To gra w ruletkę, a nie proces dowodowy
Wtorek, 21 maja 2013 (19:59)Od dawna nie mam zaufania do instytucji państwa w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Także w szerszym zakresie, ale w tej kwestii szczególnie. Tym bardziej nie mam zaufania do zespołu pana Jerzego Millera [Zespołu do spraw wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, który ma przybliżyć tezy zawarte w raporcie Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Cywilnego Jerzego Millera – przyp. red.], kierowanego przez pana dr. Macieja Laska.
Materiały, na których oparto konkluzję, w dużej mierze były nieprawdziwe, nierzetelne, a czasem nawet sfałszowane. Na tej podstawie nie można w sposób obiektywny i zgodny z zasadami prawidłowego rozumowania wyciągnąć konkretnych wniosków. Nie można na podstawie fałszywych przesłanek twierdzić, że doszło się do prawdziwych ustaleń. To by była loteria czy gra w ruletkę.
Pan dr Lasek jest tym bardziej niewiarygodny, że na pytania o źródła informacji stawia pewne tezy i mówi, że coś ustalił – jak chociażby domniemaną obecność generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, w kokpicie rządowego samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem. Jednocześnie pytany o dowody zasłania się tajemnicą prawa lotniczego.
Czyli w żaden sposób nie jesteśmy nawet w stanie zweryfikować jego toku myślowego, który poprzedza wyciągnięcie takich wniosków.
Wiemy, że są tylko wnioski zawarte w raporcie Millera. Jakakolwiek obrona tego dokumentu, jest więc z góry skazana na porażkę. Dlatego w zasadzie trzeba byłoby przyjąć ten dokument jako prawdę objawioną.
Mamy prawo przeprowadzać proces dowodowy czy pytać o dowody. Skoro strona, która sporządziła taki dokument, nie chce ich przedstawić, w związku z tym nie można poważnie traktować jej wystąpień.
not. JD
Autor jest posłem PiS, pełnomocnikiem części ofiar katastrofy smoleńskiej.
Mec. Bartosz Kownacki