• Piątek, 13 marca 2026

    imieniny: Krystyny, Bożeny, Rodryga

Chrześcijanie bez prawa do wyznawania religii

Piątek, 13 marca 2026 (14:48)

Z dr. Arturem Dąbrowskim, prezesem Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej, rozmawia Rafał Stefaniuk

Stolica Apostolska alarmuje, że blisko 400 milionów chrześcijan na świecie doświadcza prześladowań lub przemocy z powodu swojej wiary, a w samym 2025 roku niemal 5 tysięcy osób zostało zabitych tylko dlatego, że byli chrześcijanami. Czy te liczby nie powinny wstrząsnąć opinią publiczną
na całym świecie?

– To są dane, które naprawdę powinny zatrzymać nas
na chwilę i zmusić do poważnej refleksji. Mówimy przecież o sytuacji, w której każdego dnia ginie kilkanaście
osób tylko dlatego, że wyznają określoną religię
– chrześcijaństwo. Trudno znaleźć bardziej jaskrawy przykład łamania podstawowego prawa człowieka, jakim jest wolność sumienia i wyznania. I właśnie dlatego te informacje nie powinny być jedynie statystyką w kolejnym raporcie organizacji międzynarodowej. To temat, który zasługuje na poważną debatę w przestrzeni publicznej i na forum instytucji międzynarodowych. Co więcej, warto przy tej okazji postawić kilka niewygodnych pytań. W świecie zachodnim bardzo chętnie mówi się dziś o różnych formach dyskryminacji, często tworząc wokół nich ogromne kampanie polityczne i medialne. Tymczasem w wielu miejscach globu ludzie są prześladowani, wypędzani
ze swoich domów, a nawet zabijani wyłącznie z powodu wiary chrześcijańskiej. To nie jest spór ideologiczny ani akademicka dyskusja – to brutalna rzeczywistość, która dotyka miliony ludzi. Dlatego te liczby rzeczywiście są przerażające. Ale jeszcze bardziej niepokojące jest to,
jak często przechodzą bez większego echa. Jeśli organizacje międzynarodowe chcą wiarygodnie mówić
o prawach człowieka, powinny z równą determinacją reagować na prześladowania religijne. Bo trudno mówić
o uniwersalnych standardach wolności, gdy jednocześnie setki milionów ludzi na świecie żyją w strachu tylko dlatego, że wierzą.

Z punktu widzenia prawa międzynarodowego, czy chrześcijanie
w tych krajach są ofiarami naruszeń
praw człowieka?

– Tak, bez wątpienia. Prawo do wyznawania religii to fundament zapisany w większości deklaracji, konstytucji
i traktatów międzynarodowych. A jednak w wielu miejscach na świecie te prawa są systematycznie łamane. Weźmy choćby kraje muzułmańskie, gdzie chrześcijanie często spotykają się z podwójnym obciążeniem podatkowym – płacą wyższe daniny wyłącznie z powodu swojej wiary. To nie jest teoretyczna kwestia – to realne ograniczenie wolności, które w praktyce oznacza dyskryminację, prześladowanie, a czasem nawet śmierć.
Te dane są szokujące i nie można ich lekceważyć. Każde bezczynne przyglądanie się temu zjawisku to jasny sygnał dla sprawców, że świat nie zwraca uwagi na ich działania. A dla nas, jako obserwatorów i członków wspólnoty międzynarodowej, jest to kwestia fundamentalna. Mówimy o ludziach, którzy ryzykują życie, pozostając wiernymi swoim przekonaniom, i o państwach, które powinny stać na straży praw człowieka, a zamiast tego dopuszczają
do jawnej dyskryminacji i przemocy. To nie może pozostać tylko tematem refleksji – wymaga zdecydowanej reakcji
i realnego wsparcia dla ofiar.

Dlaczego w czasach, kiedy tak dużo mówi się o prawach człowieka, wiele państw odchodzi od swoich obowiązków i nie realizuje gwarancji wolności religijnej
i przekonań?

– Problem jest głęboko ideologiczny. Wpływ tzw. marksizmu kulturowego jest dziś tak silny, że wielu decydentów uważa wiarę za prywatną sprawę jednostki
– ale prawa państwowe, w tym podatki czy regulacje, mają obowiązywać wszystkich jednakowo. W praktyce oznacza to jasną dyskryminację: obywatele są traktowani gorzej wyłącznie dlatego, że są chrześcijanami. To nie jest kwestia religijnego sporu – to złamanie podstawowej zasady prawa, które nie może jednych chronić, a innych poniżać. Przykłady są rażące: ataki na miejsca kultu innych wspólnot wywołują natychmiastową reakcję mediów
i władz, tymczasem przypadki wobec chrześcijan
często pozostają niedostrzegane, minimalizowane
lub przemilczane. To pokazuje głęboką dysproporcję
i intelektualną nieprawidłowość w postrzeganiu zagrożeń
– prawo i społeczeństwo powinny reagować równomiernie, niezależnie od wyznania, a dziś widzimy, że chrześcijanie są w wielu miejscach systematycznie pomijani
i marginalizowani.

