jego chwilową konfigurację polityczną. Marszałek Sejmu funkcjonuje w zupełnie innej logice. Jego mandat jest pośredni, wyprowadzony z wyniku wyborów parlamentarnych i arytmetyki sejmowej. Może być ważnym graczem politycznym, może pełnić kluczową rolę organizacyjną, ale nie posiada tej samej legitymacji ustrojowej, która pozwalałaby mu wchodzić w kompetencje głowy państwa. Próba przejęcia takiej funkcji nie jest „uzupełnieniem procedury”, tylko jej przepisaniem na nowo.

I tu dochodzimy do sedna?

– Jeżeli uznamy, że marszałek może zastąpić prezydenta w czynnościach, które Konstytucja przypisuje wyłącznie temu drugiemu, to w praktyce zmieniamy model państwa. Z systemu, w którym władza jest rozproszona i równoważona, przechodzimy do układu, w którym większość parlamentarna może dowolnie rozszerzać swoje kompetencje. A to już nie jest kwestia interpretacji, tylko przesunięcia ustrojowego. Można oczywiście próbować to przykrywać argumentami politycznymi, personalnymi, a nawet anegdotami o wynikach wyborczych poszczególnych posłów. Tyle że one nie mają znaczenia w tej dyskusji. Tu nie chodzi o to, kto zdobył więcej głosów na liście, ani kto kogo „wprowadził” do Sejmu. Chodzi o źródło mandatu i jego charakter. A ten w przypadku prezydenta jest jednoznaczny: pochodzi bezpośrednio od obywateli i daje mu określone, nieprzenoszalne kompetencje. Dlatego każda próba ich obejścia – niezależnie od politycznego uzasadnienia – jest czymś więcej niż sporem proceduralnym. To ingerencja w konstrukcję państwa, która, jeśli zostanie zaakceptowana, otwiera drzwi do dalszych przesunięć. A wtedy pytanie przestaje brzmieć „kto ma rację”, a zaczyna „czy jeszcze obowiązują nas te same reguły gry”. A ja przypomnę tylko, że Włodzimierz Czarzasty został posłem, bo nasz system wyborczy jest chory. To nie wyborcy go wybrali, ale wszedł na plecach posła Łukasza Litewki, który uzyskał bardzo dobry wynik – ponad 40 tys. głosów i tak wywalczył dwa mandaty dla listy Lewicy. Bez jego wyniku Czarzasty byłby poza Sejmem. I taki człowiek teraz poucza Prezydenta, którego wybrało ponad 10 mln Polaków o tym, jak ma wyglądać demokracja… Wolne żarty…

Działania marszałka Sejmu w tej sprawie można już traktować jako faktyczną zmianę ustroju państwa?

– Jeżeli trzymamy się litery prawa i elementarnej logiki ustrojowej, to trudno mówić o zwykłym sporze interpretacyjnym. Tu wchodzimy w znacznie poważniejszy obszar – przesuwania granic kompetencji władzy w sposób, który nie ma oparcia ani w Konstytucji, ani w orzecznictwie. Polska nie jest systemem, w którym parlament wybiera i zastępuje głowę państwa według bieżącej potrzeby politycznej. To nie jest model kanclerski ani republika parlamentarna w czystej postaci. Mamy konstrukcję mieszaną, w której Prezydent posiada własny, bezpośredni mandat i przypisane mu, ściśle określone prerogatywy. I teraz rzecz kluczowa: zastąpienie Prezydenta w jego kompetencjach nie jest możliwe na zasadzie „uznaniowej decyzji” marszałka Sejmu. To wymaga jednoznacznej podstawy prawnej – a w praktyce również rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego, które wskazywałoby, że w danej sytuacji taka ingerencja jest dopuszczalna. Bez tego mamy do czynienia nie z interpretacją, tylko z wejściem w cudze kompetencje. Jeżeli więc marszałek zaczyna wykonywać czynności zastrzeżone dla głowy państwa, to nie jest to żadne „uzupełnienie luki”, tylko klasyczna uzurpacja. I nie ma tu znaczenia, jak bardzo ktoś próbuje to opakować w narrację o konieczności działania czy nadzwyczajnych okolicznościach. Prawo nie działa w trybie improwizacji, zwłaszcza tam, gdzie chodzi o fundamenty ustroju. Co więcej, takie działania tworzą niebezpieczny precedens. Bo jeśli dziś można przesunąć jedną kompetencję, jutro można spróbować kolejnej. W efekcie zaczynamy dryfować w kierunku systemu, w którym większość parlamentarna rozszerza swoje uprawnienia kosztem innych organów – bez zmiany Konstytucji, ale z realnym skutkiem ustrojowym. Dlatego odpowiedź jest dość brutalna, choć precyzyjna: to nie jest jeszcze formalna zmiana ustroju, bo ta wymagałaby zmiany Konstytucji. Ale to jest działanie, które tę zmianę de facto symuluje i wprowadza jej elementy tylnymi drzwiami. A w państwie prawa właśnie takie „tylne drzwi” bywają najgroźniejsze, bo rozmontowują system po cichu, krok po kroku, aż w pewnym momencie okazuje się, że reguły gry są już zupełnie inne niż te zapisane na papierze.

