W trosce o bezpieczeństwo żywnościowe
Sobota, 14 marca 2026 (17:28)Z Moniką Przeworską, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej, rozmawia Rafał Stefaniuk
Pani Dyrektor, pierwsze partie nasion słonecznika sprowadzonych z Argentyny do portów w Bułgarii wykazały przekroczenia dopuszczalnych poziomów substancji czynnych pestycydów, w związku z czym surowiec nie zostanie dopuszczony do celów konsumpcyjnych. To potwierdzenie obaw, które od dawna podnoszą europejscy rolnicy i eksperci od bezpieczeństwa żywności?
– Trudno mówić tu o zaskoczeniu. To raczej klasyczna sytuacja, którą można podsumować starym powiedzeniem: człowiek wiedział, a mimo wszystko miał nadzieję… Niestety, rzeczywistość po raz kolejny potwierdza ostrzeżenia, które od dawna formułowali zarówno rolnicy, jak i część analityków zajmujących się bezpieczeństwem żywności. Kilka miesięcy temu raport opublikowany przez DG SANTE wskazywał wprost, że państwa należące do bloku Mercosur mają poważne trudności z wiarygodnym potwierdzeniem standardów kontroli jakości w produkcji rolno-spożywczej.
Informacje z Bułgarii są więc raczej potwierdzeniem wcześniejszych wniosków niż sensacyjnym odkryciem. Po pierwsze, w wielu krajach Ameryki Południowej stosowane standardy ochrony roślin znacząco różnią się od tych obowiązujących w Unii Europejskiej. Po drugie, system nadzoru nad pozostałościami pestycydów oraz nad bezpieczeństwem żywności bywa tam znacznie słabszy niż w Europie. A po trzecie – i to jest być może najbardziej niepokojące – kontrole graniczne w samej Unii często okazują się niewystarczające.
Oznacza to, że system nie istnieje?
– W praktyce oznacza to, że system ochrony europejskiego rynku żywnościowego bywa dziurawy jak sito. Dopóki nie zostaną wzmocnione procedury kontrolne i dopóki Unia Europejska nie zacznie wymagać od partnerów handlowych rzeczywistej zgodności ze swoimi standardami produkcji, podobne przypadki będą się powtarzać. I wtedy każda kolejna informacja o przekroczeniach norm nie będzie sensacją, lecz kolejnym dowodem na to, że europejski system bezpieczeństwa żywności wciąż ma poważne luki.
Czy nie grozi nam, że sprawy bezpieczeństwa żywności nam spowszednieją? I będzie to trwać, dopóki nie wydarzy się tragedia?
– Mam nadzieję, że politycy potrafią jeszcze wykazać się odpowiedzialnością i nie pozwolą, by takie kwestie były bagatelizowane. Obecnie trudno nie być zaskoczonym, że w Polsce, a zwłaszcza w całej Unii Europejskiej, praktycznie nie toczą się poważne debaty o bezpieczeństwie żywności, która trafia na nasze stoły. Oczywiście członkowie Komisji Europejskiej – także jej przewodnicząca – mogą blokować otwartą dyskusję, ale po to mamy europarlamentarzystów i krajowych przedstawicieli do narodowych parlamentów, by inicjowali realne działania ustawodawcze, które faktycznie zwiększą ochronę konsumentów i podniosą standardy kontroli. Nie możemy czekać, aż dojdzie do tragedii, by reagować. Jako strona reprezentująca rolników i obserwator rynku będziemy głośno podnosić alarm w każdej sytuacji, która zagraża bezpieczeństwu żywności. Ważne jest, by politycy wykorzystali dostępne narzędzia, wprowadzili procedury kontrolne i ustawodawcze, zanim problem wymknie się spod kontroli. To nie jest kwestia ideologii – to fundamentalna odpowiedzialność za życie i zdrowie obywateli oraz stabilność całego rynku rolno-spożywczego.
Rolnicy mają tu realne pole do działania?
– Z perspektywy rolników odpowiedź jest jednoznaczna – tak, mamy tu ogromne pole do działania. Będziemy bez wahania podnosić alarm i informować opinię publiczną o każdej nieprawidłowości, bo niestety wciąż obserwujemy sytuacje, w których niebezpieczne produkty trafiają do obrotu, nawet jeśli skala zagrożenia na pierwszy rzut oka nie jest duża, jak miało to miejsce w przypadku wołowiny. Prawdziwy problem pojawia się w momencie, gdy partia skażonego produktu dostanie się do konsumenta i grozi realne niebezpieczeństwo dla życia. Wtedy odpowiedzialność polityczna staje się nieunikniona, a politycy nagle zaczynają traktować takie przypadki jak narzędzie propagandy, zamiast działać prewencyjnie. Dlatego kluczowe jest, by nie czekać na tragedię, lecz systematycznie dbać o bezpieczeństwo żywności już na etapie importu i kontroli, wykorzystując wszelkie dostępne mechanizmy i procedury, zanim problem wymknie się spod kontroli.
Pani Dyrektor, kiedy słyszymy o setkach ton ziemniaków czy pomidorów sprowadzanych do Polski, nasuwa się pytanie: czy polscy rolnicy nie mogliby sami wyprodukować takich ilości? A w kontekście importu z Argentyny słonecznika – czy nie jesteśmy w stanie produkować go na terenie Europy?
