Proces dopiero się rozpędza
Środa, 25 marca 2026 (11:04)Z Piotrem Ciepluchą, byłym wiceministrem sprawiedliwości, członkiem Ruchu Obrony Granic, rozmawia Rafał Stefaniuk
Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie przełoży się na nową falę migracji do Europy? Już teraz mówi się o tysiącach Libańczyków i Irakijczyków, którzy musieli opuścić swoje domy, którzy stracili wszystko. Czy Polska powinna już dziś przygotowywać się na taki scenariusz?
– Niestety, wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie. Każdy większy konflikt zbrojny – a mówimy przecież o regionie chronicznie niestabilnym – uruchamia mechanizm, który znamy aż za dobrze: ludzie uciekają, bo nie mają już dokąd wracać. Wojna, w przeciwieństwie do kryzysów gospodarczych czy nawet klęsk żywiołowych, działa jak detonator – gwałtownie i na masową skalę wypycha całe społeczności poza ich dotychczasowe miejsca życia. Już dziś widać pierwsze sygnały: opuszczane miasta, przemieszczające się tysiące cywilów, rosnąca presja na kraje regionu. Kluczowe będzie to, jak zachowają się państwa pierwszej linii – przede wszystkim Turcja, ale też kraje basenu Morza Śródziemnego. To one w praktyce decydują, czy fala migracyjna zostanie zatrzymana, czy zacznie płynąć dalej w kierunku Europy. Jeśli ich systemy przyjmowania uchodźców się zapchają albo zwyczajnie zabraknie politycznej woli do dalszego „amortyzowania” kryzysu, kierunek będzie oczywisty. Europa stanie się celem, nie przystankiem. Nie można też wykluczyć scenariusza bardziej niepokojącego, w którym część migrantów zostanie wykorzystana instrumentalnie – jako narzędzie presji politycznej. Szlak przez Kaukaz do Rosji, a dalej w stronę Białorusi, nie jest abstrakcją, tylko wariantem, który już kiedyś widzieliśmy w praktyce. Także reżim w Mińsku pokazał, że potrafi traktować ludzi jak element operacji destabilizacyjnej. W warunkach narastającego chaosu na Bliskim Wschodzie taka pokusa może wrócić. Mamy do czynienia z procesem, który dopiero się rozpędza. A skoro jego źródłem jest wojna i pogłębiający się kryzys humanitarny, to nie ma co liczyć na szybkie wyhamowanie. W takich sytuacjach historia rzadko zaskakuje – raczej powtarza znane schematy, tylko na większą skalę.
Jak długo może potrwać obecny kryzys migracyjny wywołany wojną na Bliskim Wschodzie i od czego będzie zależał jego przebieg?
– Nie tyle chodzi o długość samej wojny, choć oczywiście jej trwanie ma znaczenie, ile przede wszystkim o postawę państw położonych na trasie potencjalnych szlaków migracyjnych. To one w praktyce mogą zahamować lub przyspieszyć napływ uchodźców. Z drugiej strony, ogromne znaczenie będą miały decyzje podejmowane przez kraje Unii Europejskiej. Na razie większość rządów deklaruje chęć prowadzenia polityki „otwartych drzwi” wobec migrantów, co w połączeniu z niestabilnością regionu oznacza, że fala migracyjna może utrzymać się przez dłuższy czas i przybrać nieprzewidywalną skalę.
Czy postawy obywateli mogą realnie wpłynąć na politykę migracyjną w Europie?
– Tak, to coraz silniejsza grupa, która faktycznie zaczyna kształtować debatę o migracji w całej Europie. Ludzie mają dość masowego napływu migrantów i oczekują konkretnych rozwiązań. W dużej mierze wszystko zależy od nas samych i od tego, jak w nadchodzącym cyklu wyborczym ukształtują się rządy w poszczególnych państwach Unii. Wybory na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán skutecznie strzegł granicy węgiersko-serbskiej, pokazują, że jego zwycięstwo może stać się gwarantem względnej kontroli nad migracją w Europie. Podobnie wynik ostatnich wyborów we Francji, gdzie ugrupowania Marine Le Pen i Érica Zemmoura zyskały duże poparcie, daje sygnały, iż istnieje pewne „światło w tunelu”. Trzeba jednak pamiętać, że przeciwnik jest silny, a chęć dalszej inżynierii społecznej w Unii, szczególnie w kręgach brukselskich elit, pozostaje bardzo duża.
Czy możemy liczyć na to, że obecne elity łatwo oddadzą władzę?