Opinie prawne, które wskazują na to, że marszałek Sejmu ma prawo zastąpić prezydenta, nie legitymizują tego kroku?

– Nie, absolutnie nie. Konstytucja w tej materii jest jednoznaczna i nie pozostawia pola do interpretacji według bieżących potrzeb politycznych. Procedura zastępowania prezydenta w jego konstytucyjnych obowiązkach jest ściśle określona – i w tym procesie rola Trybunału Konstytucyjnego jest nie do pominięcia. Bez formalnego orzeczenia, które upoważniałoby kogokolwiek do działania w imieniu głowy państwa, każda próba obejścia przepisów pozostaje po prostu bezprawna. A mimo to widzimy, jak daleko posunęła się determinacja obecnej koalicji rządzącej. Chcą wprowadzić osoby do Trybunału wbrew procedurom, jakby prawo i Konstytucja były tylko dodatkiem, którego można nie przestrzegać. To nie jest subtelna różnica zdań w gronie ekspertów – to próba przesunięcia granic władzy siłą woli politycznej, niezależnie od formalnych zapisów. I nawet jeśli znajdą się prawnicy gotowi tłumaczyć to na różne sposoby, bez formalnego dokumentu Trybunału żadna argumentacja nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z naruszeniem Konstytucji.

Czyli co – czy w Polsce grozi nam sytuacja dwóch Trybunałów? Trybunał Bogdana Święczkowskiego i Trybunał Włodzimierza Czarzastego?

– Może pojawi się próba takiego podziału, ale w praktyce nie wierzę, żeby to się udało. Raczej mamy do czynienia z próbą siłowego odsunięcia Bogdana Święczkowskiego i pozostałych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Możemy spodziewać się tworzenia fikcyjnych zarzutów wobec obecnych członków Trybunału, bo procedury wyboru tych nowych były wadliwe – przypomnę, że cztery z nich nie złożyły prawidłowego ślubowania. Celem będzie pozbycie się „starych” sędziów i przejęcie całego Trybunału przez osoby lojalne wobec koalicji. Końcowy efekt jest prosty: w Trybunale Konstytucyjnym pozostaną sami swoi, gotowi zalegitymizować dowolne działania władzy wykonawczej – czy to w mediach publicznych, w prokuraturze, czy przy innych instytucjach, które w tej chwili są przygotowywane do politycznego przejęcia. To nie jest teoria spiskowa – to scenariusz, który wyłania się z obserwacji mechanizmów działania obecnej koalicji. W gruncie rzeczy mówimy o próbie podporządkowania najważniejszego sądu w Polsce woli politycznej, co w konsekwencji uderza w fundamenty państwa prawa.

Tylko, Panie Mecenasie, czy problemem nie jest to, że przez ostatnie trzydzieści lat traktowaliśmy Trybunał Stanu zbyt pobłażliwie i w rezultacie nikt nie wierzy, że może on kiedykolwiek realnie zadziałać?

– Jeżeli mówimy o próbie zamachu stanu, to oczywiście takie osoby w końcu staną przed Trybunałem Stanu. Trzeba tu jasno powiedzieć, że w całej historii tej instytucji, poza może pojedynczym przypadkiem Emila Wąsacza, nie prowadzono żadnej realnej sprawy. I nawet w tym wyjątku postępowanie zostało umorzone, co tylko potwierdza nasze wcześniejsze zaniedbania. Dziś jednak sytuacja jest zupełnie inna. Mamy do czynienia z zawiadomieniami składanymi przez Bogdana Święczkowskiego i postępowaniem wszczętym przez prokuratora Michała Ostrowskiego. To postępowanie, niezależnie od tego, czy się komuś podoba, czy nie, w końcu doprowadzi do decyzji procesowych po stronie prokuratury. Nie możemy ignorować faktu, że mamy do czynienia z próbą siłowej zmiany ustroju – jeśli ślubowanie będzie przyjmowane z przekroczeniem uprawnień przez marszałka Sejmu i w porozumieniu z osobami, które takie działanie wykonają, to jest to ewidentne naruszenie prawa. Do tego dojdzie presja i próby siłowego „osadzenia” tych ludzi w Trybunale, co stawia nas w sytuacji bezprecedensowej. Jeżeli ktoś decyduje się żyć w państwie, gdzie władza wykonawcza siłowo lokuje sędziów, to jest to koniec demokratycznego państwa prawnego. I na tym tle Trybunał Stanu przestaje być jedynie symboliczny – staje się jedyną instytucją, która może próbować przywrócić porządek i odpowiedzialność.