Bezkarność sprawców prześladowań chrześcijan to jeden z największych problemów dzisiaj w skali globu?

– Tak, bez wątpienia bezkarność jest ogromnym problemem, ale nie tylko ona. Chodzi o system prawny, który nie chroni wierzących w równym stopniu, jak chroni np. osoby świeckie czy inne mniejszości. W wielu krajach, jak choćby we Francji, symbole religijne bywają atakowane, pomniki czy przedmioty kultu – na przykład św. Jana Pawła II – są usuwane lub dewastowane,
bo państwo uznaje wiarę za prywatną sprawę obywatela. Szkoda że kwestia podatków płaconych przez chrześcijan nie jest sprawą prywatną, ale już państwową. Tymczasem państwo powinno chronić wszystkich swoich obywateli, niezależnie od wyznania. Jeżeli tej ochrony nie ma, mamy do czynienia z systemem patologicznym: prawo i władza interesują się głosami wyborców w sensie politycznym,
ale w sprawach religijnych pozostają obojętni, ignorując faktyczne zagrożenia. Do tego dochodzi lęk wobec niektórych wyznań, np. islamu, które są radykalne,
co jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Państwo zamiast chronić, odsuwa problem, a chrześcijanie pozostają bez realnej ochrony.

Spory o choinki, szopki w przestrzeni miejskiej czy o świętą rodzinę na pocztówkach instytucji europejskich
to tylko jałowa, bezpodstawna debata?

– Absolutnie nie. Oni będą mówić o neutralności światopoglądowej, o jakimś „neutrum”, ale zapominają,
na czym Europa się ukształtowała. Jej korzenie są chrześcijańskie – od starożytności przez średniowiecze
po współczesność. Gdyby zamknąć wszystkie kościoły
i wyrugować symbole religijne z przestrzeni publicznej, Europa stałaby się pustym muzeum: nie byłoby się
czemu przyglądać, nie byłoby żadnego świadectwa historii
i kultury. To, co dziś nazywa się „neutralnością”, w praktyce wyjaławia nas z własnej tożsamości i historii. Poprawność polityczna i ingerencja instytucji europejskich – Unii Europejskiej czy urzędów państwowych – coraz częściej traktują chrześcijańskie symbole jako „mowę nienawiści”. Choinka, szopka, wizerunek Jezusa czy Maryi – dla wielu
to proste, naturalne znaki świąt, ale dziś stają się kwestionowane. Ta „neutralność” nie chroni nikogo,
ona pozbawia społeczeństwa fundamentów, na których Europa się zbudowała, i to jest problem dużo głębszy
niż dyskusja o dekoracjach czy kartkach pocztowych.

Program religii w szkołach Dolnej Saksonii wywołał w Niemczech spore emocje.
W nowym planie nauczania dla klas 5-10
z ponad 130 obowiązkowych tematów zaledwie kilka dotyczy bezpośrednio Jezusa, natomiast pojawiają się zagadnienia związane z szariatem, buddyjską medytacją, celami klimatycznymi ONZ czy kwestiami tożsamości płciowej. Zwolennicy mówią
o dostosowaniu edukacji do różnorodnego społeczeństwa, krytycy – o świadomym odchodzeniu od chrześcijańskich korzeni. Jak Pan, jako nauczyciel i osoba wierząca, patrzy na tę zmianę?

– Powiem wprost: hasło „mniej Jezusa, więcej szariatu
i klimatu” wcale nie jest publicystyczną przesadą,
tylko opisem tego, co dzieje się dziś w części zachodnioeuropejskiej edukacji. Widać tu dwa bardzo wyraźne procesy. Po pierwsze, konsekwentne wypychanie chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej. Po drugie, natychmiastowe wypełnianie powstałej pustki innymi ideologiami. Historia pokazuje, że taka próżnia nigdy
nie trwa długo. Jeśli społeczeństwo odrzuca własne fundamenty kulturowe, ktoś lub coś bardzo szybko zajmuje ich miejsce. Niemcy przez dekady budowali projekt wielokulturowości i dziś nawet wielu tamtejszych polityków przyznaje, że był to eksperyment obarczony poważnymi błędami. Tymczasem w edukacji widać ruch w przeciwnym kierunku: zamiast wzmacniać własną tradycję, rozmywa się ją i zastępuje zestawem ideologicznych wątków, które mają stworzyć nową tożsamość. Gdy z programu religii znika Chrystus, a w jego miejsce pojawia się szariat,
cele klimatyczne czy rozmaite konstrukty ideologiczne,
nie jest to już neutralna edukacja religijna. To jest zmiana cywilizacyjnego punktu odniesienia.Dochodzi do tego jeszcze jedno zjawisko. W części środowisk, także kościelnych w Europie Zachodniej, obserwujemy coś,
co można by nazwać nową religią klimatu. Zamiast pytań
o Stwórcę, sens istnienia czy fundamenty moralności pojawia się quasi-teologiczna narracja o planecie, emisjach i ekologicznej winie człowieka. Nie chodzi o to, że troska
o środowisko jest czymś złym – przeciwnie,
jest naturalnym obowiązkiem człowieka.