– To właściwie zapowiada ostateczną walkę o Europę, o jej tożsamość – w istocie starcie dobra ze złem. Chodzi o to, czy będziemy dalej zgadzać się na przekształcanie tkanki społecznej państw europejskich, co w konsekwencji może prowadzić do degradacji naszego życia społecznego, ale też do rozmycia całej tradycji, kultury i wartości, w tym chrześcijańskiej tożsamości. Pytanie brzmi: czy uda się tę tożsamość ochronić, jednocześnie wspierając tych ludzi, którzy potrzebują pomocy u siebie, na miejscu, tam gdzie naprawdę żyją i są potrzebni? To wyzwanie, które w nadchodzących latach zadecyduje o kształcie naszej wspólnej Europy.
Europa jest dziś przygotowana na kolejną dużą falę migracji?
– Moim zdaniem zdecydowanie nie. Już teraz Europa zmaga się z poważnymi problemami – rosnącą przestępczością w miastach, gdzie masowa migracja jest najbardziej widoczna, gwałtami, napadami, czasem nawet morderstwami. Obywatele autochtoni stają się ofiarami tego chaosu, a równocześnie państwa ponoszą ogromne koszty – ubożeją gospodarki, spada konkurencyjność, a wsparcie socjalne, które musi być przyznawane, jest niewspółmierne wobec realnego zaangażowania migrantów. Wielu z nich wcale nie zamierza pracować ani odwdzięczyć się za otrzymywaną pomoc. Moim zdaniem część z nich powinna zostać deportowana, oczywiście w sposób przemyślany i stopniowy. Z jednej strony trzeba skutecznie powstrzymywać napływ nowych osób, z drugiej – działać w kierunku deportacji tych, którzy stanowią największe zagrożenie dla bezpieczeństwa, aż po tych, którzy po prostu łamią prawo, przebywając nielegalnie na terytorium Unii Europejskiej. Dobrym przykładem skandalicznej polityki jest Hiszpania - tamtejszy rząd w styczniu rozpoczął proces legalizacji pobytu ponad pół miliona cudzoziemców, którzy przebywają w kraju nielegalnie, stosując dekret, aby ominąć pełne głosowanie parlamentarne. Takie działania nie powinny mieć miejsca – przyjmowanie ogromnej rzeszy migrantów bez demokratycznej kontroli to prosta droga do pogłębiania kryzysu, który już teraz daje się we znaki Europie. A co więcej, jak Hiszpanie będą legalizować pobyt tych osób, to duża część z nich – z prawem do podróżowania po UE oraz osiedlania się w każdym kraju Wspólnoty – zacznie z tego korzystać. Hiszpania stanie się bramą do zalania Starego Kontynentu setkami tysięcy obcych nam kulturowo osób – osób, które są nam wrogie i zagrażają naszemu bezpieczeństwu.
Czy legalizacja pobytu nielegalnych migrantów to kpina z prawa?
– Tak, na wielu płaszczyznach. Nawet tych najbardziej podstawowych. Przypomnę naszym Czytelnikom, że nielegalne przekraczanie granicy – czyli wchodzenie do kraju poza oficjalnymi przejściami i bez złożenia odpowiedniego wniosku o azyl – oraz nielegalne przebywanie na terytorium innego państwa, w tym w Unii Europejskiej, jest przestępstwem. Przestępstwem, które powinno być ścigane i karane. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, w której ideologiczne pseudoelity w Brukseli i Strasburgu – a także niestety w niektórych państwach UE – praktycznie ignorują te naruszenia prawa. W efekcie przestępstwo pozostaje bez reakcji organów ścigania. To nie tylko podważa autorytet prawa, ale też stwarza realne zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku w państwach europejskich.
Do zagrożeń za strony nielegalnej migracji odniosła się Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej. Wysłała specjalny list do liderów krajów Wspólnoty, w którym zwraca uwagę, że w świetle zagrożeń, które generuje wojna w Iranie, konieczne jest sprawne wprowadzanie w życie mechanizmów zawartych w pakcie migracyjnym. Wdrożenie paktu o migracji i azylu faktycznie zapewni zrównoważoną politykę migracyjną w UE?
– Problem w tym, że pakt w praktyce nakłada na państwa członkowskie przymus przyjmowania migrantów, a za jego niedopełnienie grożą gigantyczne kary finansowe. Moim zdaniem jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest podejście w stylu Donalda Trumpa – konsekwentna deportacja osób, które zagrażają bezpieczeństwu kraju. Proszę zwrócić uwagę, jak dziś na całym świecie atakowana jest administracja USA i służby zajmujące się deportacjami nielegalnych migrantów – wszystko w imię politycznej poprawności. Tylko zdecydowane, twarde działania, w tym kontrola granic i egzekwowanie prawa, mogą powstrzymać chaos, który masowa migracja w Europie wprowadza do życia codziennego i bezpieczeństwa państw członkowskich. A Komisja Europejska zrobi wszystko, aby pakt, który firmuje, wszedł w życie – chodzi przecież o to, żeby ulżyć Niemcom, Francuzom czy Holendrom. Z pewnością nie chcą ulżyć nam. My mamy ponosić ciężary tego, co zrobiła swego czasu Angela Merkel i czego nie chcą zrobić dzisiaj przywódcy Niemiec. Ludzi, którzy tu są – osoby, które dotarły tu nielegalnie oraz ich rodziny – trzeba deportować. Każdy z nich powinien też dostać zakaz wjazdu do Unii Europejskiej – bo tak traktuje się przestępców. Nielegalne przekroczenie granicy – przypomnę to raz jeszcze – jest złamaniem prawa.
