• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Demontaż bezpieczeństwa żywnościowego

Wtorek, 24 marca 2026 (09:56)

Rozmowa z Edwardem Kosmalem, wiceprzewodniczącym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”

Pojawiają się informacje o problemach ze skargą Polski do TSUE w sprawie umowy
z Mercosurem – według mediów rząd nie chce jej złożyć, aby nie wchodzić w konflikt z Komisją Europejską. To Pana zaskakuje?

– W ogóle mnie to nie zaskakuje. Od dłuższego czasu zarówno premier Donald Tusk, jak i minister rolnictwa Stefan Krajewski zapewniali, że bronią rolników. Słyszeliśmy, że skarga jest przygotowywana, że trwają
nad nią prace, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Tymczasem mija kolejny tydzień, miesiąc, a konkretów brak. To wygląda jak świadome wprowadzanie w błąd, zwłaszcza rolników, którzy oczekiwali realnej reakcji państwa, a nie deklaracji bez pokrycia. Nie oszukujmy się – trudno dziś mówić o twardym reprezentowaniu polskich interesów, skoro polityczne centrum decyzyjne znajduje
się gdzie indziej. W tej sprawie wpływ KE jest wyraźny,
a rząd sprawia wrażenie, jakby bardziej szanował relacje
z Brukselą, niż zwracał uwagę na skutki dla własnej gospodarki. Wystarczy przypomnieć wcześniejsze sytuacje – choćby końcówkę negocjacji umowy z Ukrainą – kiedy zabrakło jednoznacznego sprzeciwu, mimo że stawka
dla polskiego rolnictwa była ogromna. Efekt jest taki,
że kolejne decyzje zapadają bez realnego oporu, a ich konsekwencje uderzają nie tylko w rolników, ale też w cały sektor – od produkcji po przetwórstwo, które swoją drogą w dużej mierze i tak nie znajduje się już w polskich rękach. I to jest dopiero problem, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko.

Czy zablokowanie tej umowy, nawet poprzez skargę do TSUE, to dla polskiego rolnictwa sprawa absolutnie kluczowa?

– To nie jest kwestia gry, nawet politycznej, tylko twardego bezpieczeństwa gospodarczego. Każdy niekontrolowany napływ towarów już dziś pokazuje, jak szybko można rozchwiać rynek. Widzimy to na przykładzie ziemniaków, warzyw, pomidorów czy papryki – nawet w obrębie samej Unii Europejskiej. Produkcja krajowa nie ma gdzie się podziać, ceny lecą w dół, a rolnicy zostają z towarem
i stratą. Do tego dochodzi rynek zbóż – długi import
liczony w milionach ton sprawia, że nasze zboże paszowe zalega w magazynach, mimo że sezon nie był zły, a plony zapowiadają się solidnie. I teraz wchodzimy w kolejne, szerokie umowy handlowe.

Co będzie jesienią i zimą, kiedy ta presja jeszcze wzrośnie?

– Dlatego mówimy wprost: jeśli Unia Europejska nie zacznie realnie rekompensować strat ponoszonych przez rolników, to będziemy świadkami powolnego demontażu bezpieczeństwa żywnościowego. A to oznacza jedno: uzależnienie od importu. Dziś z Mercosuru, jutro z Indii
czy Australii. Tyle że w pewnym momencie może się okazać, że łańcuchy dostaw się rwą – statki nie dopłyną, samoloty nie przylecą – i wtedy problem przestaje być ekonomiczny, a zaczyna być egzystencjalny. I to nie tylko dla Polski, ale też dla całej Europy. Naprawdę nie wyciąga się wniosków z tego, co dzieje się dzisiaj na Bliskim Wschodzie. Wystarczy zablokowanie cieśniny Ormuz
i mamy to, co mamy – cały świat drży z obawy przed niedoborami ropy oraz gazu. To naprawdę nie jest
błaha sprawa. Stajemy na progu olbrzymiego kryzysu gospodarczego. I w tej sytuacji każdy grosz jest
na wagę złota dla polskiego rolnika.

