• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Miliony na procedurę śmierci

Piątek, 24 maja 2013 (02:05)

Posłowie zapoznali się wczoraj z informacją dotyczącą programu zapłodnienia pozaustrojowego, którą na wniosek klubu PO przedstawił minister zdrowia. W ciągu trzech lat obejmie on ok. 15 tys. par.

W tym roku zapłacimy za niego 50 mln złotych. Wprowadzenie Rządowego Programu Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego na lata 2013-2016 zapowiedzieli na wspólnej konferencji prasowej, jeszcze w październiku 2012 r., Donald Tusk i Bartosz Arłukowicz. Arłukowicz przekonywał, że „ma to być metoda bezpieczna i najbardziej efektywna spośród wszystkich znanych na świecie”. – Nie jest tak, że procedura pomoże wszystkim. To naturalne. Będziemy skrupulatnie kontrolowali kliniki pod kątem bezpieczeństwa pacjentów i wytworzonych zarodków – mówił szef resortu. Po roku ministerstwo ma ocenić ośrodki i osiągane w nich efekty.

W specjalnym rejestrze ma być opisany każdy przypadek z osobna. Jego istnienie ma dać pacjentom i embrionom „gwarancję bezpieczeństwa”. O jakim dokładnie bezpieczeństwie mówił minister? Nie wiadomo, bo jest pewne, że w klinikach powstaną tysiące embrionów, które pozostaną zamrożone. Wiele z nich zginie. Poseł Gabriela Masłowska (PiS) podkreślała, że z danych zachodnich klinik wynika, iż większość tych dzieci ginie przed narodzeniem. – Dlaczego minister zdrowia chce finansować ze środków publicznych, także z moich środków, procedurę śmierci i na jakiej podstawie? – pytała posłanka. – In vitro to zabójstwo wielu istnień ludzkich. Niech o tym usłyszy również najmłodsze pokolenie. Żeby siostrzyczka lub braciszek narodzili się z in vitro, kilkoro spośród nich musi umrzeć – wyjaśniał Jerzy Rębek (PiS), zwracając się m.in. do młodych ludzi obserwującej obrady z sejmowej galerii. Dodał, że in vitro narusza piąte przykazanie Dekalogu: „Nie zabijaj”.

– Ja się wsłuchuję z całym szacunkiem, co mówił na ten temat Jan Paweł II czy Benedykt. Ale dopóki będę ministrem, będę się kierował wiedzą – odparł Arłukowicz, który przywoływanie faktów dotyczących niszczenia embrionów nazwał skandalem. Podkreślał, że dzięki rządowemu programowi realizowanemu przez jego resort od 1 lipca wszyscy ci, którzy borykają się z problemem niepłodności, będą „mogli przyjść do kliniki i mieć pewność, że drzwi się dla nich nie zamkną”. Dołączamy do krajów, które tę metodę stosują. Możemy być z tego dumni – mówili posłowie Platformy.

Jarosław Katulski w imieniu wnioskodawców przewrotnie tłumaczył, że metoda ta jest stosowana w Polsce od 25 lat i wiele tak poczętych osób żyje i ma dziś dzieci poczęte w sposób naturalny. Dlatego sprawa powinna zostać uregulowana prawnie. – Polacy oczekiwali jednego – by ta procedura w jakimś stopniu była finansowana przez państwo. A to koszt około 13 tys. – mówił Katulski, chełpiąc się, że Platformie udało się zablokować prawo zabraniające stosowania metody in vitro w Polsce. – To jest sukces – oznajmił poseł.

Ministerstwo używa jeszcze innego arsenału argumentów. Bartosz Arłukowicz wyjaśniał, że niepłodność jest chorobą sklasyfikowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), dlatego musi być leczona nie tylko farmakologicznie czy chirurgicznie. – Wtedy, gdy tak leczyć jej nie można, pary stają przed wyborem, czy stać je na to, by mogły skorzystać z in vitro. W większości państw europejskich jest ono uważane za normalną procedurę medyczną – stwierdził minister, uznając, że krytyka opozycji jest motywowana politycznie. – Szkodzi to zrozumieniu, do czego jest powołana medycyna – mówił. Jego zdaniem, sedno sporu polega na tym, że przeciwnicy sztucznego zapłodnienia chcą go zakazać, natomiast zwolennicy nie zmuszają nikogo do jego stosowania.

– Niepłodność to choroba cywilizacyjna i należy dążyć do tego, by jak najwięcej par posiadało dzieci. Problem jest jednak taki, że różnią nas drogi dochodzenia do tego celu. Uważamy, że lepiej jest inwestować w naprotechnologię. Metodę bez porównania tańszą niż in vitro, skuteczniejszą i metodę, która nie powoduje działań eugenicznych, nie uderza we wrażliwość większości Polaków i nie atakuje nauczania Jana Pawła II, Benedykta XVI czy Ojca Świętego Franciszka – wyliczał Jan Dziedziczak, poseł PiS. – To państwo nam narzucacie swój konfrontacyjny wobec naszego sposób myślenia. Chcecie, byśmy z naszych podatków finansowali ten kontrowersyjny z punktu widzenia większości Polaków projekt – skwitował Dziedziczak.

Maciej Walaszczyk