Po co „superinstytucja” wywiadowcza na poziomie KE?
Niedziela, 29 marca 2026 (16:02)Z Sebastianem Łukaszewiczem, posłem
Prawa i Sprawiedliwości, członkiem sejmowej
Komisji Obrony Narodowej, rozmawia Rafał Stefaniuk
Komisja Europejska wraca do pomysłu powołania wspólnej, europejskiej służby wywiadowczej. W obecnych realiach geopolitycznych to krok w stronę
większego bezpieczeństwa?
– Patrzę na ten pomysł z dużym sceptycyzmem,
bo uważam, że obecny model współpracy służb specjalnych w Europie już dziś spełnia swoją rolę i nie wymaga tworzenia kolejnej, scentralizowanej struktury. Państwa członkowskie od lat funkcjonują w oparciu o rozbudowaną sieć porozumień – zarówno w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, jak i licznych umów bilateralnych
– i wymieniają się informacjami wywiadowczymi w sposób, który dla opinii publicznej pozostaje niewidoczny,
ale w praktyce jest skuteczny. W tym kontekście budowanie nowej, unijnej służby to nie jest realna odpowiedź na konkretne zagrożenia. Wywiad to nie jest obszar, w którym liczy się wyłącznie formalna struktura
– tu kluczowe są zaufanie, sprawdzona współpraca
i kontrola nad informacją. A te elementy trudno scentralizować na poziomie tak zróżnicowanej wspólnoty jak Unia Europejska. Każde państwo ma własne priorytety bezpieczeństwa, własne doświadczenia i własne interesy, których nie odda w ręce jednej, wspólnej instytucji
bez poważnych wątpliwości. Dlatego budując nowe mechanizmy, ryzykujemy stworzenie kolejnego bytu,
który będzie generował koszty, kompetencyjne
napięcia i pytania o realną skuteczność.
Pojawia się koncepcja, by na czele ewentualnej europejskiej służby wywiadowczej stanęła Ursula von der Leyen. Niemka chce dla siebie coraz więcej?
– Patrząc na dotychczasowe działania, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z wyraźnym kierunkiem
– stopniowego rozszerzania kompetencji instytucji unijnych i wzmacniania ich roli kosztem państw członkowskich. Ursula von der Leyen, była minister obrony Niemiec, doskonale rozumie mechanizmy władzy i bezpieczeństwa, więc nie dziwi, że wysuwa pomysły, by to właśnie ona odgrywała kluczową rolę w takich projektach. To wpisuje się w szerszą logikę polityczną: skoro można zrobić krok dalej, to prędzej czy później ktoś spróbuje go wykonać. Problem zaczyna się w momencie, gdy ta dynamika przestaje mieć wyraźne granice. Bo o ile rozwój instytucji jest czymś naturalnym, o tyle rozszerzanie kompetencji bez realnej kontroli i bez jasnego mandatu społecznego budzi poważne wątpliwości. Unia Europejska nie jest państwem, tylko wspólnotą państw – i jeśli zaczyna funkcjonować jak scentralizowany organizm, to musi
liczyć się z pytaniami o legitymację i odpowiedzialność. Dlatego nie chodzi o to, by blokować każdą inicjatywę,
ale by zachować proporcje. Władza ma naturalną tendencję do rozszerzania swojego zakresu – to nie jest nic odkrywczego. Pytanie brzmi, gdzie stawiamy granicę
i czy rozwój instytucji nie zaczyna odbywać się kosztem obywateli oraz suwerenności państw członkowskich.
Bo jeśli tak się dzieje, to zamiast wzmacniać Unię, zaczynamy podkopywać zaufanie do całego projektu.
A to już jest proces, który może mieć konsekwencje znacznie poważniejsze niż sama dyskusja o jednym stanowisku czy jednej funkcji.
Zagrożenie ze strony Rosji i terroryzmu stają się wygodnym argumentem, który
ma skłonić Europejczyków do akceptacji dalszego rozszerzania kompetencji
Komisji Europejskiej?
– Zagrożenie ze strony Rosji absolutnie nie jest żadnym straszakiem – to realny problem, który widzimy dziś bardzo wyraźnie i którego nie wolno lekceważyć. Natomiast czym innym jest samo zagrożenie, a czym innym sposób, w jaki bywa ono wykorzystywane w debacie politycznej. Mam wrażenie, że w niektórych przypadkach staje się
ono wygodnym pretekstem do tego, by przesuwać granice kompetencyjne w stronę Brukseli i uzasadniać kolejne kroki w stronę centralizacji. I tu trzeba postawić wyraźną granicę. W obliczu realnych wyzwań bezpieczeństwa
nie buduje się od zera nowych, ponadnarodowych struktur, które dopiero uczą się współpracy i skuteczności. W takich momentach wzmacnia się to, co już istnieje i co działa
– czyli struktury państwowe, narodowe systemy bezpieczeństwa oraz sprawdzone mechanizmy współpracy międzynarodowej, przede wszystkim w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. To jest fundament, który daje realną zdolność reagowania, a nie deklaratywne
poczucie bezpieczeństwa.