Jak – w świetle konstytucyjnych prerogatyw głowy państwa – powinien zareagować prezydent Karol Nawrocki na próbę faktycznego odebrania mu jego kompetencji?

– Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta i zapisana wprost w mechanice państwa prawa, tylko trzeba chcieć z niej skorzystać. Prezydent dysponuje narzędziem, które nie wymaga ani politycznych demonstracji, ani – tym bardziej – siłowych rozwiązań. Mowa o sporze kompetencyjnym. To procedura przewidziana właśnie na takie sytuacje, kiedy różne organy państwa zaczynają wchodzić sobie w drogę i próbują przejmować cudze uprawnienia. W tym przypadku chodzi o jednoznaczne rozstrzygnięcie, kto ma prawo odbierać ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent powinien więc skierować wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu między nim a Sejmem, Zgromadzeniem Narodowym czy marszałkiem Sejmu. Konstytucja nie zostawia tu pola do uznaniowości – przewiduje konkretne procedury i jasno rozdziela kompetencje. To nie jest kwestia interpretacyjnej gimnastyki, tylko elementarnego porządku ustrojowego. W państwie prawa takie konflikty rozwiązuje się na drodze prawnej, a nie poprzez fakty dokonane czy polityczne happeningi. Problem polega na tym, że część klasy politycznej zdaje się traktować prawo jak narzędzie do doraźnego użycia – wygodne wtedy, gdy pasuje, i zbędne, gdy przeszkadza. Dlatego właśnie reakcja Prezydenta powinna być nie tylko formalna, ale też stanowcza. Skierowanie sprawy do Trybunału byłoby nie tyle gestem, co obowiązkiem wynikającym z roli strażnika Konstytucji. Bo jeśli w tym momencie odpuści, to nie chodzi już tylko o jedną kompetencję – chodzi o precedens, który może rozmontować cały system równowagi władz.

W obliczu tak ostrego sporu ustrojowego Prezydent powinien sięgnąć po twarde środki – choćby blokować decyzje i nominacje, które trafiają na jego biurko?

– To jest właśnie moment, w którym trzeba bardzo precyzyjnie oddzielić emocje od instrumentów państwa prawa. Tu nie chodzi o siłowe gesty czy polityczne demonstracje – to są fałszywe tropy. Prezydent nie jest od tego, by reagować impulsem, tylko by korzystać z kompetencji, które daje mu Konstytucja. A te kompetencje są znacznie szersze, niż wielu dziś próbuje to przedstawiać. Od lat powtarzam, że rola głowy państwa nie sprowadza się do podpisywania ustaw. To najprostszy, wręcz techniczny wymiar tej funkcji. Prawdziwa siła prezydentury leży gdzie indziej – w decyzjach personalnych, w kształtowaniu aparatu państwa. Mówimy o nominacjach profesorskich, o ambasadorach, o obsadzie kluczowych stanowisk w wojsku, służbach czy policji. To są realne dźwignie wpływu, które pozwalają nie tylko reagować, ale też wyznaczać kierunek działania państwa. I teraz odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy Prezydent może użyć tych narzędzi w sposób blokujący? Tak, może. Jeżeli uzna, że dochodzi do naruszenia ładu konstytucyjnego, ma pełne prawo zastosować mechanizmy, które spowolnią albo zatrzymają określone procesy kadrowe czy decyzyjne. To nie jest nadużycie – to jest działanie w granicach mandatu, który otrzymał od obywateli. W sytuacji, którą można interpretować jako próbę obejścia lub podważenia ustroju, taka reakcja byłaby wręcz proporcjonalna. Oczywiście to jest broń ciężkiego kalibru i jej użycie zawsze niesie konsekwencje – polityczne i instytucjonalne. Ale nie udawajmy, że żyjemy w komfortowej rzeczywistości, w której wszystko toczy się zgodnie z podręcznikiem. Jeżeli ktoś próbuje przesuwać granice systemu, to druga strona ma prawo – i obowiązek – te granice przywracać. Nawet jeśli oznacza to twardą grę w ramach prawa.

Dziękuję za rozmowę. 

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”