W jakim stanie są dziś magazyny rolników
i co to mówi o kondycji całego rynku zbóż?

– Powiem najprościej, jak się da: magazyny wciąż są pełne, ale problem dotyczy nie tylko zapasów, lecz także całego mechanizmu handlu. Sam widzę to na przykładzie rolników: skupem zajmowały się zarówno duże, często zagraniczne podmioty, jak i mniejsze polskie firmy.
I właśnie te mniejsze dziś padają jedna po drugiej.
Mamy konkretne przypadki – przedsiębiorstwa, które są winne rolnikom po kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów złotych. W jednym regionie to 20 mln zł, w innym kilka milionów i kilkudziesięciu poszkodowanych gospodarzy.
Dla nich to nie jest statystyka – to realna strata, często dramat finansowy. Najgorsze jest jednak to, co dzieje
się później. Firma ogłasza upadłość, wchodzi syndyk,
a magazyny są rozbierane, wyprzedawane, infrastruktura znika. Zamiast ratować system przechowalniczy, de facto go likwidujemy. To jest uderzenie nie tylko w konkretne gospodarstwa, ale też w bezpieczeństwo całego rynku. Dlatego jako NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” postulujemy wzmocnienie roli Krajowej Grupy Spożywczej – to mógłby być stabilny gracz, który nie tylko skupuje,
ale też realnie porządkuje rynek. Mówimy o modelu współpracy, w którym rolnicy mają zagwarantowany
odbiór i płatność – choćby poprzez umowy kontraktacyjne. Bo dziś sytuacja jest absurdalna: ceny są niskie, często poniżej kosztów produkcji, a rolnik, oddając zboże,
nie ma pewności, czy w ogóle zobaczy za nie pieniądze. Opóźnienia sięgają 3-5 miesięcy i nikt nie daje gwarancji, że te należności kiedykolwiek zostaną uregulowane.
To nie jest rynek – to jest stan głębokiej niestabilności.

Czy kwestia złożenia skargi do TSUE
w sprawie umowy z krajami Mercosuru
to dziś także test wiarygodności Polskiego Stronnictwa Ludowego?

– To jest test wiarygodności i patrząc na fakty, ten test PSL oblewa. Bo nawet będąc w Unii Europejskiej, polski rząd ma narzędzia, aby jasno powiedzieć „nie”, by sprzeciwić się rozwiązaniom szkodzącym własnemu rynkowi i ograniczyć napływ towarów, które destabilizują krajową produkcję. Tyle że z tych narzędzi się nie korzysta. Nie chce,
nie potrafi, boi się. Naprawdę nie trzeba wiele, żeby zawalczyć o swoje interesy. Są kraje, które to potrafią. Nawet w czasach Prawa i Sprawiedliwości, które podejmowało także szkodliwe decyzje dla wsi, doszło
do tego, że uderzono pięścią w stół i wprowadzono embargo na import zboża z Ukrainy. Nawet jak się
to Komisji Europejskiej skrajnie nie podobało.
Jednocześnie mamy festiwal deklaracji. Minister Stefan Krajewski objeżdża Polskę, mówi o zrozumieniu dla rolników, o walce o ich interesy – tylko że za tym nie idą żadne konkretne działania. Znamy przypadki, gdzie wizyty przedstawiane jako spotkania z rolnikami w rzeczywistości odbywały się w wąskim, partyjnym gronie, bez udziału tych, których sprawa dotyczy najbardziej. To nie buduje zaufania, tylko je podkopuje. Rolnicy od miesięcy przedstawiają konkretne postulaty: rekompensaty za straty, wsparcie dla paliwa, nawozów, dopłaty do zbóż.
To nie są wygórowane żądania, tylko próba ratowania płynności i przetrwania gospodarstw. Tymczasem słyszą kolejne zapowiedzi bez pokrycia. Jeśli nic się nie zmieni,
dla wielu z nich może być to ostatni sezon. I wtedy nie będziemy już rozmawiać o wiarygodności polityków, tylko
o tym, dlaczego państwo pozwoliło własnemu rolnictwu
po prostu upaść.

Sytuacja wygląda aż tak dramatycznie,
jak Pan to rysuje?

– Niestety, wygląda jeszcze gorzej, niż się powszechnie przyznaje. Rolnicy wchodzą w najbardziej kosztowny moment sezonu, a ceny podstawowych środków produkcji szybują – choćby olej napędowy, który zbliża się do poziomu 8,5 zł za litr. Mówi się, że w ciągu najbliższych
dni przekroczy cenę 9 zł za litr. Do tego dochodzą ceny nawozów. To nie są liczby z tabelki, tylko realny koszt każdej godziny pracy w polu. W takiej sytuacji wielu gospodarzy staje przed brutalnym dylematem: siać
i ryzykować kolejne zobowiązania, czy odpuścić i próbować przeczekać, choć to w praktyce oznacza zwijanie działalności. Problem polega na tym, że nie ma żadnej gwarancji zbytu ani stabilnej ceny. Rolnik ma zaciągać kredyt, inwestować w nawozy, paliwo, pracę
– a jednocześnie nie wie, czy odzyska choćby poniesione koszty. Do tego dochodzą zaległe płatności za już sprzedane zboże, które wciąż nie zostały uregulowane.
To zamyka finansowy krwiobieg wielu gospodarstw.
Efekt jest łatwy do przewidzenia: narastające zadłużenie, utrata płynności i widmo bankructwa. I to nie są pojedyncze przypadki, tylko coraz szersze zjawisko.
Dziś wielu rolników nie zastanawia się już, jak zarobić
– tylko czy w ogóle przetrwa kolejny sezon. Niestety, mamy rząd, który po prostu na te fakty nie reaguje. Przecież już dawno powinny ruszyć prace nad przygotowaniem odpowiedniej tarczy, która chroniłaby Polaków przed drożyzną – nie tylko rolników,
ale wszystkich Polaków.

Problemem nie jest też brak wiary w to,
że TSUE rzeczywiście może sprzeciwić się KE i podważyć takie umowy? W tej sytuacji
po co składać skargę?

– W polityce i prawie obowiązuje prosta życiowa zasada: tam, gdzie jest wola, tam znajduje się również sposób. Tyle że w tym przypadku nie widać tej woli po stronie polskiego rządu. Zamiast twardo artykułować interes własnych rolników, mamy wrażenie, że ważniejsze stają
się relacje i układy na poziomie europejskim, gdzie dominującą rolę odgrywają największe gospodarki.
I to trzeba powiedzieć jasno, bez owijania w bawełnę.
Do tego dochodzi kwestia narracji – publicznej, medialnej, która w dużej mierze kształtuje sposób myślenia o takich sprawach. Polska jest skolonizowana przez kapitał niemiecki. Posiada on kluczowe gałęzie naszej gospodarki. Co więcej, kontroluje duże podmioty medialne i decyduje
o tym, co Polacy mają mówić i myśleć. Jeśli przez lata buduje się przekaz, że pewne decyzje są „nieuniknione” albo „europejsko konieczne”, to później trudniej
o społeczny sprzeciw. Bez presji społecznej politycy rzadko decydują się na działania konfrontacyjne. Dlatego rolnicy mówią dziś coraz ostrzej: potrzebne są konkretne decyzje, a nie kolejne deklaracje. Mówimy o wzmocnieniu krajowego sektora przetwórczego, o uczciwych zasadach dla dużych sieci handlowych, o realnej kontroli przepływu kapitału i zysków. Bo inaczej będziemy wciąż w tej samej sytuacji – pieniądze będą wypływać z kraju, a ciężar kryzysu zostanie na barkach tych, którzy produkują żywność. I to jest problem znacznie poważniejszy
niż jedna czy druga umowa handlowa.

