• Sobota, 7 marca 2026

    imieniny: Perpetuy, Felicyty, Tomasza

Przyszłość rynku rolno-spożywczego

Piątek, 6 marca 2026 (09:13)

Rozmowa z Edwardem Kosmalem, wiceprzewodniczącym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”

 

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Polska sprowadziła
w 2025 roku około 237 tysięcy ton pomidorów, głównie z Holandii, Hiszpanii i Niemiec, a wartość importu sięgnęła
1,87 miliarda złotych. Tak wysoki poziom importu podstawowych warzyw nie powinien budzić poważnych pytań o stan krajowego rynku żywnościowego?

– To są kwoty, które w skali pojedynczych gospodarstw mogą robić wrażenie, ale jeszcze ważniejsze jest zjawisko, które za nimi stoi. Problem polega nie tylko na wartości importu, lecz przede wszystkim na strukturze rynku. W Polsce w ostatnich latach bardzo mocno rozwinęły się wielkopowierzchniowe sieci handlowe, głównie kontrolowane przez zagraniczny kapitał, który tworzy własne, rozbudowane systemy logistyczne. W praktyce oznacza to, że część towaru jest sprowadzana z centrów dystrybucyjnych powiązanych z właścicielami sieci, co ogranicza udział krajowych producentów w łańcuchu dostaw. Oczywiście można wzmocnić system kontroli jakości żywności, zwiększyć rolę instytucji sanitarnych i nadzorczych, ale sam mechanizm handlu jest dziś w dużej mierze wynikiem wcześniejszych decyzji gospodarczych. Polska gospodarka handlowa w znacznym stopniu oddała przestrzeń rodzimym sklepom, a ich liczba w relacji do wielkich sieci jest niewielka, co w naturalny sposób ogranicza możliwość budowania silnych kanałów dystrybucji dla krajowych produktów rolnych. Niepokojące są również dane dotyczące innych warzyw. Przykładowo import ziemniaków z Niemiec osiągnął poziom około 180 tysięcy ton, co w kraju o tradycyjnie silnym rolnictwie ziemniaczanym musi rodzić pytania o konkurencyjność i organizację rynku. W państwie o tak dużym potencjale rolniczym masowy import podstawowych produktów spożywczych wygląda co najmniej paradoksalnie. To w dłuższej perspektywie może osłabiać bezpieczeństwo żywnościowe oraz stabilność dochodów krajowych producentów. Dlatego debata nie powinna skupiać się wyłącznie na liczbach importu, lecz także na tym, jak odbudować zdolność polskiego rolnictwa do skutecznej konkurencji na własnym rynku.

Lista powodów, dla których polski rolnik przegrywa – na własnym podwórku – z zagraniczną konkurencją pochodzącą z krajów UE jest dłuższa?

– Można powiedzieć, że na zjawisko składa się kilka nakładających się czynników. Po pierwsze, w części przypadków mamy do czynienia z produkcją realizowaną w krajach zachodnich, gdzie funkcjonują systemy wsparcia rolnictwa umożliwiające sprzedaż towaru po bardzo niskich cenach. W praktyce wygląda to tak, że rolnik otrzymuje dopłaty lub zwrot części kosztów, co pozwala mu sprzedać produkty nawet za symboliczną cenę, czasem w okolicach jednego eurocenta, pod warunkiem formalnego udokumentowania transakcji eksportowej. Taki mechanizm powoduje, że towary trafiają na rynki Europy Środkowej w cenach, z którymi krajowa produkcja często nie jest w stanie konkurować. Problem polega jednak nie tylko na samym imporcie, ale także na strukturze rynku handlowego. Część pośredników, nie tylko w Polsce, wykorzystuje różnice cenowe, sprowadzając towary bardzo tanio, a następnie sprzedając je z wysoką marżą.            W efekcie krajowy producent znajduje się w sytuacji podwójnie trudnej, bo z jednej strony musi konkurować z subsydiowaną produkcją zagraniczną, a z drugiej – funkcjonuje w systemie handlu, w którym dominują duże podmioty logistyczne i sieciowe.

Od lat pojawia się postulat repolonizacji kluczowych segmentów sektora żywnościowego, nie tylko przetwórstwa, lecz także handlu. I co z tym?

– Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że bez większego udziału krajowego kapitału w dystrybucji żywności Polska będzie miała ograniczoną zdolność ochrony własnej produkcji rolnej. W tym kontekście wskazuje się na potrzebę budowy silnych narodowych struktur przetwórczych i handlowych, które mogłyby stabilizować rynek i wzmacniać pozycję rolników. Szczególnie niepokojąca jest sytuacja w sektorze skupu zbóż, gdzie w ostatnich latach doszło do upadłości wielu małych firm pośredniczących, zwłaszcza w części regionów zachodniopomorskich. W praktyce oznacza to dramatyczny scenariusz dla rolników, którzy oddali zboże do skupu, a następnie znaleźli się w sytuacji, w której podmioty pośredniczące ogłaszają niewypłacalność, pozostawiając producentów bez zapłaty. Przy niskich cenach skupu i rosnących kosztach produkcji taka sytuacja prowadzi do stopniowego osłabiania polskiego rolnictwa. Najbardziej niepokojące w całej sprawie jest poczucie braku skutecznej reakcji instytucji państwowych. Rolnicy sygnalizują trudności w dialogu z administracją, a brak widocznych, systemowych działań w zakresie stabilizacji rynku rolnego pogłębia frustrację środowisk wiejskich. Jeśli nie pojawią się rozwiązania strukturalne, problem może narastać. Rynek żywnościowy w globalnej gospodarce coraz bardziej przypomina pole bardzo twardej konkurencji, w której słabsze ogniwa łańcucha produkcji po prostu znikają.

Pojawiła się idea, aby Polska poprzez narodową grupę spożywczą przejęła sieć handlową Carrefour. To mogłoby być traktowane jako realny kierunek strategicznego wzmacniania krajowego rynku żywnościowego?

– Osobiście patrzę na ten pomysł pozytywnie w sensie strategicznym, choć oczywiście jego realizacja wymagałaby bardzo starannego przygotowania prawnego, finansowego i organizacyjnego. Idea, aby krajowy sektor żywnościowy posiadał silnego operatora handlowego, mogłaby wzmocnić pozycję polskich producentów i stworzyć coś na kształt narodowego huba dystrybucyjnego, którym mogłaby stać się na przykład Krajowa Grupa Spożywcza. Taka struktura mogłaby nie tylko zwiększyć udział krajowego kapitału w handlu, ale także ograniczyć skalę uzależnienia od zagranicznych kanałów sprzedaży. Obecnie znacząca część przepływów finansowych z sektora handlu detalicznego trafia poza Polskę. Wskazuje się, że każdego roku z rynku żywnościowego mogą być transferowane za granicę setki milionów złotych, co wynika z faktu, że część dużych sieci handlowych jest w rękach obcego kapitału. Często w jurysdykcjach o bardziej korzystnych systemach podatkowych, takich jak Cypr czy inne centra finansowe. W praktyce oznacza to, że zysk wypracowany w Polsce nie pozostaje w polskim systemie gospodarczym.

Najważniejszym argumentem ekonomicznym jest jednak kwestia bezpieczeństwa żywnościowego i zdolności państwa do kształtowania własnego rynku rolnego?

–  Jeśli kraj posiada silną strukturę dystrybucji kontrolowaną przez podmioty krajowe, łatwiej jest stabilizować ceny, wspierać lokalnych producentów i ograniczać presję importową. Oczywiście taki projekt musiałby być prowadzony w sposób rynkowy, bez administracyjnego wypychania konkurencji, bo historia gospodarcza pokazuje, że nadmierna centralizacja handlu bywa równie niebezpieczna jak jego całkowita liberalizacja. Dlatego kluczowe nie jest samo hasło przejęcia jednej konkretnej sieci, lecz stworzenie długofalowej strategii budowy silnego krajowego systemu dystrybucji żywności. W przeciwnym razie projekt może zostać sprowadzony do politycznego symbolu, a nie realnego narzędzia wzmacniania polskiej gospodarki. Jeśli natomiast zostanie zaplanowany jako element szerokiej polityki rolno-
-żywnościowej, może stać się jednym z istotnych filarów ochrony krajowego rynku w coraz bardziej konkurencyjnym świecie.

Dlaczego według Pana rząd zrezygnował z prób przejęcia sieci Carrefour?

– Trudno jednoznacznie wskazać prawdziwe powody, ale w praktyce można odnieść wrażenie, że zabrakło przede wszystkim dobrze przygotowanego zaplecza eksperckiego, finansowego i organizacyjnego, które pozwoliłoby taki projekt realnie przeprowadzić. Wbrew politycznym deklaracjom przejęcie dużej międzynarodowej sieci handlowej to nie jest operacja administracyjna, lecz skomplikowana transakcja korporacyjna wymagająca ludzi, którzy rozumieją globalny handel, logistykę i mechanizmy zarządzania wielkoskalowymi strukturami dystrybucji. Polskie Stronnictwo Ludowe takiego zaplecza nie ma. Tam już od dawna brakuje ludzi kompetentnych. Moim zdaniem, gdyby państwo chciało poważnie myśleć o takim ruchu, potrzebowałoby zespołu o kompetencjach porównywalnych z tym, jak funkcjonują menedżerowie dużych grup energetycznych czy logistycznych. W Polsce wskazywano czasem na sukcesy grup kapitałowych budowanych wokół spółek takich jak PKN Orlen, pokazując, że możliwe jest stworzenie podmiotu o zasięgu międzynarodowym, jeśli zarządzanie jest stabilne i oparte na profesjonalnej strategii.

Gdyby kto inny rządził Polską, ten projekt byłby podjęty?

– Gdyby kierowanie przygotowaniem przejęcia grupy Carrefour, a także późniejsze kierowanie nią trafiło w ręce Daniela Obajtka, to polskie rolnictwo by odżyło. Były prezes Orlenu zna się na rolnictwie, był prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Przeprowadziłby też tą transakcję. PSL ekspertów nie ma i jest jak jest. I tak jest na wielu płaszczyznach. Problem polega na tym, że sektor, który miał stać się fundamentem narodowej dystrybucji żywności, czyli Krajowa Grupa Spożywcza, wciąż nie uzyskał pełnej zdolności operacyjnej. Pojawiały się informacje o planowanych środkach inwestycyjnych, ale ich uruchomienie było opóźnione, a sama struktura organizacyjna pozostawała w stanie niepewności. Bez stabilnego zarządu i długofalowego finansowania trudno budować jakąkolwiek poważną korporację handlową. Niepokoi mnie również to, że w debacie publicznej projekt narodowej konsolidacji sektora spożywczego zaczął być traktowany bardziej jako element wojny politycznej, a przecież jest to ważny element realnej strategii gospodarczej. Jeśli nie stworzymy profesjonalnej kadry zarządzającej i nie opracujemy spójnego planu rozwoju, ryzykujemy, że lata wcześniejszych wysiłków związanych z utrzymaniem krajowych cukrowni i struktur przetwórczych zostaną w praktyce zaprzepaszczone, a rynek żywnościowy jeszcze silniej uzależni się od zagranicznych centrów logistycznych.

Każdego roku Polska sprowadza setki tysięcy ton żywności z innych krajów. Naszą rozmowę rozpocząłem od pomidorów, a Pan zwrócił uwagę na ziemniaki. Gdyby pozwolono rolnikom normalnie pracować, to bylibyście w stanie produkować to, co jest dzisiaj sprowadzane? Dodatkowe setki tysięcy ton?

–  W bardzo krótkim czasie. Polski sektor rolny dysponuje naprawdę dużym potencjałem produkcyjnym. I to pomimo tego, że przez ostatnie lata był on systematycznie ograniczany przez presję cenową i konkurencję towarów sprowadzanych z zagranicy. Wiele zależy od otoczenia rynkowego i stabilności zasad handlu, bo polscy rolnicy są fachowcami w swojej dziedzinie i potrafią osiągać bardzo wysokie plony zarówno w produkcji warzyw, jak i w uprawach, takich jak ziemniaki czy zboża. Problem polega na tym, że liberalizacja importu, także w ramach umów handlowych z partnerami spoza kraju, doprowadziła do sytuacji, w której krajowy rynek został zalany tańszym towarem, a lokalni producenci zaczęli funkcjonować pod ogromną presją ekonomiczną. Jeśli polityka państwa stworzyłaby stabilne warunki dla rolnictwa, polska wieś mogłaby przejść głęboką transformację gospodarczą. Obecnie co roku miliardy złotych odpływają na zakup zagranicznych produktów spożywczych, zamiast zasilać rodzimą produkcję i przetwórstwo. Szczególnie dramatyczna jest sytuacja wielu gospodarstw, które znajdują się dziś w bardzo trudnym położeniu finansowym. Brak dostępu do kredytów obrotowych powoduje, że część rolników nie ma środków nawet na rozpoczęcie cyklu produkcyjnego w kolejnym sezonie. Gdybyśmy mogli produkować i uczciwie sprzedawać, to kredyty nie byłyby potrzebne. Wielokrotnie apelowaliśmy o uruchomienie instrumentów wsparcia, które pozwoliłyby regulować zobowiązania i utrzymać płynność finansową gospodarstw, ale systemowa odpowiedź państwa pozostaje niewystarczająca. W praktyce oznacza to, że wielu producentów stoi dziś na granicy bankructwa. Jeśli nie pojawi się długofalowy program odbudowy krajowego przetwórstwa i dystrybucji żywności, to polska wieś może stopniowo tracić zdolność konkurencji wobec globalnych sieci handlowych.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”