Polska zapłaci za unię bankową
Wtorek, 21 maja 2013 (14:22)Z Konradem Szymańskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Marta Milczarska
Dziś w Parlamencie Europejskim odbędzie się debata nad pakietem dwóch rozporządzeń w sprawie utworzenia wspólnego nadzoru bankowego, który będzie pierwszym filarem unii bankowej. Jakie skutki dla Polski wynikają z wprowadzenia unii bankowej?
– Wszystko wskazuje na to, że unia bankowa będzie miała konsekwencje w postaci migracji ryzyka bankowego z krajów, w których system bankowy został zaburzony, do krajów takich jak Polska, gdzie system bankowy jest relatywnie zdrowy i zadłużony w zdecydowanie mniejszym stopniu. To jest bardzo poważny problem, ponieważ Polska zapłaci za unię bankową utratą kompetencji naszego narodowego nadzoru bankowego, który się sprawdził, który przez 20 ostatnich lat prowadził politykę dość ostrożną, jaką powinien prowadzić, i w tym sensie unia ta jest bardzo kontrowersyjnym pomysłem. W imię celów politycznych, w imię bycia przy „stole negocjacyjnym”, o którym bardzo często mówi premier Donald Tusk jako o argumencie przesądzającym wszelkie wątpliwości. Kosztem tego typu celów politycznych Polacy zapłacą bardzo wymierną cenę gospodarczą, ekonomiczną i dlatego też my, eurodeputowani z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, zachowujemy daleko idący dystans wobec tego typu nowych instrumentów Unii Europejskiej.
Jak w takim razie unijni decydenci starają się przekonać do wprowadzania kolejnego nadzoru w zakresie polityki fiskalnej?
– Zwolennicy jak najgłębszej integracji mówią wprost o celach politycznych, używają tych samych argumentów co premier Tusk, że konieczna jest coraz szersza i głębsza integracja we wszystkich sferach politycznych UE, lekceważąc zupełnie czynniki gospodarcze i ekonomiczne. Natomiast myślę także, że interesem wielu państw czy też wielu systemów bankowych, które są dzisiaj zadłużone, jest przenoszenie odpowiedzialności za ten dług do innych państw, tak aby za ten dług odpowiedzialne były możliwie wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej. Rozumiem tu działania państw zadłużonych i pogrążonych w kryzysie, ale nie rozumiem, dlaczego Polska się na to godzi.
Podczas dzisiejszej debaty w Parlamencie rozpatrywane będą rozporządzenia dotyczące m.in. możliwość przystąpienia do nadzoru przez kraje spoza strefy euro na zasadzie tzw. bliskiej współpracy. Jakie jest stanowisko wobec tego rozporządzenia?
– Sprawozdania, które dzisiaj będą procedowane, jeszcze nie realizują głównych zamierzeń unii bankowej, a mówią jedynie o ostrożności w zakresie polityki bankowej. I jeśli idzie o ostrożność w polityce bankowej, większe rygory dla banków w Unii Europejskiej, to jesteśmy zwolennikami takich rozwiązań. Jednakże podkreślam, że nie możemy popierać i nie popieramy utworzenia unii bankowej jako takiej, również ze względu na to, że będzie potrzeby nowy traktat dla jej stworzenia. Dzisiejsze rozporządzenia są jedynie wstępnymi, w większości zdrowymi i potrzebnymi, choć spóźnionymi elementami polityki bankowej. W większości krajów Unii, głównie na Południu, systemy bankowe są już w znacznym stopniu zadłużone.
Czy takie instrumenty nie powinny być raczej wprowadzane na poziomie narodowych gospodarek, nie zaś wspólnoty państw, także tych nieobjętych kryzysem?
- Oczywiście byłoby najlepiej, by konkretne państwa, podobnie jak w Polsce, podjęły takie działania na poziomie własnych gospodarek i same patrzyły zdecydowanie bardziej krytycznie na swój system bankowy, który zadłużał się w ostatnich latach ponad miarę, ale niestety tak się nie stało. Wspólne reguły nie są tutaj problemem, mogą być one podejmowane na poziomie ponadnarodowym, choć w przypadku państw pogrążonych w kryzysie są one już za późne. Głównym problemem, jaki teraz powstał, jest sfinansowanie długu, który powstał w Europie, i temu służyć ma unia bankowa.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska