• Piątek, 27 marca 2026

    imieniny: Lidii, Ernesta, Ruprechta

Rolnicy w cieniu globalnej polityki handlowej

Piątek, 27 marca 2026 (14:03)

Ze Szczepanem Wójcikiem, prezesem Instytutu Gospodarki Rolnej, rozmawia Rafał Stefaniuk

 

W debacie publicznej często pojawia się argument, że umowa handlowa z Australią jest mniej kontrowersyjna i potencjalnie mniej dotkliwa dla europejskiego rolnictwa niż umowa z krajami Mercosuru. Czy z perspektywy rolników rzeczywiście możemy mówić o „łagodniejszym” porozumieniu, czy jednak jest to błędne założenie wynikające z patrzenia na każdą umowę w oderwaniu od szerszego kontekstu polityki handlowej Unii Europejskiej?

– Nie – i trzeba to powiedzieć wprost: ta umowa nie jest ani łagodniejsza, ani neutralna. To kolejny element konsekwentnej polityki, która w systemowy sposób osłabia europejskie rolnictwo. Problem polega na tym, że każda z tych umów przedstawiana jest osobno, w oderwaniu od całości: „bezpieczna”, „kontrolowana”, „niewielka”. Tyle że rolnik nie funkcjonuje w świecie pojedynczych porozumień. On funkcjonuje w rzeczywistości wszystkich umów naraz. Mamy liberalizację handlu z Ukrainą, mamy Mercosur, trwają negocjacje z Indiami, a teraz dochodzi Australia. Efekt skumulowany jest kluczowy – nie chodzi tylko o „trochę większy import”. To narastająca, systemowa presja, która każdego dnia dokłada konkurencyjną warstwę do europejskiego rynku rolnego. Działa to jak domino: każda kolejna decyzja nakłada kolejną warstwę zagrożeń i zmusza krajowych producentów do rywalizacji w coraz trudniejszych warunkach. To nie jest już dyskusja o pojedynczej umowie, tylko o mechanizmie, który w długiej perspektywie realnie zmienia balans sił na rynku, marginalizując lokalne produkcje i zmuszając rolników do życia w cieniu globalnej polityki handlowej.

Wskazuje Pan na efekt kumulacji i jego realne konsekwencje rynkowe. Gdzie ta presja jest najbardziej widoczna i dlaczego właśnie tam skutki mogą być najbardziej dotkliwe dla producentów?

– Najlepiej widać to na przykładzie wołowiny. Z jednej strony mamy 99 tysięcy ton importu z Mercosuru, z drugiej 30 600 ton z Australii. Ktoś może powiedzieć: to przecież niewielki procent całego rynku. Tyle że te ilości nie trafiają równomiernie, tylko uderzają w segment premium – czyli w fundament opłacalności całej produkcji. Europejscy, w tym polscy rolnicy, nie zarabiają na najtańszym mięsie, tylko na najlepszych częściach tuszy, które stanowią sedno rentowności. I właśnie ten segment dziś staje w bezpośredniej konkurencji z globalnymi producentami.
W praktyce oznacza to, że rolnicy nie rywalizują z „tanim mięsem”, tylko z produktem wysokiej jakości, powtarzalnym, perfekcyjnie przygotowanym pod potrzeby rynku i często tańszym od naszego. Tego nie da się wygrać wyłącznie efektywnością, bo różnice wynikają z kosztów produkcji, skali działania i ram regulacyjnych, które faworyzują duże, globalne koncerny. Dlatego właśnie sektor wołowiny jako pierwszy odczuje skutki tej presji – spadkiem cen i kurczeniem się najbardziej dochodowej części rynku, na której opiera się rentowność całej branży. Ale zagrożenia nie ograniczają się do wołowiny. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku owiec i jagnięciny, gdzie Australia jest potęgą kosztową, w sektorze cukru, który już wcześniej był osłabiony, oraz pośrednio w rynku zbóż i pasz. Widać więc wyraźnie, że to nie pojedynczy problem, lecz systemowa presja, która rozlewa się na cały europejski rynek rolny, stopniowo podważając stabilność lokalnej produkcji i rentowność najbardziej wartościowych segmentów.

W tym kontekście pojawia się zarzut, że europejscy rolnicy są stawiani w nierównych warunkach konkurencji – z jednej strony rosnące wymagania środowiskowe i regulacyjne w UE, z drugiej otwieranie rynku na import z krajów, które tych standardów nie muszą spełniać. Czy to rzeczywiście jest dziś jeden z kluczowych problemów systemowych?

– To jest absolutnie fundamentalny problem. Europejscy rolnicy funkcjonują dziś w realiach Zielonego Ładu, strategii „Od pola do stołu”, ograniczeń w stosowaniu środków ochrony roślin, rosnących kosztów energii i emisji CO₂. Wszystko to przekłada się na wyraźny wzrost kosztów produkcji i zwiększa presję finansową na gospodarstwa rolne. A jednocześnie rynek otwiera się na produkty z krajów, które tych kosztów nie ponoszą, nie przestrzegają takich samych norm i często korzystają z tańszych, mniej rygorystycznych metod produkcji. Dochodzi do absurdów, które dla przeciętnego konsumenta są niemal niewidoczne: w UE nie można stosować substancji takich jak chloropiryfos, a tymczasem dopuszcza się import produktów, które powstały przy jego użyciu. To są podwójne standardy w najczystszej formie. Problem przestaje być zwykłą konkurencją rynkową – staje się kwestią spójności całej polityki rolnej i handlowej.
W efekcie europejski rolnik produkuje drożej, bardziej ekologicznie, pod większą presją regulacyjną, a następnie konkuruje z tańszym produktem, wytwarzanym według zupełnie innych zasad. To nie jest symetryczna rywalizacja – to jest klasyczna asymetria, w której lokalny producent stoi w nierównej pozycji wobec globalnego rynku, często bez realnej możliwości wyrównania szans.

