Nie muszę, ale chcę
Czwartek, 16 maja 2013 (02:09)Z Magdaleną Fularczyk-Kozłowską brązową medalistką olimpijską w wioślarstwie,rozmawia Piotr Skrobisz
Trudno było Pani na nowo wdrożyć się do treningów po sezonie olimpijskim, wyczerpującym zarówno fizycznie, jak i psychicznie?
– Na początku tak. Miniony sezon zakończyłam tuż po igrzyskach, z powodu kontuzji nie startowałam już w żadnych pozostałych zawodach. Sporo pozmieniało się w moim życiu osobistym, wyszłam za mąż, pewne sprawy w głowie inaczej poukładałam. Ale kiedy tylko wyjechałam na pierwszy obóz, kiedy zaliczyłam kilka pierwszych treningów, chęci od razu wróciły. Śmieję się, że teraz znajduję się już na etapie motywacji wręcz „olimpijskiej”, czyli mam nadzieję jak najszybciej osiągnąć satysfakcjonujący mnie poziom.
Jak wygląda życie w łódce bez Julii Michalskiej (spodziewa się narodzin dziecka), Pani wieloletniej partnerki?
– Pływałyśmy ze sobą wiele lat, szłyśmy w ciemno. Brakuje mi Julii, jej wsparcia, rad, ale też myślę, że czasami taki „odpoczynek” od siebie działa korzystnie. Przygotowania do igrzysk to bowiem czas nie tylko długi, ale i męczący, pełen emocji, wrażeń. A jak wygląda życie? Tak samo. Praca, praca, jeszcze raz praca, w tej akurat kwestii nic się nie zmieniło.
Z Julią zbudowałyście coś trwałego, silnego, ale teraz – przynajmniej na jakiś czas – tej osady już nie ma. Myśli sobie Pani czasami, że rozpoczyna wszystko od nowa?
– Ma pan rację, tak jest. Ale też jestem w innej sytuacji niż cztery lata temu, gdy zaczynałyśmy z Julią przygotowania do Londynu. Mam więcej doświadczenia, wiem, czego chcę i jak ciężko muszę pracować, by coś osiągnąć. Przez to, gdy czasami pojawia się jakaś chwila zwątpienia, zmęczenie treningami, to tłumaczę sobie, że tak po prostu musi być, że nie ma innej drogi. Że warto wylać pot i łzy, bo to się opłaci. Z Julią też przeżywałyśmy wzloty i upadki, też bywało nam ciężko. A ja lubię wyzwania, dlatego nowe dziewczyny i nowa osada absolutnie mnie nie przerażały.
Po igrzyskach wokół nas było dużo szumu medialnego, zamieszania. Chodziłam na przeróżne spotkania, byłam zapraszana na różnorakie imprezy. Miałam swoje pięć minut. Teraz znów jest jak dawniej, czyli panuje cisza. Nie narzekam z tego powodu, bo ją lubię. Lubię spokój, gdy mogę skupić się na swojej pracy. Lubię spokój, bo dzięki niemu – mimo sporych oczekiwań – nie odczuwam dużej presji.
Inaczej się startuje z pułapu medalistki olimpijskiej?
– Tak. Człowiek podświadomie nawet czuje, że wszedł o szczebel wyżej. Z drugiej strony cały czas jest obserwowany, ludzie patrzą, co robi i co mówi. Medal olimpijski jest zaszczytem, spełnieniem marzeń, ale też do czegoś zobowiązuje. Choćby do spraw tak prozaicznych, jak zachowanie na co dzień.
Zmienił coś w Pani?
– Chyba nie, nadal jestem tą samą osobą. Sprawił jednak, że czuję się sportowcem spełnionym. Mówią, że do tego trzeba olimpijskiego złota, mnie – jak widać – wystarczył brąz. Trenuję wioślarstwo od 13 lat. Na początku start na igrzyskach był moim największym marzeniem, o medalu nawet nie śniłam. Teraz mam za sobą i olimpijski występ, i olimpijski medal. Nic nie muszę, tylko chcę. Miła perspektywa.
A nie myślała Pani, żeby sobie zafundować jakąś przerwę? Tak dla podreperowania sił, odpoczynku od zgiełku, stresu, ciężkiej pracy? Po igrzyskach robi tak wielu sportowców.
– Nie wiem, co by się po takiej przerwie wydarzyło, czy wróciłabym do sportu. Na razie nie widzę potrzeby odpoczywania, bo nie jestem zmęczona wioślarstwem. Nie czuję się wypalona. Owszem, to ciężki sport, zdarzają się momenty kryzysowe, gdy człowiek wraca z treningu i nie ma sił, by się wykąpać i zjeść posiłek. Ale cały czas jest on dla mnie pasją, czymś, co uwielbiam robić pomimo bólu i wyrzeczeń. Gdy po sezonie miałam przerwę, mój mąż śmiał się, że powinnam jak najszybciej pojechać na obóz, bo stałam się tak marudna, tak mnie nosiło, że nie dało się ze mną wytrzymać. Przyzwyczaiłam się do działania według ściśle określonych planów.
Robert Sycz powiedział mi kiedyś, że pod koniec sezonu wioślarstwa miał dość na dobre, ale wystarczyło, by po dwóch tygodniach nicnierobienia zobaczył gładką taflę wody, to już chciał do niej wskoczyć i popłynąć.
– A ja w ogóle od wody nie potrafię odpocząć! Po sezonie przenoszę się na żaglówkę i na niej odpoczywam.
O czym Pani myśli, spoglądając na swój olimpijski medal?
– Z jednej strony czuję dumę, że nam się udało, że mimo przeciwności losu, czteroletniej harówki, wielu poświęceń: zdrowotnych, osobistych, uczelnianych, doszłyśmy tak daleko. Z drugiej smutek, że tego krążka nie doczekał mój ukochany tata.
A wylicza Pani czasem koszty, jego cenę?
– Cena jest wysoka, wiąże się nie tylko z naszą fizycznością, kontuzjami, które są czymś powszednim. To także, a może przede wszystkim, wieczna rozłąka z rodziną, domem. Na zgrupowaniach, zawodach, treningach spędzamy prawie 300 dni w roku, zdani tylko na siebie, partnerkę, trenera. Musimy ze sobą współgrać, by wszystko miało sens. Przyjaciół mam w sferze wirtualnej, przez telefon czy SMS-y. Cały czas boleję nad tym, że jeszcze nie ukończyłam studiów. Ale proszę nie myśleć, że narzekam. Takie życie wybrałam i wybrałabym jeszcze raz. Nie leżę, nie obijam się, tylko robię coś dla siebie, kibiców, miasta, kraju. Nie chciałabym, by zabrzmiało to nieskromnie, ale czuję się dzięki temu kimś wartościowym.
Co chciałaby Pani osiągnąć w sezonie 2013?
– Jak najlepszy wynik, czyli zdobywać medale, obojętnie w jakim składzie i w jakiej osadzie. Krótko mówiąc, by wykonana praca przyniosła owoce.