– Nie jesteśmy w stanie wyprodukować go w takiej skali ani w tak niskiej cenie, głównie z powodu restrykcji nakładanych na europejskich rolników. Duża część przepisów, które nas obowiązują, mają jednak sens – bowiem mają zapewnić, że nasiona słonecznika, a później produkty z nich wytwarzane, spełniają najwyższe standardy bezpieczeństwa i jakości. I tu pojawia się totalna hipokryzja – z jednej strony Europa wymaga rygorystycznych norm, z drugiej zaś dopuszcza import produktów, które moglibyśmy sami wytworzyć. Mamy przecież otwarty rynek wspólnotowy na produkty, które polscy rolnicy produkują bez problemu.
Tu powinna włączyć się świadomość konsumencka – trochę zdrowego patriotyzmu, wybierania polskich lub europejskich produktów, ale niestety rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Musimy być uwrażliwieni na oszustów. Często spotykamy się z fałszywym oznakowaniem żywności – ziemniaki sprowadzone z zagranicy bywają opatrzone etykietą „produkt polski”, co dodatkowo wprowadza w błąd konsumentów. Przed nami zatem trudny okres – musimy zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe, a jednocześnie umożliwić polskim rolnikom produkcję w warunkach ekonomicznie opłacalnych. I to bez presji, którą nakłada na nich Unia Europejska. To kwestia równowagi między jakością, bezpieczeństwem a realną możliwością wytwarzania krajowej żywności.
Rolnicy w Bułgarii alarmują, że sama informacja o statkach z importowanym słonecznikiem natychmiast wywołała spadek cen surowca, i to nawet o 10 proc. W sytuacji, gdy każdy grosz na wsi się liczy taki spadek jest zauważalny. To też dopiero wstęp do ewentualnych dalszych obniżek, gdy słonecznik już tu będzie. Czy rzeczywiście zawsze tak to wygląda i jakie są tego konsekwencje dla producentów?
– Niestety, tak. Zawsze działa to w ten sposób, że otwarcie rynku, nawet zanim towar faktycznie trafi na wspólnotowy rynek, staje się pretekstem do spekulacji. Ci, którzy obracają towarem, wykorzystują sytuację, by wywierać presję na polskich producentach – grożą, że kupią taniej z Ukrainy czy krajów bloku Mercosur. W praktyce oznacza to, że polski rolnik w tym roku będzie produkował w bardzo trudnych warunkach – wysokie ceny i ograniczona dostępność nawozów, paliwa czy innych środków produkcji – a w tym samym czasie cena, którą otrzyma od pośrednika czy sieci handlowej, będzie kształtowana pod kątem importu taniego surowca.
To co w takim razie z instytucjami, które zajmują się badaniem rynku – pod kątem niezachwianej konkurencji i przewagi?
– Europejskie mechanizmy nadzoru i obserwatoria rynku mogą co najwyżej wydawać komunikaty o perturbacjach, ale one niczego nie zmienią w praktyce – na Podlasiu czy w innych regionach kraju rolnik nadal otrzyma tyle, ile zdoła wynegocjować, często znacznie poniżej kosztów produkcji. To pokazuje, że problem nie leży tylko w cenach, ale w całym systemie dystrybucji i presji globalnego rynku, na którą lokalny producent praktycznie nie ma wpływu. Oczywiście, nakładane są kary – i bardzo dobrze, że są nakładane, każdego nieuczciwego przedsiębiorcę trzeba ścigać. Ale one sytuacji nie zmienią, bo po jednym nieuczciwym przedsiębiorcy, który proponuje rolnikom niskie ceny, pojawia się drugi. Zmian wymaga cały system. Trzeba to wszystko utworzyć od nowa – na każdym etapie: od produkcji po trafienie żywności na talerz.
Na koniec, Pani Dyrektor, mechanizmy ochronne, o których Unia Europejska mówiła przy okazji umowy z Mercosur – czy one w praktyce w ogóle zadziałają i zabezpieczą polskich producentów przed nagłymi spadkami cen?
– Niestety, w obecnym kształcie są zdecydowanie niewystarczające. Problem zaczyna się już na poziomie definicji tzw. podmiotu wrażliwego czy sektora wrażliwego – mechanizmy przewidują, że dopiero po zebraniu i uzgodnieniu danych przez całą grupę rynkową można stwierdzić faktyczny spadek cen. To oznacza, że spadek ceny w Polsce niekoniecznie musi odzwierciedlać sytuację w innych krajach, które nie są tak podatne na spekulacje. Polska, gdzie handel rolniczy w dużej mierze znajduje się w rękach zagranicznych podmiotów, jest w tym zakresie wyjątkowo wrażliwa. W praktyce więc te mechanizmy ochronne mogą okazać się jedynie symboliczne – formalnie istnieją, ale realnie nie zabezpieczą naszych producentów przed nagłymi, destabilizującymi wahaniami rynku. To pokazuje, że bez realnej interwencji krajowej i strategicznej ochrony rynku polski rolnik pozostaje w tej grze praktycznie bezbronny. I nie uważam, żeby Komisja Europejska była w jakikolwiek sposób zainteresowana tym, aby chronić polskie rolnictwo na wypadek destabilizacji sytuacji na rynku w wyniku importu żywności z krajów Mercosur. To nie miało miejsca po pojawieniu się żywności z Ukrainy i nie będzie miało miejsca teraz. Jedyną nadzieją są ostre protesty, które mogą zmusić Komisję Europejską do większej troski o to, co dzieje się w systemie produkcji żywności. Jeżeli zabraknie europejskich rolników, nie wytrzymają konkurencji, to wówczas sytuacja kontynentu będzie tragiczna, bardzo tragiczna. I szkoda tylko, że osoby odpowiadające za bieżącą politykę Wspólnoty oraz kreowanie przyszłości ignorują podstowowe fakty.