Zwolennicy umów handlowych często wskazują na limity importowe jako mechanizm zabezpieczający rynek. Czy
w praktyce te kontyngenty rzeczywiście ograniczają ryzyko dla europejskich producentów, czy raczej mają charakter bardziej polityczny niż realnie ochronny?

– Niestety – ich charakter jest zdecydowanie bardziej polityczny niż ochronny. Na papierze limity wyglądają atrakcyjnie i dają pozór kontroli, ale w praktyce ich wpływ jest zupełnie inny niż sugerują suche liczby. Problem w tym, że kontyngenty trafiają w najbardziej dochodowy segment rynku – czyli tam, gdzie europejscy rolnicy faktycznie zarabiają najwięcej. Dodatkowo każda umowa handlowa przedstawiana jest osobno, w oderwaniu od pozostałych. Tymczasem rolnik konkuruje nie z jednym kontyngentem, lecz z sumą wszystkich naraz. W tym momencie ta „kontrolowana liberalizacja” przestaje być kontrolowana i staje się realnym zagrożeniem. Do tego dochodzi kwestia jakości i standaryzacji importu – produkty zagraniczne są przygotowane dokładnie pod potrzeby rynku, co w praktyce dodatkowo wzmacnia ich wpływ i konkurencyjność. A limity? One nie rozwiązują zasadniczego problemu nierównych warunków konkurencji. Nie zmieniają systemu ani nie przywracają równych szans producentom lokalnym. Ich główną funkcją jest łagodzenie przekazu politycznego i dawanie pozoru bezpieczeństwa, podczas gdy realne ryzyko i presja rynkowa pozostają po stronie europejskich rolników.

Wspomniał Pan o szerszym kontekście geopolitycznym i strategicznym. W tym samym czasie Ukraina – mimo trwającej wojny – realizuje bardzo ambitną strategię rozwoju rolnictwa. Czy to dodatkowo zmienia sytuację europejskich producentów i sposób, w jaki powinniśmy patrzeć na politykę handlową UE?

– Zdecydowanie tak – i to jest wątek, który powinien być w centrum każdej poważnej debaty o europejskim rolnictwie. Ukraina dziś realizuje dziś jedną z najbardziej konkretnych i mierzalnych strategii rozwoju rolnictwa w Europie. Do 2033 roku planuje podwoić produkcję mięsa do 5,5 miliona ton i zwiększyć jego wartość rynkową do 10 miliardów dolarów. Produkcja drobiu ma wzrosnąć o 150 proc., wieprzowiny o 100 proc., a kraj ma w pełni uniezależnić się od importu, jednocześnie odbudowując sektor wołowiny. Do tego dochodzi mleko – około 11 milionów ton i podwojenie wartości rynku. To nie są puste deklaracje – to konkretnie policzone cele wpisane w strategię państwa, z harmonogramami i realnymi wskaźnikami wydajności. Co najważniejsze, ukraiński sektor jest nastawiony na eksport produktów przetworzonych, a nie tylko surowców, a jako główny kierunek ekspansji wskazuje Unię Europejską. To oznacza, że presja na europejski rynek rolno-spożywczy wzrośnie nie tylko ilościowo, ale również jakościowo – konkurencja pojawi się w najbardziej dochodowych segmentach, gdzie Europejczycy dotychczas mogli liczyć na przewagę. Dla polskich producentów to sygnał, że polityka handlowa UE nie może być analizowana wyłącznie w kontekście poszczególnych umów, bo równocześnie na rynek wchodzi rosnąca, strategicznie przygotowana oferta z sąsiedniego kraju, zmieniająca całkowicie dynamikę konkurencji.

W tym kontekście Europa nie może działać reaktywnie?

– Nie  – musimy wreszcie wyjść z defensywy i stworzyć własne, krajowe strategie produkcji zwierzęcej, bo czas działa nieubłaganie. Za chwilę pytanie nie będzie brzmiało, czy Ukraina stanie się jednym z kluczowych graczy na rynku żywności, tylko ile miejsca im oddaliśmy. W tym samym czasie, kiedy sąsiedzi budują swoją pozycję i konsekwentnie zwiększają wydajność, my – poprzez kolejne umowy handlowe i liberalizację rynku – stopniowo oddajemy najbardziej dochodowe segmenty własnego rynku. To nie jest kwestia jednej umowy czy drobnych kontyngentów – to część znacznie większego procesu, który długofalowo podkopuje fundamenty europejskiego rolnictwa. Segmenty premium, na których opiera się rentowność produkcji, stają się celem globalnej konkurencji, a lokalni producenci zmuszeni są walczyć o przetrwanie w warunkach, w których przewaga kosztowa
i skala działania leżą po stronie dużych, zagranicznych graczy. Jeśli nie wypracujemy spójnej strategii, ryzykujemy, że za kilka lat miejsce, które dziś zajmujemy na rynku, zostanie po prostu wypełnione przez import
– i wówczas pytanie nie będzie już retoryczne.

Dziękuję za rozmowę.

 

RS, „Nasz Dziennik”