Powołanie europejskiej służby wywiadowczej nie oznacza w praktyce dublowania kompetencji NATO i ryzyka,
że Unia zacznie budować równoległy system bezpieczeństwa, konkurencyjny wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego?
– Oczywiście, że oznacza dublowanie – i to w momencie,
w którym nie możemy sobie na to pozwolić. Tego typu koncepcje miały sens kilkanaście lat temu, kiedy Europa mogła spokojnie dyskutować o budowie własnych zdolności reagowania i rozwijaniu instytucji bezpieczeństwa. Zresztą takie pomysły pojawiały się także w Polsce – mówiono
o potrzebie wzmocnienia europejskiego filaru obronności, tworzenia struktur, które byłyby realnie zdolne do działania w sytuacjach kryzysowych. Tyle że to był zupełnie inny moment historyczny. Dziś jesteśmy w rzeczywistości,
w której liczą się czas, sprawczość i gotowość operacyjna, a nie projektowanie nowych bytów instytucjonalnych. Budowanie kolejnej struktury oznacza lata tworzenia procedur, kompetencji i zaufania, a tego po prostu nie mamy. W sytuacji realnych zagrożeń bezpieczeństwa
nie tworzy się alternatywnych systemów – wzmacnia
się te, które już istnieją i które są sprawdzone. A takim systemem jest NATO. Kierunek powinien być jasny: zbroić się, zwiększać zdolności obronne, pogłębiać współpracę
w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego i utrzymywać silne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Unia Europejska może być przestrzenią koordynacji i wsparcia, ale nie powinna próbować zastępować struktur, które realnie odpowiadają za bezpieczeństwo. W przeciwnym razie zamiast wzmocnienia otrzymamy chaos kompetencyjny
i rozproszenie odpowiedzialności. A w sprawach bezpieczeństwa to najprostsza droga do osłabienia,
a nie do budowy siły.
Powołanie europejskiej służby wywiadowczej byłoby w praktyce
kolejnym krokiem w stronę budowy
quasi-państwowych struktur
na poziomie Unii Europejskiej?
– Oczywiście, że tak. Od dłuższego czasu widać
wyraźną tendencję do rozszerzania kompetencji Komisji Europejskiej, nie tylko w obszarze bezpieczeństwa,
ale również w wielu innych dziedzinach życia publicznego. To nie jest pojedynczy przypadek, tylko element szerszego procesu, w którym instytucje unijne stopniowo przesuwają granice swoich uprawnień. W tym kontekście pojawiające się zagrożenia – w tym realne napięcia związane z polityką Rosji – mogą być wykorzystywane jako argument
na rzecz przyspieszenia tych zmian. I tu trzeba zachować szczególną ostrożność. Bo czym innym jest reagowanie
na zagrożenia, a czym innym wykorzystywanie ich
jako uzasadnienia dla budowy nowych struktur, które
w praktyce zmieniają równowagę kompetencyjną między państwami a instytucjami wspólnotowymi. Nie chodzi
o to, by negować potrzebę współpracy czy koordynacji
na poziomie europejskim. Chodzi o to, by jasno określić granice.
Zostawiając na chwilę wielką politykę, spójrzmy na praktykę. Realne jest to,
by państwa Unii Europejskiej w pełni
dzieliły się wrażliwymi informacjami wywiadowczymi, skoro jednocześnie pozostają wobec siebie konkurentami
w wielu obszarach?
– Moim zdaniem – nie, i to z bardzo prostego powodu: państwa, nawet w ramach jednego bloku, nie przestają
ze sobą rywalizować. I to nie jest żadna anomalia, tylko naturalny mechanizm funkcjonowania gospodarki i polityki. Konkurujemy o inwestycje, technologie, wpływy, dostęp
do rynków, przewagi w badaniach i innowacjach. W takiej rzeczywistości pełna transparentność w obszarze informacji wywiadowczych jest po prostu nierealna. Wywiad opiera się na selektywności, a nie na pełnym udostępnianiu danych. Są oczywiście obszary współpracy – szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z realnym zagrożeniem bezpieczeństwa czy jasno zdefiniowanym partnerstwem strategicznym. W takich przypadkach wymiana informacji ma sens i jest praktykowana. Ale nie oznacza to automatycznego dzielenia się wszystkim ze wszystkimi.