Problem zaczyna się wtedy, gdy z troski
robi się ideologię, a z ideologii nowy
system wiary?

– Najbardziej zastanawia jednak postawa części niemieckiego Kościoła. Jeśli państwo zaczyna wchodzić
w program nauczania religii i redukować w nim obecność Chrystusa, a instytucje kościelne nie reagują stanowczo,
to rodzi się bardzo poważne pytanie o ich własną tożsamość. Bo religia bez odniesienia do Chrystusa przestaje być chrześcijaństwem, staje się po prostu zbiorem ogólnych refleksji o duchowości. A wtedy rzeczywiście może ją zastąpić wszystko – od ideologii klimatycznej po dialog międzyreligijny rozumiany w sposób całkowicie pozbawiony fundamentów. Spór o program nauczania w Dolnej Saksonii jest w gruncie rzeczy
znacznie poważniejszy, niż się wydaje. To nie jest tylko pedagogiczna korekta sylabusa. To jest pytanie o to,
czy Europa chce jeszcze opierać swoją tożsamość na chrześcijańskich korzeniach, czy też świadomie z nich rezygnuje. Bo historia uczy jednej rzeczy: cywilizacje, które odcinają się od własnych fundamentów, bardzo szybko zaczynają budować nowe. I często kończy się to tym, że po kilku pokoleniach nie tylko zmienia się język debaty publicznej, ale zmienia się także sama kultura. Wtedy pytanie o to, czy Europa pozostanie chrześcijańska, przestaje być retoryczne. Staje się pytaniem o to,
czy pozostanie w ogóle Europą w tym sensie,
w jakim znaliśmy ją przez ostatnie tysiąc lat.

Eksperci podkreślają, że w Europie nie mamy dziś do czynienia z otwartą walką
z chrześcijaństwem, lecz raczej z procesem znacznie subtelniejszym – ograniczaniem jego obecności w przestrzeni publicznej
w sposób elegancki, administracyjny, wręcz w białych rękawiczkach. Czy właśnie tak wygląda współczesna forma prześladowania religijnego w Europie?

– W mojej ocenie dokładnie tak to dziś wygląda.
Nie ma już brutalnych zakazów ani otwartych prześladowań, które znamy z historii, chociaż akty
agresji się zdarzają, także w Polsce. Zamiast tego pojawia się metoda znacznie bardziej wyrafinowana. Wystarczy decyzja administracyjna, rozporządzenie ministerialne
albo nowy program nauczania i nagle okazuje się,
że w podręczniku do religii jest miejsce na niemal wszystko – na duchowość Wschodu, na dyskusje o klimacie,
na różnego rodzaju koncepcje tożsamościowe 
– tylko nie na Chrystusa, który przecież stanowi sedno chrześcijaństwa. W praktyce oznacza to jedno: Kościół
ma mówić o wielu tematach pobocznych, ale o własnym fundamencie najlepiej jak najmniej. A wtedy bardzo szybko dochodzi do zjawiska, które już obserwujemy
w Europie Zachodniej. Wspólnota religijna zaczyna się przekształcać w coś na kształt organizacji społecznej czy charytatywnej. Zamiast mówić o grzechu, zbawieniu czy odpowiedzialności człowieka przed Bogiem, coraz częściej mówi się o aktywizmie klimatycznym, o projektach społecznych, o rozmaitych ideach, które mają niewiele wspólnego z teologią.

Nawet język zaczyna się zmieniać?

– Zamiast refleksji nad grzechem osobistym czy nad tym, co chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat nazywało grzechem pierworodnym, pojawiają się nowe konstrukty
– na przykład „grzech klimatyczny”, czyli przekonanie,
że największym moralnym problemem człowieka jest jego wpływ na środowisko. W tym wszystkim paradoks polega na tym, że proces ten odbywa się bez wielkich sporów
i dramatycznych deklaracji. Wystarczy kilka decyzji programowych, kilka ideologicznych akcentów w edukacji, kilka subtelnych zmian w języku debaty publicznej. I nagle okazuje się, że Chrystus, który przez stulecia był punktem odniesienia dla całej cywilizacji europejskiej, zaczyna być traktowany jak temat niewygodny, który najlepiej schować na marginesie. Dlatego uważam, że słowa Ewangelii o tym, by nie wstydzić się swojej wiary, nabierają dziś zupełnie nowego znaczenia. Bo w świecie, w którym chrześcijaństwo nie jest już otwarcie zwalczane, lecz raczej systematycznie rozmywane i wypychane z centrum debaty, największym zagrożeniem nie jest prześladowanie wprost. Największym zagrożeniem jest cicha zgoda na to,
by o Chrystusie mówić coraz rzadziej – aż w końcu przestanie się o Nim mówić w ogóle. I to jest pytanie
nie tylko dla Niemiec. To jest pytanie dla całej współczesnej Europy. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk