• Środa, 25 marca 2026

    imieniny: Marii, Wieńczysława

Renesans polskiego kolarstwa

Poniedziałek, 20 maja 2013 (19:42)

– Czy możemy mówić o renesansie polskiego kolarstwa? – to pytanie coraz częściej zadają sobie głośno kibice i komentatorzy. Dzieje się tak m.in. dzięki fenomenalnej jeździe polskich kolarzy na Giro d’Italia 2013. Ale nie tylko dzięki temu, bo sygnały mieliśmy już wcześniej.

Z czysto kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, iż na tegorocznym wyścigu dookoła Włoch nasz kraj reprezentuje trzech zawodników: Rafał Majka, Przemysław Niemiec i Michał Gołaś. Poza tym trzecim, który pojechał do Italii w roli „harcownika”, dwaj pozostali walczą o czołowe miejsca na każdym z piekielnie trudnych etapów górskich. Po dwóch tygodniach zmagań Niemiec i Majka są odpowiednio na 6. i 8. miejscu w klasyfikacji generalnej. Podczas nadchodzących siedmiu dni czeka ich jeszcze sporo zmagań, w tym dwa równie ciężkie etapy po górach, oraz 20-kilometrowa jazda na czas, która (a jakżeby inaczej) będzie prowadziła pod górę. Liczymy więc na to, że nasi kolarze nadal będą prezentować się tak dobrze i poprawią najlepszą lokatę Polaka na zakończeniu Giro, którą jest 9. miejsce Zenona Jaskuły z 1991 roku.

A skoro jesteśmy już przy tym wspaniałym kolarzu, to należy przypomnieć, że w tym roku mija 20 lat od jego pamiętnego zwycięstwa w Tour de France podczas etapu w Pirenejach na Saint Lary Soulan, gdzie w pokonanym polu pozostawił Miguela Induraina i Tony’ego Romingera. Ostatecznie Jaskuła zajął wówczas w Wielkiej Pętli trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Było to jednocześnie ostatnie etapowe zwycięstwo Polaka na jednym z Wielkich Tourów, do których zaliczamy właśnie włoskie Giro, Tour de France i hiszpańską Vueltę.

20 lat posuchy to w mojej ocenie wystarczająco długi okres, aby na poważnie wziąć się za renesans danej dziedziny. Czy dobra postawa Majki i Niemca na włoskich drogach jest dopiero pierwszym światełkiem tego odrodzenia, czy mogliśmy jego przebłyski zobaczyć już wcześniej? Z całą pewnością prekursorem odradzania się wartości Polaków w światowym peletonie w ostatniej dekadzie jest Sylwester Szmyd. To dzięki niemu zauważono (albo raczej przypominano sobie), że znad Wisły mogą pochodzić świetni kolarze. Dzięki świetnej jeździe Szmyd w kilka sezonów wyrobił sobie markę jednego z najlepszych „gregario” w peletonie. Gregario, czyli ostatni pomocnik lidera grupy. Ten, który na jego życzenie musi podyktować tempo wykańczające rywali lub pociągnąć go na swym kole, gdy niemal całkowicie opadnie z sił. Ta rola nie sprawiała wprawdzie, że Szmyd często stawiał na podium zawodów i oblewał się szampanem w blasku fleszy. Polak z pokorą jednak ją przyjmował, a posiadania go w grupie zazdrościły wszystkie czołowe ekipy. Raz w karierze udowodnił jednak, że jest nie tylko świetnym pomocnikiem, ale że śmiało mógłby ubiegać się o pozycję lidera w niejednym teamie. Podczas wyścigu Critérium du Dauphiné wygrał jego 6. etap, po morderczej wspinaczce na legendarny podjazd Mont Ventoux. Dziś już ze względu na wiek Szmyd liderem mianowany nie zostanie. Jednakże jego transfer po ponad 10 latach jazdy dla włoskich grup do hiszpańskiej Movistar był określany jako jedno z największych wzmocnień tej ekipy.

I to właśnie dzięki Szmydowi swoją wartość mogli udowodnić i na stałe wpisać się jako istotne elementy swoich drużyn tacy kolarze jak Maciej Bodnar czy Przemysław Niemiec. Niemiec, dziś 33-letni kolarz, jest właśnie u szczytu swojej kariery i z całą pewnością będzie chciał wykorzystać swoją dobrą pozycję i nie złoży broni w walce o jak najwyższe laury na Giro.