To tak nie działa i nigdy nie będzie działać. Trzeba też pamiętać, że informacja jest jednym z najcenniejszych zasobów państwa. Często to właśnie przewaga informacyjna pozwala podejmować decyzje szybciej, trafniej i z większą korzyścią dla własnego kraju. Jeśli mamy dostęp do danych jako pierwsi, to naturalne jest,
że chcemy je wykorzystać przede wszystkim na własny użytek – dla dobra własnej gospodarki, bezpieczeństwa
czy pozycji międzynarodowej. Wizja pełnej, swobodnej wymiany informacji w ramach jednej, scentralizowanej struktury jest bardziej konstrukcją teoretyczną niż realnym scenariuszem. Państwa będą współpracować tam, gdzie to się opłaca i gdzie istnieje wspólny interes, ale jednocześnie będą chronić to, co stanowi ich przewagę. I trudno się temu dziwić – tak po prostu wygląda polityka w praktyce, niezależnie od deklaracji o jedności i solidarności.
Jeśli Bruksela ma dziś problem
z przejrzystością, wpływem lobbystów
i aferami korupcyjnymi, to czy w ogóle można poważnie zakładać, że poradzi sobie z tak wrażliwą materią jak przeciwdziałanie infiltracji wywiadowczej? Czy nie grozi to po prostu wyciekiem kluczowych informacji?
– Obawiam się, że to nie jest scenariusz hipotetyczny, tylko bardzo realne ryzyko. Mówimy o instytucji, która
już dziś zmaga się z poważnymi problemami w obszarze przejrzystości i odporności na wpływy zewnętrzne. Wystarczy przypomnieć głośne afery korupcyjne
w Parlamencie Europejskim, sprawy związane z lobbingiem czy kontrowersje wokół sposobu kupowania szczepionek. To nie są drobne potknięcia, tylko sygnały ostrzegawcze pokazujące, że system nie jest szczelny. W takim kontekście pomysł, by tej samej strukturze powierzyć jeszcze bardziej wrażliwy obszar, jakim jest wywiad,
budzi zasadnicze wątpliwości. Służby specjalne państw trzecich – zarówno rosyjskie, jak i chińskie – od lat prowadzą aktywną działalność w Europie. To nie jest żadna teoria, tylko fakt, z którym mierzą się wszystkie poważne państwa. Jeśli więc mamy instytucję, która już dziś
ma trudności z ograniczaniem wpływu lobbystów czy reagowaniem na kryzysy wizerunkowe, to trudno oczekiwać, że nagle stanie się twierdzą nie do przeniknięcia dla profesjonalnych służb wywiadowczych.
Problem jest głębszy i dotyczy
samej konstrukcji systemu?
– Wywiad wymaga nie tylko kompetencji, ale przede wszystkim dyskrecji, zaufania i pełnej kontroli nad obiegiem informacji. Tymczasem im bardziej rozproszona
i wielopoziomowa jest struktura, tym większe ryzyko przecieków i niekontrolowanego przepływu danych. A to oznacza, że w praktyce takie informacje mogą trafiać tam, gdzie absolutnie nie powinny – do ośrodków w Moskwie czy Pekinie. Bezpieczeństwo Europy powinno opierać się przede wszystkim na silnych, sprawnych strukturach państw narodowych, które mają doświadczenie, narzędzia
i jasno określoną odpowiedzialność. Próba budowy czegoś na kształt „superinstytucji” wywiadowczej na poziomie Komisji Europejskiej nie tylko nie rozwiązuje problemu,
ale może go wręcz pogłębić. W tej grze stawką jest bezpieczeństwo, a nie polityczne ambicje – i o tym
nie wolno zapominać.
Komisja Europejska pracuje nad nową, kompleksową strategią bezpieczeństwa Unii. Czy istnieją dziś jakiekolwiek przesłanki,
by sądzić, że zrobi to skuteczniej niż same państwa członkowskie, które na co dzień ponoszą realną odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo?
– Nie widzę żadnych argumentów, które pozwalałyby
w to uwierzyć. Komisja Europejska nie została powołana jako struktura odpowiedzialna za obronność, tylko jako instytucja regulująca wspólny rynek – swobodny przepływ towarów, usług, kapitału i ludzi. Próba przekształcania
jej w centrum decyzyjne w sprawach bezpieczeństwa
to zmiana o charakterze fundamentalnym, która nie tylko wykracza poza pierwotne założenia integracji europejskiej, ale też budzi poważne wątpliwości co do skuteczności.
