• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Zlecenie ze składką

Czwartek, 23 maja 2013 (02:06)

Rząd podejmie wkrótce pracę nad projektem oskładkowania umów-zleceń.

Wiceminister pracy i polityki społecznej Marek Bucior poinformował wczoraj, że w ramach Komisji Trójstronnej kończą się konsultacje projektu ustawy w tej sprawie. Jeśli stanie się obowiązującym prawem, wówczas składki na ubezpieczenie społeczne – emerytalne i rentowe, zapłacą również członkowie rad nadzorczych, którzy swoje obowiązki z tytułu zasiadania w radzie wykonują odpłatnie.

Składki na ubezpieczenie społeczne od umów-zleceń mają być wyliczane maksymalnie od kwoty równej minimalnemu wynagrodzeniu za pracę, natomiast w przypadku wynagrodzeń z tytułu pracy w radzie nadzorczej – na zasadach ogólnie obowiązujących.

Wiceminister Bucior poinformował podczas posiedzenia sejmowej Komisji ds. Kontroli Państwowej, że dobiegają końca rozmowy w sprawie tego projektu w ramach zespołu do spraw ubezpieczeń społecznych Komisji Trójstronnej. Po ich zakończeniu projektem zajmie się rząd.

Bez emerytury

– W tej swobodzie zawierania umów-zleceń rzeczywiście dziś mamy do czynienia z pewną patologią, która de facto będzie prowadziła do tego, że dziś ci, którzy podpisują takie umowy-zlecenia, nie płacą składek na ubezpieczenia społeczne, ale w przyszłości nie będą pobierać odpowiednich świadczeń emerytalnych. W związku z tym uznajemy, że na tym etapie pierwszym krokiem jest przekonanie do tego, aby umowy-zlecenia oskładkować co najmniej do kwoty płacy minimalnej. Czyli kumulujemy te umowy i oskładkowujemy je, dopóki nie przekroczą płacy minimalnej – tłumaczył Marek Bucior.

Jak zaznaczył, koncepcja oskładkowania tego typu umów jedynie do kwoty płacy minimalnej wynika z chęci uniknięcia zbyt radykalnego wkroczenia z przepisami, które mogłyby wpłynąć na podwyższenie kosztów pracy.

– Oskładkowanie od płacy minimalnej będzie przekładało się na uzyskanie gwarancji tej najniższej emerytury – dodał wiceminister Bucior.

W imieniu resortu pracy Bucior odpowiadał wczoraj posłom z komisji na dezyderat w sprawie patologii zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi. W dezyderacie Komisja ds. Kontroli Państwowej zwracała uwagę – powołując się na informację Głównego Inspektora Pracy – że „w aktualnym stanie prawnym niemożliwe jest ograniczenie i skuteczne wyeliminowanie za pomocą przysługujących Państwowej Inspekcji Pracy środków prawnych praktyki zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi”.

Komisja stwierdziła, że „powszechność występowania tego zjawiska nie tylko wpływa negatywnie na realizację konstytucyjnych uprawnień obywateli i zakłóca uczciwą konkurencję, ale także pozwala na uszczuplanie dochodów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych z tytułu składek”.

Wskazała przy tym, że konieczne jest dokonanie zmian w prawie dotyczącym między innymi zawierania umów o pracę oraz zgłaszania osób wykonujących pracę do ubezpieczenia społecznego.

Martwe przepisy

Odpowiedź resortu pracy posłów nie zadowoliła. Komisja zdecydowała się zaprezentowanego przez ministerstwo pracy stanowiska nie przyjąć. Wiceminister Bucior tłumaczył m.in., że postulat, aby umowę o pracę wręczać przed dopuszczeniem do pracy, mógłby wzbudzać wątpliwości natury prawnej.

– Do nawiązania stosunku pracy może dojść nie tylko w drodze zawarcia pisemnej umowy o pracę, ale także poprzez dopuszczenie pracownika do pracy – mówił Bucior. Zaznaczył również, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych, jeżeli dopatrzy się, iż umowy cywilnoprawne są zawierane w celu obejścia kodeksu pracy, to ma uprawnienie, zgodnie z którym może kwestionować ich zawarcie.

Zdaniem Janusza Śniadka (klub PiS), przywoływane przez wiceministra pracy obecnie obowiązujące przepisy są praktycznie nieegzekwowalne, dlatego komisja postulowała przedstawienie przez resort pracy propozycji zmian prawa –czego się wczoraj nie doczekała.

Ocenił m.in., że możliwość wręczania umowy o pracę dopiero po dopuszczeniu do pracy sprawia, że Państwowa Inspekcja Pracy praktycznie nie posiada instrumentów pozwalających na skuteczną walkę ze zjawiskiem pracy na czarno. W przypadku kontroli PIP bowiem – tłumaczył Śniadek – zatrudniająca faktycznie na czarno firma może tłumaczyć, że dany pracownik nie posiada umowy o pracę, gdyż właśnie dziś jest jego pierwszy dzień pracy – choć faktycznie pracuje bez umowy od miesięcy czy nawet lat.

Artur Kowalski