Co innego Rafał Majka. To zawodnik zaledwie 22-letni, dopiero wchodzący w najlepszy dla kolarza okres, ale jego przykład pokazuje, że w uczynieniu kogoś liderem drużyny już nie przeszkadza fakt, iż „jest on z Polski”. Tę niepisaną zmowę przerwał szef grupy Saxo Tinkoff Bjarne Riis, który już w 2012 roku, na rozpoczynający się właśnie wyścig dookoła Włoch chciał w tej roli obsadzić Rafała Majkę. Komentatorzy pukali się w głowę: Cóż ten Duńczyk wyczynia?, zaś Riis z niezmąconym spokojem odpowiadał, iż zna potencjał Polaka i mocno w niego wierzy. Podkreślał, że Majka jako jedyny w jego drużynie jest w stanie w trakcie treningów na podjazdach utrzymywać tempo Alberto Contadora (zwycięzcy wszystkich trzech Wielkich Tourów), co jasno świadczy o jego sile. Rok temu jednak kontuzja wykluczyła Majkę z włoskiego wyścigu, a słowa o jego mocy nie mogły znaleźć odzwierciedlenia. W tym sezonie Polak udowadnia, że Riis się nie mylił i że drzemie w nim ogromny potencjał. Czy na miarę Contadora – zobaczymy w przyszłości.

Dziś też Polacy nie są już anonimowi w światowym peletonie. Teraz każdy przyznaje, że Michał Gołaś to zawodnik „groźny”, że Michał Kwiatkowski (drugi w ubiegłorocznym Tour de Pologne) to kolarz o ogromnych możliwościach. Niektórzy sądzą, iż są to możliwości, które w przyszłości mogą pozwolić na wygranie prestiżowego cyklu Pro-Tour. Poza tym tuż za progiem kolarskiej elity czai się jeszcze wiele młodych polskich talentów, które tylko czekają na odkrycie.

Co warto zauważyć, polskie odrodzenie w kolarstwie zbiega się też ze swoistym odrodzeniem, choć lepiej tu pasuje słowo „oczyszczeniem” światowego peletonu, które ma miejsce w ostatnim czasie. Nieustępliwa walka władz UCI z dopingiem wśród kolarzy, której swoistym zwieńczeniem było przyznanie się do „Wielkiego Kłamstwa” dopingowego przez Lance Armstronga, doprowadziła chyba w końcu do sytuacji, w której zawodnikom zwyczajnie nie będzie się opłacało sięgać po żadne niedozwolone wspomaganie. Zażywanie najpopularniejszego w ostatnich latach EPO (erytropoetyna) jest już praktycznie nie do ukrycia, podobnie jak przyjmowanie hormonu wzrostu lub przetaczanie sobie krwi. Nie wiemy wprawdzie, do czego mogą posunąć się medycy-szarlatani, gotowi za pieniądze „zapewniać przewagę”, ale możemy być pewni, że unia kolarska zabrnęła w walce z tym procederem tak daleko, iż będzie ich zwalczać do upadłego.

Konkluzje płynące z tych przemyśleń muszą zawierać trochę czarnego humoru. Być może fakt, że w kończącej się właśnie EPO-ce Polacy nie odnosili żadnych spektakularnych sukcesów, wynika niestety z fatalnego poziomu medycyny w Polsce. Chciałbym oczywiście wierzyć w czystość intencji wszystkich polskich kolarzy, ale niestety na pewno wśród nich znaleźliby się tacy, którzy z chęcią wstrzyknęliby sobie to i owo, aby móc pokonać nieco bardziej utalentowanych kolegów. Z tym że i tu dochodzimy do sedna sprawy… w naszym kraju nie miał im kto tego zrobić.

Niemniej jednak cieszmy się, że te przykre czasy odchodzą w przeszłość, a polscy kolarze znów wracają na czołówki peletonów i największych gazet. Być może już wkrótce, tak jak jeszcze 40 lat temu chłopcy jeżdżący na rowerach wokół domu licytowali się, kto będzie „Szozdą”, a kto „Szurkowskim”, tak niedługo będą się mogli przekrzykiwać: „Ja jestem Majka!”, „A ja Kwiatkowski!”.

Łukasz Sianożęcki