Po drugie, jesteśmy w momencie, w którym nie ma już czasu na eksperymenty instytucjonalne. Tworzenie nowych struktur bezpieczeństwa to proces długotrwały – wymaga budowy kompetencji, procedur, zaufania i sprawdzonych mechanizmów działania. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej brutalna: zagrożenia są tu i teraz,
a odpowiedź musi być natychmiastowa i operacyjna.
W takich warunkach opiera się bezpieczeństwo na tym,
co działa – czyli na państwach narodowych i ich służbach, a nie na dopiero powstających konstrukcjach. Wystarczy przypomnieć sytuację na wschodniej granicy Polski
w 2021 roku. To był klasyczny przykład wojny hybrydowej, w której presja migracyjna została wykorzystana jako narzędzie polityczne przez reżimy w Moskwie i Mińsku.
I teraz wyobraźmy sobie, że kluczowe decyzje w tej sprawie zapadają nie w Warszawie, tylko w Brukseli,
pod wpływem nacisków politycznych i retoryki humanitarnej dominującej w części europejskich elit. Bardzo możliwe, że mielibyśmy do czynienia z dużo bardziej miękką reakcją – a w praktyce z otwarciem granicy na działania inspirowane z zewnątrz. To pokazuje istotę problemu: bezpieczeństwo nie może być abstrakcyjną konstrukcją zarządzaną z poziomu
odległych instytucji. Musi być zakorzenione w realiach,
w odpowiedzialności i w zdolności do szybkiego działania. Dlatego próby budowania centralnej strategii bezpieczeństwa przez Komisję Europejską wyglądają bardziej jak projekt polityczny niż odpowiedź na rzeczywiste zagrożenia. A w tej dziedzinie polityczne eksperymenty zwykle kończą się bardzo konkretnymi konsekwencjami.
Siedzibą nowego Urzędu Unii Europejskiej ds. Celnych nie będzie Warszawa – wyścig wygrało Lille. To porażka polskiej dyplomacji?
– A Donald Tusk obiecywał, że nikt w Europie go nie ogra... Trudno to interpretować inaczej niż jako porażkę – i to porażkę znaczącą, bo mówimy o instytucji, która ma
realne znaczenie – nie tylko prestiżowe, ale też operacyjne i polityczne. Takie decyzje nie zapadają przypadkiem.
One są efektem skuteczności, relacji, zdolności budowania koalicji i – mówiąc wprost – siły oddziaływania w Brukseli. Jeśli przegrywamy na tym etapie, to znaczy, że coś w tej układance wyraźnie nie działa. Warto przypomnieć,
że Polska potrafiła w przeszłości skutecznie walczyć
o swoje interesy, czego przykładem było ulokowanie Frontexu w Warszawie. To nie była kwestia szczęścia,
tylko efekt konsekwentnej gry dyplomatycznej naszego rządu i jasnego określenia celów. Dziś tego brakuje. Zamiast skutecznego nacisku i budowania pozycji widzimy sytuację, w której inne państwa bez większego oporu przejmują inicjatywę, a Polska zostaje na końcu stawki.
To rodzi pytanie o realną pozycję naszego kraju w Unii Europejskiej i o skuteczność obecnego przywództwa?
– Polityka europejska to nie jest konkurs deklaracji ani medialnych wystąpień – to twarda gra interesów. Jeśli
nie masz sojuszników, jeśli nie potrafisz przekonać innych do swoich racji, to przegrywasz. I właśnie to widzimy
w praktyce. W tym wszystkim dochodzi jeszcze jeden wymiar – kierunek, w którym zmierza sama Unia.
Coraz więcej inicjatyw zmierza w stronę centralizacji
i wzmacniania instytucji wspólnotowych, a część europejskich liderów otwarcie mówi o potrzebie pogłębiania integracji. Problem polega na tym, że jeśli państwo nie potrafi skutecznie walczyć o swoje interesy w obecnym układzie, to w jeszcze bardziej scentralizowanym systemie jego pozycja może być tylko słabsza. Dlatego ta przegrana nie jest tylko epizodem. To sygnał ostrzegawczy, który pokazuje, że w europejskiej układance nie wystarczy być obecnym trzeba jeszcze umieć grać. A dziś wygląda na to, że inni robią to po prostu lepiej niż Donald Tusk.