• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Finał wygra Borussia

Czwartek, 23 maja 2013 (02:09)

Z Jerzym Brzęczkiem, byłym piłkarzem reprezentacji Polski, wujem i menedżerem Jakuba Błaszczykowskiego, rozmawia Piotr Skrobisz

Spodziewał się Pan awansu Borussii Dortmund do finału Ligi Mistrzów?

– Nikt nie stawiał na taki finał. Z drugiej strony, jeśli prześledzić drogę obu drużyn, czyli Borussii i Bayernu, to trzeba powiedzieć, że na grę na Wembley zasłużyły. W kończącym się powoli sezonie Ligi Mistrzów były bowiem najlepszymi zespołami, prezentowały najwyższy poziom.

Bardziej Pana zaskoczył awans dortmundczyków czy fakt, że finał będzie wewnętrzną sprawą ekip niemieckich?

– 50 na 50, pół na pół. Bayern był stawiany w roli kandydata do awansu, chociaż wyżej oceniano Barcelonę, Real czy Manchester United. O Borussii w podobnych kategoriach nie mówiono. Jednak już mecze w fazie grupowej pokazały, że dysponuje ona ogromnym potencjałem. Że jej siłą jest kolektyw, drużyna, w której jest wielu znakomitych zawodników, ale każdy walczy za kolegę, dla wspólnego dobra. Mam nadzieję, że w sobotę te cechy raz jeszcze jej pomogą.

Faworytem będzie jednak Bayern.

– Zgoda, lecz na tym polega piękno piłki, że nie zawsze faworyci wygrywają. Trzeba oddać Bayernowi należny mu szacunek, bo w tym sezonie prezentował się doskonale. Bundesligę wygrał w wielkim stylu, Barcelonę w półfinale Ligi Mistrzów wręcz zdeklasował.

W ogóle ostatnie miesiące pokazały prawdziwą potęgę Bundesligi. Stała się ona jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą ligą europejską, a już na pewno najzdrowszą, jeśli chodzi o ekonomię, finanse.

Bayern ma w ogóle jakieś słabości?

– Niewiele, ale ma. Jak każdy. Nie skupiajmy się jednak na słabościach Bayernu, tylko na sile Borussii. Dortmundczycy pokazali w kilku ostatnich sezonach, że potrafią grać z tym przeciwnikiem. Zdobyli dwa tytuły mistrzów Niemiec, zdemolowali Bayern w finale pucharu. Te wyniki straszliwie podrażniły ego Bawarczyków i jestem przekonany, że przełożyły się w bezpośredni sposób na wzrost ich potęgi. Teraz atmosfera między oboma klubami jest dodatkowo napięta przez transfer Mario Goetzego, spekulacje na temat Roberta Lewandowskiego, różnego rodzaju złośliwości, uszczypliwości.

Borussia w poprzednim sezonie błyskawicznie, w kiepskim stylu pożegnała się z Ligą Mistrzów, teraz ma szanse ją wygrać. Jak to możliwe?

– Borussia jest od lat mądrze i konsekwentnie budowana. Ogromna w tym zasługa trenera Kloppa, człowieka charyzmatycznego, z niesamowitą wiedzą. Sprowadza zawodników młodych, najczęściej bez wielkich nazwisk, ale z talentem i charakterem. Dba o to, by tworzyli atmosferę zarówno na boisku, jak i poza nim. Na palcach można policzyć transfery, na które Borussia wydała grube miliony, oraz nietrafione. W ciągu ostatnich dwóch lat opuścili ją za to zawodnicy, wydawało się, nie do zastąpienia. Lucas Barrios, najlepszy strzelec, oraz Shinji Kagawa, dyrygent, kapitalny rozgrywający. I co, czy ktoś ich jeszcze pamięta i za nimi tęskni? Nie, bo drużyna gra lepiej!

Pamiętam, gdy przed laty pracowaliśmy nad transferem Kuby do Borussii, znajdowała się ona w drugiej części tabeli. Miała za sobą trudny okres, ba, był przecież moment, gdy do jej drzwi pukali wierzyciele. Od tego czasu dwukrotnie wygrała Bundesligę, zdobyła Puchar Niemiec, awansowała do finału Ligi Mistrzów i może w nim zwyciężyć. To niewiarygodne.

Jakub Błaszczykowski powiedział kiedyś, że w Borussii nie tylko piłkarze, ale zwykli, szeregowi pracownicy, choćby administracyjni, muszą do siebie pasować charakterologicznie.

– Nie znam wszystkich, więc trudno mi odpowiedzieć (śmiech). Na pewno jednak charakter to wielka siła zespołu Kloppa. W piłce, grach zespołowych w ogóle, liczą się bowiem nie tylko umiejętności. Równie ważny jest charakter. Można mieć do dyspozycji grupkę zawodników nieco słabszych indywidualnie, ale tworzących silną, zgraną ekipę, walczących jeden za drugiego, odkładających na bok własne ambicje i autopromocję. Taka właśnie jest Borussia. Tam nie ma miejsca na „gwiazdorzenie”, granie dla siebie.

Czuje Pan dumę z tego, że Kuba jest dziś jedną z legend Borussii?

– Tak jak wspomniałem, gdy do niej przechodził, nie była potęgą ani pod względem sportowym, ani ekonomicznym. Było jednak jasne, że to zbyt wielki klub, ze zbyt wielkim potencjałem ludzkim i historycznym, by ten stan mógł trwać w nieskończoność. Kuba przeszedł całą drogę, aż do miejsca, w którym Borussia znajduje się dziś. Prócz niego była ona udziałem tylko Sebastiana Kehla i Romana Weidenfellera. Kibice to wiedzą i doceniają. Doceniają jego wkład w sukcesy, zaangażowanie, serce. Myślę, że to wspaniała i zasłużona nagroda za to, jakim jest piłkarzem i człowiekiem.

Sobotni finał będzie wewnętrzną sprawą drużyn niemieckich, ale wielką także dla nas, Polaków.

– To prawda, nasza trójka w Borussii to prawdziwy fenomen. Żaden polityk dla polepszenia wizerunku Polaków w Niemczech nie zrobił tyle, co Kuba, Robert i Łukasz. Pamiętamy przecież doskonale, w jaki sposób na nas tam patrzono, jakie dominowały stereotypy, jak nas obrażano, traktowano. Dziś polski znaczy dumny, znaczy dobry.

Co może zadecydować o wyniku finału?

– Obie drużyny będą perfekcyjnie przygotowane pod względem taktycznym, motorycznym, fizycznym. Także psychicznym, choć presja będzie gigantyczna. Bayern w ostatnich latach dwukrotnie grał o Puchar Europy, bez powodzenia, jednak nie sądzę, by miało to znaczenie. Może zadecydować dyspozycja dnia, jedna indywidualna akcja któregoś z zawodników.

Spodziewa się Pan pięknego, otwartego widowiska czy brutalnego meczu walki?

– W tym meczu będzie wszystko. Piękne akcje, wielkie emocje, walka do upadłego, wyrachowanie, podteksty, gra psychologiczna.

Jaki wynik Pan obstawia?

– 2:1 dla Borussii.

Dziękuję za rozmowę.