• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

Nie idziemy w stronę stabilnej energii

Środa, 18 marca 2026 (16:46)

Z Edwardem Siarką, posłem Prawa i Sprawiedliwości, byłym wiceministrem klimatu i środowiska, rozmawia Rafał Stefaniuk

Premier Donald Tusk zapowiada dalszy rozwój odnawialnych źródeł energii w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem energii wiatrowej. Jak ocenia Pan to stanowisko?

– To stanowisko jest moim zdaniem poważnym błędem, a zarazem klasycznym przykładem podejścia ideologicznego oderwanego od realiów energetycznych. Kontynuowanie inwestycji w źródła, które same w sobie nie gwarantują stabilności systemu, jest ryzykowne, zwłaszcza gdy mówimy o wydatkach publicznych i unijnych liczących się w miliardach złotych. Oczywiście nikt nie zabrania rozwoju technologii odnawialnych, ale w momencie, gdy ich rozrost w praktyce destabilizuje krajowy system energetyczny, należy się poważnie zastanowić nad priorytetami. Problem w tym, że im więcej takich, powiedzmy, „niestabilnych” źródeł wprowadzamy, tym bardziej nasz system staje się podatny na wahania i awarie. A równocześnie w tle mamy opóźnienia w projektach kluczowych dla bezpieczeństwa energetycznego, jak budowa elektrowni atomowej – proces inwestycyjny ślimaczy się, podczas gdy potrzeby kraju rosną. Tak więc w tym samym czasie, gdy wydajemy miliardy na energetykę wiatrową, poważne inwestycje strategiczne stoją w miejscu. To po prostu zły kierunek.

Ale właśnie premier zapowiada rozwój energetyki jądrowej…

– Owszem, premier mówi o energetyce jądrowej, ale praktyka wygląda zupełnie inaczej. Na jednym z ostatnich posiedzeń sejmowej Komisji Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych mieliśmy przykład, który wiele mówi o realiach. Propozycja budowy małego reaktora w Stalowej Woli została zablokowana, bo nie zgodzono się na przekazanie spółce gruntów, które miasto wcześniej nabyło właśnie w tym celu – terenu pod przemysłowe zaplecze energetyczne. Bez odpowiedniego wsparcia infrastrukturalnego nawet najlepszy projekt jądrowy pozostaje tylko na papierze. To pokazuje, że mimo miliardowych środków, często pochodzących z pożyczek i funduszy unijnych, nie idziemy w stronę stabilnej energii. Wręcz przeciwnie – cały czas promuje się rozwiązania, które w praktyce destabilizują system i generują dodatkowe koszty.

Panie Ministrze, czy sytuacja nie pogorszy się jeszcze bardziej, jeśli Ministerstwo Klimatu dopuści organizacje społeczne do konsultacji nad inwestycjami energetycznymi? Prace nad tym rozwiązaniem trwają.

– Sytuacja będzie bardzo poważna. Wciąż pokutuje wyobrażenie, że organizacje społeczne działają w imię czystej ekologii i mają pełną wiedzę na temat inwestycji. Nic bardziej mylnego. Coraz częściej mamy do czynienia z podmiotami inspirowanymi i finansowanymi przez obce interesy, które z pewnością nie dbają o naszą niezależność energetyczną. Nie mamy złudzeń – te organizacje nie reprezentują interesu Polski. A mimo to wciąż są dopuszczane do procesu decyzyjnego i kolejnych milionów wydawanych z budżetu państwa. To poważny problem, bo realnie nie wiadomo, czyje interesy chronią, ale na pewno nie polskie.

Można było wcześniej rozwiązać tę sprawę i uchwalić ustawę zmuszającą organizacje do ujawnienia źródeł finansowania. Brakowało determinacji?

– Niestety, trzeba to jasno powiedzieć – taki pomysł rzeczywiście był. Minister Michał Woś zgłosił propozycję, ale niestety Prawo i Sprawiedliwość jej nie podjęło. To poważny błąd, bo dziś mielibyśmy przynajmniej w miarę jasny obraz, skąd płyną pieniądze do tych organizacji. Wiele z nich chwali się statusem organizacji pożytku publicznego, a w praktyce ich działalność z pożytkiem publicznym nie ma nic wspólnego. To pokazuje, że brak przejrzystości kosztuje nas wiedzę i realny wpływ na proces decyzyjny.

Panie Ministrze, premier stwierdził, że OZE to najbardziej suwerenne źródło energii dla Polski. Czy ktoś wprowadza w błąd pana premiera?

Panie redaktorze, trzeba spojrzeć na to przede wszystkim przez pryzmat efektywności i realnych wyników ekonomicznych. Sprawność urządzeń fotowoltaicznych w Polsce wynosi zaledwie około 20%, maksymalnie tyle da się uzyskać w najlepszych warunkach. Wiatraki lądowe osiągają jeszcze mniej, a morskie – około 50%. Więc o jakiej suwerenności mówimy, jeśli w zimowych miesiącach, kiedy prąd jest najbardziej potrzebny – listopad, grudzień, styczeń, luty – te źródła praktycznie nie działają? Rozbudowa takich instalacji bez jednoczesnej modernizacji sieci energetycznych to prosta droga do destabilizacji całego systemu. Eksperci szacują, że samo przebudowanie sieci w Polsce wymaga nakładów rzędu 400 miliardów złotych. Każdy, kto spogląda na swoje rachunki, widzi już dziś, jak bardzo koszty OZE odbijają się na przeciętnym odbiorcy. To nie jest kwestia ideologii – to kwestia twardych liczb i realnej funkcjonalności systemu.

Premier zapowiada nawet bilion złotych w ciągu dekady – pieniądze mają ponoć być. Ale czy to w ogóle realne z punktu widzenia zwykłych Polaków i ich portfeli?

– To brzmi efektownie na konferencji prasowej, ale w zderzeniu z rzeczywistością zwykłych gospodarstw domowych wygląda już zupełnie inaczej. Te pieniądze nie spadną z nieba – ktoś będzie musiał je wyłożyć, a tym „kimś” są w praktyce obywatele i przedsiębiorcy, którzy już dziś funkcjonują pod ogromną presją kosztową. Mamy rosnące obciążenia, dokładane kolejne regulacje, a do tego dochodzi system ETS, który bezpośrednio przekłada się na ceny energii. Efekt tego jest taki, że mamy jedne z najwyższych rachunków za prąd w Europie i coraz większe problemy firm, które zwyczajnie przestają się spinać finansowo. Jeżeli do tego dołożymy nadchodzący ETS 2, który uderzy już nie tylko w przemysł, ale w zwykłych właścicieli domów i kierowców, skala problemu robi się naprawdę poważna. Koszty ogrzewania, paliwa, codziennego funkcjonowania – wszystko pójdzie w górę. I wtedy okaże się, że wielkie liczby prezentowane w politycznych zapowiedziach mają bardzo konkretną cenę, płaconą co miesiąc przy rachunkach. Mówimy o sytuacji, w której przeciętny Kowalski zacznie się zastanawiać nie nad inwestycjami, tylko nad tym, czy starczy mu na podstawowe wydatki. I to już nie jest ekonomiczna teoria, tylko scenariusz, który powoli staje się rzeczywistością.

Skoro nawet budowa przydomowego wiatraka wymaga zgody operatora, a wiele wniosków jest odrzucanych, to problemem są dziś przede wszystkim niewydolne sieci i ekonomika całego systemu. Ciekawe, gdzie premier będzie chciał stawiać te wiatraki?

– Dokładnie tak – kluczowym ograniczeniem nie jest dziś brak pomysłów czy inwestorów, tylko fizyczna przepustowość sieci. Operatorzy odrzucają wnioski nie dlatego, że nie chcą nowych źródeł energii, ale dlatego, że infrastruktura zwyczajnie nie jest w stanie przyjąć kolejnych mocy. I to jest punkt wyjścia do całej dyskusji: można budować kolejne instalacje, tylko pytanie brzmi – gdzie ten prąd ma popłynąć? Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na duże projekty, choćby morskie farmy wiatrowe. Tam wchodzą w grę bardzo konkretne umowy, które zabezpieczają inwestorów. Jeśli produkcja energii nie osiągnie zakładanych poziomów, państwo i tak ponosi koszty – w praktyce płacąc za niewyprodukowaną energię. Do tego dochodzą zapisy dotyczące serwisowania, gdzie również ciężar finansowy w dużej mierze spada na stronę publiczną. Inwestorzy wykręcili się tym, że ich nie stać będzie na serwis… Innymi słowy: ryzyko biznesowe jest w znacznej części przerzucane na podatnika. I teraz dochodzimy do sedna. Można oczywiście rozwijać energetykę wiatrową, nie ma w tym nic złego, ale jeśli robimy to bez solidnego zaplecza sieciowego i bez chłodnej kalkulacji ekonomicznej, to wchodzimy w system, który zaczyna sam się napędzać kosztami. Dopłaty, gwarancje, mechanizmy wsparcia – to wszystko sprawia, że inwestycje powstają, ale często nie dlatego, że są realnie opłacalne, tylko dlatego, że ktoś do nich dopłaca. A kiedy te dopłaty znikają, entuzjazm inwestorów nagle się kończy.

To jaka jest najuczciwsza diagnoza?

– Dlatego dziś najuczciwsza diagnoza jest taka: mamy bardzo skomplikowaną sytuację, w której gonimy za rozwojem technologii, nie mając przygotowanej infrastruktury ani stabilnego modelu finansowego. Jeśli będziemy dalej iść tą drogą bez korekty, możemy w pewnym momencie obudzić się z kosztownym systemem, który nie daje ani bezpieczeństwa energetycznego, ani realnej stabilności cen.

Z listu Ursuli von der Leyen do liderów krajów Unii Europejskiej wynika, że Bruksela rozważa jedynie korekty systemu ETS, bez jego zawieszenia. To oznacza kosmetykę zamiast realnej zmiany? Brak jakiejkolwiek rewolucji?

– Na dziś wszystko wskazuje, że mówimy raczej o ruchach pozornych niż o prawdziwym przełomie. Problem w tym, że system ETS dawno przestał być wyłącznie narzędziem polityki klimatycznej, a w dużej mierze stał się instrumentem finansowym. I to jest jego najsłabszy punkt. W momencie, gdy handel uprawnieniami do emisji był domeną podmiotów realnie związanych z gospodarką, ceny utrzymywały się na relatywnie stabilnym poziomie – rzędu kilku, maksymalnie dwudziestu euro za tonę. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy do gry na poważnie weszły instytucje finansowe. Wtedy zaczęły się wahania, które trudno tłumaczyć wyłącznie polityką klimatyczną – ceny poszybowały do 80, a chwilami nawet zbliżały się do 100 euro za tonę CO₂. To już nie jest spokojny mechanizm regulacyjny, tylko rynek podatny na spekulację, gdzie decyzje inwestycyjne podejmuje się nie tylko na podstawie emisji, ale też oczekiwań co do zysków. Dlatego jeśli dziś słyszymy o „korektach”, to warto zachować chłodną głowę. Bez ograniczenia roli czysto finansowej spekulacji i bez realnego uporządkowania zasad handlu emisjami trudno mówić o jakiejkolwiek jakościowej zmianie. Można poprawić parametry, przesunąć progi, wprowadzić techniczne modyfikacje – tylko że to nie dotyka sedna problemu. A sedno jest takie, że system w obecnej formie generuje koszty, które finalnie i tak spadają na gospodarkę i odbiorców końcowych. Jeśli więc ktoś oczekuje rewolucji, to raczej jej nie zobaczy. Co najwyżej korektę kursu w systemie, który wciąż będzie działał według tych samych, mocno kontrowersyjnych zasad.

A gdyby Komisja Europejska rzeczywiście wyeliminowała z systemu ETS spekulantów – czy to byłby realny przełom, czy tylko ruch o ograniczonym znaczeniu?

– Gdyby Bruksela faktycznie zdecydowała się na taki krok i miała odwagę go przeprowadzić, mówilibyśmy o czymś więcej niż kosmetyce – to byłby konkretny sygnał, że ktoś wreszcie próbuje przywrócić temu systemowi pierwotny sens. Narzędzia do tego są, pytanie tylko, czy jest wola polityczna. Na początku ten mechanizm działał prosto: uprawnienia do emisji krążyły między tymi, którzy ich realnie potrzebowali, bez całej tej finansowej nadbudowy. Rynek był bliżej gospodarki, a nie parkietu inwestycyjnego. Moment przełomowy nastąpił wtedy, gdy do gry wpuszczono instytucje finansowe. Od tego czasu ceny zaczęły żyć własnym życiem, coraz mniej związanym z rzeczywistą emisją, a coraz bardziej z kalkulacją zysków. Dołożono do tego mechanizmy ograniczania podaży – w sytuacji rosnącego zapotrzebowania część uprawnień jest wycofywana z rynku – co w naturalny sposób winduje ceny. Efekt widzimy dziś na rachunkach i w kosztach produkcji: system, który miał regulować, zaczął drenować. Usunięcie spekulacyjnego kapitału mogłoby ten trend przynajmniej częściowo zatrzymać i przywrócić element racjonalności.

Tyle że to wciąż tylko jeden element większej układanki?

– Mamy bowiem do czynienia z energetyką, która coraz szybciej opiera się na źródłach niestabilnych, wymagających solidnego zaplecza systemowego. Wystarczy spojrzeć na przypadki przeciążenia sieci czy poważnych zakłóceń – kiedy struktura produkcji energii zaczyna rozmijać się z możliwościami jej dystrybucji, skutki potrafią być bardzo odczuwalne. Krótko mówiąc: wyrzucenie spekulantów byłoby krokiem w dobrą stronę, być może nawet pierwszym poważnym od dawna. Ale samo w sobie nie rozwiąże problemu, jeśli równolegle nie uporządkuje się zasad funkcjonowania całego systemu i nie zbuduje stabilnych fundamentów pod jego działanie. Bez tego będziemy dalej kręcić się w kółko – tyle że z nieco niższą amplitudą kosztów.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rafał Stefaniuk, "Nasz Dziennik"