NINIWA Team opuściła Moskwę
Wtorek, 21 maja 2013 (09:51)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Wojciecha Zakowicza z osiemnastego dnia rowerowej pielgrzymki 24 śmiałków z NINIWA Team na Syberię:
Koło przy kole, jeden za drugim niczym rozgrzany 24-karatowy miecz przecinają grube bloki ciepłego, gęstego, miejskiego powietrza. Hełm wiary na głowie, myśl goni myśl, trzeba kręcić... byle dotrzeć na czas, byle zdążyć. Wdech, wydech... wdech, wydech... Kolejna myśl: sakwy są? Są... Kask jest? Jest... przecież to oczywiste... i byle jechać dalej... kręcić... prawa, lewa, prawa, lewa... Wszystkie te myśli łączą się w jednym celu, na jednej drodze, w jednej drużynie naszych bohaterów, w niemal jednostajnym ruchu. Raz w górę, raz w dół, od 5.01 trwa rajd przez Moskwę. Jasno. Po kilku kilometrach ulice rozświetla już długimi promieniami słońce, co chwilę kryjąc się za budynkami, to znów spoglądając rowerzystom w oczy, ciągle Moskwa... pusta, cicha i bez śladu łat, dziur... wysprzątana i wyczyszczona stolica Rosji, gotowa na przyjęcie tysięcy biznesmenów, gotowa do pracy…
Zanim jednak nasi śmiałkowie wyruszyli, warto wspomnieć o ich ogromnym zaangażowaniu po festynie rodzinnym. Do późna sprzątali, czyścili, składali scenę, właściwie to... poczuli się trochę jak u siebie w Kokotku albo na festiwalu w Kodniu.
Pobudka o 4.00, wyjazd 5.01. Pierwsza przerwa po odcinku 50 km w McDonaldzie. Po kilkunastu kilometrach wreszcie dołączył Marcel, którego przywiózł Żeńka. W rytm śpiewanego przez ekipę hymnu urodzinowego Marcel złożył rower. Wczorajszy solenizant postanowił obchodzić święto dzień dłużej i z uśmiechem na twarzy przyjął słodką, urodzinową roladę. Ekipa pożegnała Żeńkę, pożegnała się też z Moskwą, a wraz nią... niestety z drogami bez dziur. Z każdym kolejnym kilometrem drogi wracały do rosyjskiego standardu. Jak tak dalej pójdzie... trzeba będzie zmienić opony na górskie.
Na razie pierwsza dętka tego dnia i chrzest rowerowy Uli Machelskiej. To pierwsza dętka Uli, która uczestniczyła już w 7 wyprawach NINIWA Team, pokonała kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Kolejna awaria (metalowy pręt na drodze) uszkodziła przedni błotnik Krzyśkowi Skok. Z każdym kilometrem dziury stawały się coraz większe. Szymek wpadł niemalże cały do dziury. Najpierw przednim kołem, bagażnik z przodu całkiem się zniszczył, a później tylnym kołem, u którego poszła szprycha. Nie miał na szczęście poważnych ran, tylko odrapał się troszkę. Po 130 km kolejna przerwa przy spożywczaku. Po krótkim posiłku ruszyli dalej i tym razem z jakiejś przyczyny pękł błotnik Michała Pieca, ale to nie wszystko. Ponieważ tajemnicze trzecie koło Piotrka Waksmundzkiego wyprzedziło go na trasie.
Przerwa obiadowa po męczących 170 km, o 15 dalej, zmiana pogody. Zaczęło lekko padać, z czasem mocniej i aż do wieczora, nasza ekipa nie miała na sobie suchej nitki. Szukali dość długo schronienia, dopiero po 30 km w deszczu znalazła się stacja benzynowa, na której się zatrzymali. Ojciec prowadzący pojechał szukać noclegu. „Wioska Smykowo wygląda jak skansen”, co jakiś czas malutki domek. W końcu dwie wioski dalej znalazł się dom w stanie surowym.
Nie wyglądało, jakby ktoś mógł w nim mieszkać albo w najbliższym czasie zabierać się za remont. Ojciec skoczył szybko po resztę i po powrocie. Pojawiła się na miejscu starsza pani, która przestraszyła się i za nic w świecie nie chciała ich wpuścić. Wszyscy mokrzy, poubierali się w suche ciuchy, wypili ciepłą herbatę. O 19.50 Msza Święta. Nabożeństwo majowe. I do spania.
Ekipa dziękuje:
- Wszystkim, którzy modlili się na czuwaniu w Częstochowie – na zjeździe Odnowy w Duchu Świętym.
- Ojcu Bartkowi Madejskiemu, który napisał SMS-a: „Kręćcie coś, kręćcie, bo po co my się tu modlimy”.
- Salezjanom za pobyt w Moskwie.
- Ojcu Jarosławowi Różańskiemu.
Bilans dnia:
- przejechanych 226 km
- 1 szprycha Szymka
- 2 błotniki Krzyśka i Michała
- 1 chrzest Uli (dętka)
- 1 bagażnik Szymka
- 1 sprint koła Max
Źródło: niniwateam.pl