Polityczna inscenizacja
Piątek, 10 kwietnia 2026 (11:56)Rozmowa z Mariuszem Goskiem, posłem Prawa i Sprawiedliwości
Włodzimierz Czarzasty zorganizował coś,
co ma być namiastką złożenia przysięgi przez osoby wskazane przez Sejm
na sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
W ujęciu prawnym, z czym mieliśmy
do czynienia?
– To, co obserwowaliśmy, trudno nazwać inaczej niż polityczną inscenizacją – wydarzeniem, które może robić wrażenie na poziomie przekazu medialnego, ale z punktu widzenia prawa pozostaje całkowicie puste. Nie ma tu miejsca na interpretacyjne niuanse ani prawnicze ekwilibrystyki. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym mówi wprost: sędzia składa ślubowanie wobec Prezydenta.
Nie „przed przedstawicielem władzy ustawodawczej”,
nie „w obecności marszałka”, tylko wobec głowy państwa. To nie jest zapis uznaniowy, który można sobie dowolnie modelować w zależności od potrzeby chwili. W tym kontekście działania marszałka Sejmu nie mieszczą się
w ramach obowiązującego porządku prawnego. Artykuł 7 Konstytucji jasno stanowi, że organy państwa działają
na podstawie i w granicach prawa. To fundament państwa prawa, a nie sugestia czy luźna rekomendacja. Jeżeli ktoś zaczyna te granice przesuwać według własnego uznania, to wchodzi na bardzo niebezpieczny grunt – grunt uzurpacji kompetencji, które zostały przypisane innemu organowi. Można oczywiście próbować tłumaczyć te działania polityczną koniecznością, napięciem instytucjonalnym czy sporem o legitymację, ale to są argumenty z zupełnie innej płaszczyzny. Prawo w tym przypadku jest jednoznaczne
i nie pozostawia miejsca na półśrodki. Jeżeli ślubowanie
nie zostało złożone wobec Prezydenta, to z punktu widzenia skutków prawnych po prostu go nie było. Cała reszta to już tylko teatr – może efektowny, może nośny medialnie, ale teatr. I tu dochodzimy do sedna problemu: jeśli zaczynamy akceptować takie „alternatywne procedury”, to de facto rozbrajamy mechanizm państwa prawa od środka. Bo dziś chodzi o Trybunał, jutro może chodzić o każdą inną instytucję. A wtedy przestaje obowiązywać zasada, że prawo jest wspólne dla wszystkich – zaczyna obowiązywać zasada, że prawo jest takie, jak akurat ktoś je sobie zinterpretuje. I to już jest równia pochyła, z której bardzo trudno zawrócić.
W tej sytuacji mówimy jeszcze o sporze politycznym czy już wprost o naruszeniu prawa, które powinno mieć swoje konsekwencje karne?
– Mamy do czynienia z działaniem, które nosi wszelkie znamiona przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. To nie jest już kwestia interpretacji czy różnicy zdań między obozami politycznymi, tylko twardy grunt przepisów, które zostały jasno sformułowane
i równie jasno określają kompetencje poszczególnych organów państwa. Dlatego nie dziwi zapowiedź złożenia zawiadomienia do prokuratury na podstawie art. 231 Kodeksu karnego – to naturalna konsekwencja, jeśli ktoś uznaje, że doszło do złamania prawa. Kluczowa jest tutaj rola Prezydenta, określona w art. 126 Konstytucji. To nie jest figura symboliczna ani dekoracyjna. Prezydent jest strażnikiem Konstytucji, a więc podmiotem, który stoi
na straży porządku prawnego, a nie biernym wykonawcą decyzji większości parlamentarnej. Próba sprowadzenia tej funkcji do roli notariusza, który ma jedynie „przyklepać” działania podjęte gdzie indziej, jest nie tylko nieuprawniona, ale wręcz uderza w samą istotę ustrojowej równowagi. Nie można bowiem uznać za zgodną z prawem sytuacji, w której dochodzi do swoistego „obejścia” konstytucyjnej procedury – spotkania poza Pałacem Prezydenckim, bez udziału głowy państwa, z próbą nadania temu skutków prawnych. To nie jest kreatywność ustrojowa, tylko próba przepisania reguł gry na własnych warunkach. A państwo prawa działa dokładnie odwrotnie: to politycy mają dostosować się do reguł, a nie reguły
do polityków.
Katalog naruszonych przepisów jest szerszy?
– Oprócz Konstytucji w grę wchodzą również regulacje ustawowe dotyczące ustroju Trybunału Konstytucyjnego, które wprost określają procedurę powoływania sędziów
i składania przez nich ślubowania. To nie jest obszar szarości, w którym można dowolnie manewrować interpretacją. To precyzyjnie opisany mechanizm, który albo się realizuje zgodnie z prawem, albo nie realizuje się wcale. Narracja, wedle której mamy tu do czynienia
z jakimiś niejasnościami czy lukami prawnymi, jest wygodna politycznie, ale nie wytrzymuje konfrontacji
z literalnym brzmieniem przepisów. Prawo w tym przypadku jest jednoznaczne. I właśnie dlatego cała sprawa nie powinna kończyć się na medialnym sporze, tylko – jeśli zarzuty się potwierdzą – znaleźć swój finał
w instytucjach, które są od tego, by takie sytuacje rozstrzygać.
Ale koalicja stawia poważny zarzut prezydentowi Karolowi Nawrockiemu – celowego „opóźniania” odebrania przysięgi od osób wskazanych przez Sejm do Trybunału. Ma on oparcie w faktach?
– Trudno mówić o zwłoce, gdy w grę wchodzą realne
i – co ważniejsze – dobrze umocowane prawnie zastrzeżenia. Prezydent nie działa tu w próżni ani
z politycznego kaprysu, tylko reaguje na konkretne uchybienia, które pojawiły się na etapie wyboru sędziów.
A tych uchybień nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Pierwsza sprawa to tryb procedowania kandydatur. Regulamin Sejmu nie jest dekoracją ani sugestią – jasno wskazuje, że posłowie powinni mieć co najmniej siedem dni na zapoznanie się z kandydaturami przed głosowaniem. Tymczasem ten termin został skrócony decyzją większości, właściwie „z marszu”, jakby chodziło o techniczną poprawkę do ustawy, a nie o obsadę jednego
z najważniejszych organów w państwie. W przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który ma kompetencje do blokowania ustaw i ingerowania w porządek ustrojowy, taka praktyka musi budzić poważne wątpliwości. Tu nie ma miejsca na pośpiech ani polityczne sprinty. Druga kwestia jest jeszcze bardziej uderzająca. W trakcie prezentowania kandydatur na sali plenarnej pominięto jedno z nazwisk – dr. Michała Skwarzyńskiego. To nie jest drobna wpadka proceduralna, tylko błąd, który podważa transparentność całego procesu. Jeżeli przedstawia się listę kandydatów przed głosowaniem, to przedstawia się wszystkich.
W przeciwnym razie trudno mówić o rzetelnej procedurze, a jeszcze trudniej – o jej wiarygodności.
W normalnych warunkach takie uchybienia należałoby
po prostu naprawić, czyli przeprowadzić tzw. konwalidację – powtórzyć czynności w sposób zgodny z przepisami. Tymczasem tego nie zrobiono. I to jest moment, w którym sprawa przestaje być techniczna, a zaczyna być systemowa. W tym świetle reakcja Prezydenta nie jest żadnym „blokowaniem” czy polityczną grą na czas, tylko próbą zachowania elementarnego porządku prawnego. Jeśli procedura wyboru budzi uzasadnione wątpliwości, to głowa państwa nie tylko ma prawo, ale wręcz obowiązek je podnieść. Bo w przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której najważniejsze decyzje ustrojowe zapadają w trybie przyspieszonym, z pominięciem podstawowych standardów. A to byłby już nie problem jednego głosowania, tylko sygnał, że reguły można dowolnie naginać – byle tylko osiągnąć polityczny cel.
Czym w istocie było wydarzenie zorganizowane przez Włodzimierza Czarzastego?
– To było przedstawienie. Może starannie wyreżyserowane, może obliczone na efekt medialny, ale z punktu widzenia prawa – całkowicie bez znaczenia. W państwie, które chce traktować siebie poważnie, procedury nie są dekoracją, tylko fundamentem. A tutaj ten fundament został po prostu pominięty. Nie ma żadnej wątpliwości, jak wygląda droga do objęcia urzędu sędziego – czy to w sądzie powszechnym, czy to w Trybunale Konstytucyjnym. Przepisy są jednoznaczne i od lat stosowane w identyczny sposób: ślubowanie składa się wobec Prezydenta Rzeczypospolitej. Nie „gdziekolwiek”, nie „w obecności innych organów”, nie „w zastępstwie”, tylko właśnie tam.
I dopiero ten akt zamyka procedurę, nadaje jej skuteczność, przesądza o tym, że dana osoba faktycznie wchodzi w urząd. To nie jest kwestia interpretacji ani politycznej wygody. To jest twarda reguła, która przez lata nie była kwestionowana, bo stanowi część elementarnego porządku państwowego. Próba obejścia tej zasady – nawet jeśli opakowana w oficjalną oprawę i powagę instytucji – nie tworzy nowej rzeczywistości prawnej. Tworzy jedynie iluzję działania. Dlatego całe to wydarzenie nie wywołuje żadnych skutków w sensie formalnym. Nie przybliża nikogo do objęcia stanowiska, nie zmienia statusu prawnego, nie przesuwa granicy kompetencji. Można powiedzieć krótko
i dosadnie: bez ślubowania przed Prezydentem nic się nie wydarzyło. I tu wracamy do starej, łacińskiej zasady, która wciąż pozostaje aktualna: Roma locuta, causa finita – Rzym przemówił, sprawa zakończona. W polskim porządku ustrojowym tym „Rzymem” jest właśnie Prezydent w tej konkretnej procedurze. Dopóki ten głos nie wybrzmi, cała reszta pozostaje jedynie tłem.
Nie mamy dziś do czynienia z paradoksem graniczącym z politycznym cynizmem – najpierw podważa się istnienie Trybunału Konstytucyjnego, by po dwóch latach
z determinacją próbować go przejąć?
– To nie jest paradoks – to podręcznikowy przykład politycznej hipokryzji podany w wersji niemal laboratoryjnej. Przez dwa lata słyszeliśmy, że Trybunał Konstytucyjny „nie istnieje”, że jest instytucją pozbawioną legitymacji, że nie ma sensu się nim zajmować. I nagle
– bez żadnej refleksji, bez próby wyjaśnienia tej wolty
– ten sam organ staje się obiektem intensywnego zainteresowania, wręcz politycznego pożądania. Trudno
o bardziej jaskrawy przykład zmiany narracji podyktowanej wyłącznie rachunkiem sił. To zresztą widać nie tylko
w słowach, ale też w działaniach. Przez długi czas nie podejmowano prób uzupełniania składu Trybunału,
choć mechanizm jest prosty i znany od lat – tzw. zasada „zakładki”. Oznacza ona, że w miejsce kończącego kadencję sędziego powołuje się konkretnego następcę,
w sposób ciągły i uporządkowany. Dzięki temu żadna większość parlamentarna nie jest w stanie „hurtowo” przejąć całego organu w jednym politycznym zrywie. Tymczasem dziś mamy do czynienia z sytuacją odwrotną
– próbą jednoczesnego obsadzenia wielu stanowisk,
w praktyce w jednym ciągu decyzyjnym. Owszem, formalnie odbywa się to poprzez oddzielne głosowania,
ale istota rzeczy pozostaje ta sama: chodzi o szybkie zbudowanie większości w instytucji, która z definicji powinna być odporna na doraźne układy polityczne. Nieprzypadkowo ustawodawca konstruował te przepisy
w taki sposób, by uniemożliwić podobne scenariusze. Trybunał Konstytucyjny nie jest zwykłym organem administracyjnym, który można „przemeblować”
w zależności od wyniku wyborów. To sąd stojący na straży ustroju, zdolny blokować ustawy i korygować działania władzy ustawodawczej. Jeśli więc jedna większość polityczna próbuje w krótkim czasie zdominować jego skład, to wchodzi w obszar, który realnie zagraża równowadze państwa. Dlatego dzisiejsza sytuacja nie jest tylko kolejnym epizodem politycznego sporu. To test na to, czy traktujemy konstytucyjne mechanizmy poważnie, czy tylko wtedy, gdy są dla nas wygodne. Bo jeśli najpierw uznajemy instytucję za nieistniejącą, a chwilę później próbujemy ją obsadzić „na własnych warunkach”,
to znaczy, że problem nie leży w Trybunale. Problem
leży w podejściu do państwa prawa jako takiego.
Grozi nam scenariusz dwóch równoległych Trybunałów Konstytucyjnych?
– Państwo prawa nie zna pojęcia „dwóch Trybunałów”. Może istnieć tylko jeden – ten działający na podstawie Konstytucji, w oparciu o legalnie przeprowadzoną procedurę i z udziałem organów, którym Ustawa Zasadnicza przypisała konkretne kompetencje. I tym Trybunałem pozostaje ten kierowany przez prezesa Bogdana Święczkowskiego, funkcjonujący w swojej siedzibie, w ramach obowiązującego porządku prawnego. Wszystko inne to próby tworzenia równoległej rzeczywistości, które mogą robić wrażenie w przestrzeni politycznej czy medialnej, ale nie mają mocy konstytutywnej. Problem polega jednak na czymś znacznie poważniejszym niż sama retoryka. Mamy do czynienia
z narastającym zjawiskiem, w którym kolejne decyzje podejmowane są na granicy – a czasem poza granicą – obowiązujących przepisów. Widzieliśmy to już przy sporach wokół mediów publicznych, przy działaniach dotyczących prokuratury, gdzie pojawiały się poważne wątpliwości
co do trybu powołań i odwołań, z pominięciem roli Prezydenta. To nie są odosobnione incydenty, tylko pewien schemat działania: najpierw decyzja polityczna, potem dopasowywanie do niej uzasadnienia prawnego. Jeżeli
ten mechanizm przenosi się na grunt sądownictwa konstytucyjnego, to wchodzimy na bardzo niebezpieczne pole. Bo Trybunał Konstytucyjny nie jest kolejną instytucją do „obsadzenia”. To organ, który ma kontrolować władzę ustawodawczą i wykonawczą. Jeśli zaczyna się go traktować jak element układanki politycznej, to znaczy,
że zachwiana zostaje podstawowa równowaga ustrojowa. W tym sensie nie chodzi o to, że nagle powstaną dwa Trybunały w sensie formalnym. Chodzi o coś bardziej subtelnego, ale i groźniejszego: o sytuację, w której obecny ośrodek rządowy zaczyna uznawać jedno źródło legalności – posiadanie resortów siłowych. A to już prosta droga do chaosu, w którym prawo przestaje być wspólnym punktem odniesienia, a staje się narzędziem w rękach silniejszego. Nieprzypadkowo coraz częściej pojawiają się głosy – także ze strony prawników niezwiązanych z żadną partią – że wchodzimy w etap, w którym o tym, co jest legalne, zaczyna decydować nie tyle litera prawa,
ile realna siła instytucjonalna. Jeśli do tego dopuścimy,
to przestaniemy funkcjonować w klasycznym modelu państwa prawa. Zaczniemy dryfować w kierunku systemu, w którym reguły obowiązują tylko wtedy, gdy są wygodne dla tych, którzy akurat sprawują władzę. I to jest scenariusz, który powinien budzić znacznie większy niepokój niż publicystyczne wizje „dwóch Trybunałów”.
Koalicja zainstaluje swoich „sędziów”
w Trybunale Konstytucyjnym z użyciem policji?
– Wchodzimy w obszar, w którym prawo przestaje być punktem odniesienia, a zaczyna nim być polityczna determinacja. Jeżeli pada pytanie, czy rządzący są gotowi pójść dalej, nawet przy użyciu aparatu państwa, odpowiedź brzmi: tak, i to bez większych wahań. Historia ostatnich miesięcy pokazuje przecież jasno pewien schemat działania – najpierw testuje się granice, potem się je przesuwa,
a na końcu całkowicie ignoruje. Jeżeli ktoś raz pozwolił sobie na działania balansujące na granicy prawa, a później tę granicę przekroczył, to trudno zakładać, że nagle się zatrzyma. Logika władzy działa inaczej – skoro coś przeszło bez większych konsekwencji, staje się precedensem. A precedens w polityce jest jak otwarte drzwi. Wystarczy je tylko pchnąć mocniej. W tym kontekście scenariusz, w którym dochodzi do próby „instalowania” sędziów bez zachowania konstytucyjnej procedury, wcale nie brzmi jak political fiction. To raczej naturalna konsekwencja przyjętej wcześniej strategii.
I chodzi tu nie o emocje, tylko o chłodną analizę faktów: jeżeli można było ominąć jedne przepisy, można spróbować ominąć kolejne.
Problem polega na czymś znacznie poważniejszym niż sam spór o personalia?
– Trybunał Konstytucyjny nie jest zwykłym urzędem, nie jest nawet zwykłym sądem. To organ, który w praktyce decyduje o tym, czy ustawy w ogóle mogą obowiązywać. Może jednym wyrokiem wywrócić cały porządek prawny
do góry nogami. Jeśli więc jego skład zaczyna być kształtowany w sposób budzący wątpliwości, to nie jest już spór o interpretację prawa, tylko o fundament państwa.
I tu dochodzimy do roli prezesa Trybunału
w sytuacji, gdy marszałek Sejmu chce siłą umieścić w TK osoby bez złożenia przysięgi…
– On nie ma pola manewru. Nie jest politykiem, który może sobie pozwolić na elastyczność. Jest strażnikiem procedury. Jeżeli dopuści do sytuacji, w której osoby bez ważnego ślubowania próbują orzekać, to de facto zalegalizuje bezprawie. A na to w świetle obowiązujących przepisów pozwolić sobie nie może. Czeka nas wówczas narastający chaos, który przestaje być abstrakcyjnym pojęciem, a zaczyna mieć bardzo konkretne konsekwencje. Bo sądy – w tym także Trybunał – rozstrzygają o rzeczach fundamentalnych: o majątku, wolności, prawach obywatelskich, a nawet o tym, czy danej rodzinie odebrać dziecko, czy też nie. W skrajnych przypadkach o losie całych ustaw. Jeżeli podważymy ich legalność, podważymy wszystko, co za nimi stoi. I to jest moment, w którym przestaje chodzić o spór polityczny. Zostaje pytanie znacznie poważniejsze: czy jeszcze funkcjonujemy
w ramach państwa prawa, czy już w systemie, w którym
o tym, co jest legalne, decyduje ten, kto ma narzędzia,
by swoje zdanie wyegzekwować.