Do Polski przez Holandię trafiła wołowina zawierająca hormon progesteron.
To incydent czy sygnał ostrzegawczy,
że system przestaje działać?

– Nie jestem zaskoczony, raczej utwierdzony
w przekonaniu, że problem narastał od dawna i dziś zaczyna być po prostu widoczny. Jeszcze zanim na dobre rozkręciły się rozmowy o umowie o wolnym handlu
z krajami Mercosuru, mieliśmy do czynienia z napływem różnych produktów spożywczych, które budziły poważne wątpliwości. Mówimy nie tylko o mięsie, ale też
o surowcach roślinnych – choćby o skażonym słoneczniku, który trafiał na rynki europejskie w ogromnych ilościach, rzędu setek tysięcy ton, poprzez import do Bułgarii.
Z kolei Holendrzy sprowadzili skażoną wołowinę. To nie
są incydenty, tylko skala, która zaczyna wpływać na całe sektory gospodarki. Jeśli do tego dołożymy przypadki żywności zawierającej hormony, sprawa przestaje być wyłącznie ekonomiczna, a zaczyna dotyczyć zdrowia publicznego. I to w bardzo wrażliwym wymiarze – bo mówimy o substancjach, które mogą wpływać na rozwój organizmu, szczególnie u dzieci i młodzieży. To nie są teorie, tylko kwestie, które od lat pojawiają się
w badaniach i analizach dotyczących jakości żywności. Hormony w jedzeniu mogą np. zaburzać procesy dorastania i kształtowania się płciowości u młodych ludzi. To jest kwestia niezwykle ważna. Dlatego potrzebna jest zdecydowana reakcja – nie tylko na poziomie krajowym, ale także we współpracy z innymi państwami regionu. Wciąż jest moment, by powiedzieć „stop” rozwiązaniom, które niosą więcej ryzyka niż korzyści. Bo jeśli odpuścimy teraz, to za chwilę obudzimy się w rzeczywistości, w której nie tylko rynek rolny, ale i bezpieczeństwo żywnościowe wymknęły się spod kontroli. A wtedy pytanie nie będzie brzmiało, czy coś było opłacalne, tylko czy było bezpieczne.

Jeśli umowa z krajami Mercosuru wejdzie
w pełni w życie i ruszy masowy napływ żywności, czy system kontroli w Polsce
to wytrzyma?

– Obawiam się, że to nie jest pytanie „czy”, tylko „kiedy”. Już dziś widać, że służby kontrolne działają na granicy wydolności. Mieliśmy to przy imporcie ze Wschodu, choćby w przypadku tzw. zboża technicznego czy kukurydzy, która w praktyce nie spełniała standardów jakościowych, a mimo to trafiała do obrotu. To nie był jednorazowy incydent, tylko sygnał, że system zaczyna się rozszczelniać.

Jeżeli do tego dołożymy masowy napływ produktów
z rynków, gdzie obowiązują inne normy produkcji, inne standardy i – nie oszukujmy się – często niższe koszty wynikające właśnie z tych różnic, to skala wyzwania rośnie wykładniczo. Służby nie tylko będą miały więcej pracy
– one mogą zwyczajnie nie nadążyć. A wtedy kontrola stanie się iluzją. I tu dochodzimy do sedna: w takich warunkach rynek zaczyna być zalewany towarem,
który nie spełnia europejskich standardów, ale jest tańszy. Konsument często nie ma wyboru, bo kieruje się ceną,
a krajowy producent przegrywa konkurencję, bo działa według bardziej rygorystycznych zasad. To prosta droga
do sytuacji, w której sami podkopujemy własne bezpieczeństwo żywnościowe. Bo jeśli pozwolimy
na rozregulowanie systemu kontroli, to za chwilę nie będziemy już rozmawiać o jakości – tylko o tym,
czy w ogóle mamy nad tym jakąkolwiek kontrolę.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”