Czy wojna z Iranem nie posłuży Komisji Europejskiej jako pretekst do forsowania własnej polityki migracyjnej?
– Może się tak zdarzyć. W zasadzie już teraz słyszymy, że trzeba działać tak, jak chce tego Komisja Europejska, bo inaczej zaleją nas tysiące mieszkańców Bliskiego Wschodu. Ta wojna będzie też używana jako zasłona dymna – próba zrzucenia winy na Stany Zjednoczone i Izrael za falę masowej migracji w Europie. Trzeba jednak spojrzeć szerzej na inne konflikty w regionie. Już dziś mamy praktycznie regularną wojnę między Pakistanem a Afganistanem rządzonym przez Talibów, a z tamtego kierunku również napływa do Europy i Polski masowa nielegalna migracja. Tam żyją setki tysięcy ludzi, którzy chcą się dostać do Europy. Nie można więc sprowadzać problemu do jednej przyczyny i usprawiedliwiać przez to polityki Brukseli. Realne środki obrony są proste: szczelna kontrola granic, deportacja osób przebywających nielegalnie oraz zdecydowana walka z mafiami przemytników ludzi. Tego typu praktyczne działania powinny być priorytetem, ale Komisję Europejską najwyraźniej interesuje jedynie ideologiczne wdrażanie paktu migracyjnego, a nie rzeczywista ochrona Europy przed chaosem, który wkrótce może być nie do opanowania.
Ruch Obrony Granic przygotował projekt ustawy, który obliguje rząd do niestosowania zapisów paktu migracyjnego. Co więcej, jest to działanie legalne na forum Unii Europejskiej, bo traktaty pozwalają na zawieszanie prawa wspólnotowego w sytuacji, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo – wewnętrzne lub zewnętrzne – danego kraju.
– Trudno nie przyznać, że nasze bezpieczeństwo jest zagrożone, gdy u bram jest pełnoekranowa wojna – na Ukrainie, gdy białoruski satrapa przysyła nam tysiącami islamskich migrantów. Nasz projekt daje narzędzia do tego, aby zgodnie z prawem UE wstrzymać realizację prawa, które jest szkodliwe. To powinno być oczywiste dla wszystkich.
Jak przebiega zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy?
– Zbieranie podpisów idzie bardzo dobrze. Akcja obejmuje praktycznie całą Polskę – podpisy napływają do nas w ogromnych ilościach, zarówno osobiście, jak i za pośrednictwem poczty. Na stronie www.stoppakt.pl można pobrać kartę do zbierania podpisów i zachęcamy, by angażować w to rodzinę, znajomych, sąsiadów. Już zebrane podpisy prosimy przesyłać niezwłocznie, nie zostawiać tego na ostatnią chwilę, ani nie odkładać ich u siebie. Na stronie stoppakt.pl znajduje się też pełny wykaz regionalnych pełnomocników Ruchu Obrony Granic, z którymi można się kontaktować mailowo, telefonicznie lub przez media społecznościowe, aby dostarczyć zebrane podpisy lub złożyć je bezpośrednio u nich. Cała operacja jest prowadzona tak, by każdy, kto chce wziąć w niej udział, mógł to zrobić sprawnie i bez problemów.
Do końca zbiórki pozostały już tylko trzy tygodnie. Czy zdążycie ją zakończyć na czas?
– Mam nadzieję, że tak, ale do tego potrzebna jest pełna mobilizacja wszystkich zaangażowanych. Dlatego apeluję do Państwa o wsparcie i aktywne uczestnictwo w zbiórce podpisów – od tego zależy nasze bezpieczeństwo i możliwość wywarcia realnego nacisku na władze w sprawie paktu migracyjnego. Ta ustawa jest wyjątkowo niewygodna dla obozu Donalda Tuska i obecnego rządu, dlatego spotyka się z mocną opozycją – jest torpedowana, wyśmiewana, a ataki kierowane są również przeciwko Ruchowi Obrony Granic, który stoi za inicjatywą. To moment, w którym każdy podpis naprawdę się liczy.