Obrona zza biurka
Czwartek, 16 maja 2013 (02:00)Polska nie ma systemu obrony przed atakiem rakietowym z powietrza. Jego stworzenie zajmie najbliższą dekadę i będzie kosztować więcej niż rekordowy dotąd program F-16.
W niedzielę prezydent podpisał nowelizację ustawy o modernizacji technicznej i finansowaniu Sił Zbrojnych. Są w niej zapisy o finansowaniu programu obrony przeciwrakietowej. Miałby kosztować 20 mld złotych.
To więcej niż zakup i wdrożenie samolotu wielozadaniowego F-16. Realizacja programu zajmie dziesięć lat, ale już w 2018 r. jego część ma funkcjonować. Polska ma według założeń posiadać środki obrony przed pociskami balistycznymi krótkiego zasięgu (do tys. km wg klasyfikacji amerykańskiej) oraz średniego zasięgu (1-3 tys. km) w ostatniej fazie ich lotu.
Jak mówi prezes Bumaru Krzysztof Krystowski, polski przemysł obronny jest w stanie sam zapewnić odpowiednie środki do obrony przed pociskami krótkiego zasięgu (w tym bardzo krótkiego, to jest pociski pola walki o zasięgu do 150 km). Do zwalczania rakiet średniego zasięgu konieczne będzie znalezienie partnera zagranicznego, który wniesie zaawansowane technologie, jakich nie mamy.
Pełna ochrona przed pociskami średniego zasięgu (ze zwalczaniem we wszystkich fazach lotu) znajduje się poza założeniami polskiego programu. Tu możemy jedynie liczyć na realizację amerykańskiego programu tarczy rakietowej NATO w Europie, który ma objąć Polskę ochroną w 2018 roku. Będzie ona nas chronić także przed pociskami pośredniego zasięgu (3-5,5 tys. km).
Natomiast pociski międzykontynentalne (o zasięgu powyżej 5,5 tys. km) pozostawałyby wciąż poza zasięgiem jakichkolwiek systemów obrony. Obecnie posiadają je: USA, Rosja, Chiny, Indie i prawdopodobnie Izrael. Zaawansowane prace nad technologią takich rakiet prowadzi też Korea Północna.
Polonizacja systemu
Budowa tarczy natowskiej nie jest do końca pewna. Jak zauważa wiceminister obrony narodowej i były ambasador w USA Robert Kupiecki, zależy to od wyniku rozmów między Rosją a USA, a nie mamy na nie wielkiego wpływu. – Jak dotąd dialog NATO z Rosją nie przynosi większych rezultatów, co więcej, niedawno doszło nawet do ograniczenia planów USA. Na zbudowanie własnej tarczy tego typu na razie nie mamy szans. – Mało państw stać na własne programy na tym polu – tłumaczy były dyplomata.
Program systemu obrony zwany „polską tarczą antyrakietową” może stać się szansą na skok technologiczny dla polskiego przemysłu i okazją do rozwoju dla jego naukowego zaplecza. Można jednak łatwo tę okazję zmarnować, kupując za granicą gotowe instalacje. Potrzebna jest do tego dobra współpraca wojska, nauki i przemysłu.
Prezes Krystowski podkreśla, że przy wyborze dostawców i różnych wariantów realizacji „poziom zaangażowania polskiego potencjału naukowo-przemysłowego powinien być jednym z kryteriów decyzyjnych, na równi z funkcjonalnością obronną i ceną”.
Bumar stworzył konsorcjum 10 firm ze swojej grupy kapitałowej, grupy Huty Stalowa Wola i kilku zakładów wojskowych. Współpracuje też z 9 innymi przedsiębiorstwami.
– Stać nas nie tylko na polonizację systemu, aby polski przemysł i polska nauka mogły stać się nie tylko wykonawcami, ale liderami – mówi Krystowski. Prezes odrzuca pogląd, że program jest zbyt wielki i polski przemysł sobie z nim nie poradzi. Jak zaznacza, w rozmowach z potencjalnymi partnerami zagranicznymi zdarza się, że propozycje polskiego wkładu są poniżająco skromne.
W Bumarze stworzono trzy typy mechanizmów współpracy. Pierwszy przewiduje polski udział mniejszy niż 10 procent. Wówczas nasz przemysł dostarczałby wyłącznie elementy najprostsze: podwozia, agregaty, zajmowałby się montażem, malowaniem itp.
Drugi „stopień polonizacji” zakłada, że podstawowe urządzenia wszystkich typów będą polskie. To oznacza jednak tylko 14 proc. zaangażowania. Gdyby jednak polska firma stała się prawdziwym liderem i organizatorem projektu, a z zagranicy dostarczono by jedynie unikalne technologie, nasz udział wzrósłby do 60 procent. To jest oczywiście wymarzony scenariusz prezesa Bumaru.
– Apeluję do wojska i naszych parterów, byście nas w tym wspomogli – dodaje. Tłumaczy, że wprawdzie większy udział to koszty, ale także w przyszłości większy zysk w postaci miejsc pracy, dochodów dla państwa i polskiego biznesu.
Problem obrony powietrznej staje się obecnie kluczowym problemem polskiej obronności. Zmusza nas do tego przede wszystkim położenie geopolityczne, ale także zachodzące przewartościowania technologiczne.
– Bombowce strategiczne wróciły do łaski, w Rosji rozwija się ich produkcję. Stają się poważnym zagrożeniem, są bardzo szybkie i osiągają wysokie pułapy, przez co trudno je wykryć – argumentuje ppłk Adam Radomyski z Akademii Obrony Narodowej.
Rosja planuje budowę bombowca ponaddźwiękowego do 2020 r., rozwija także projekty aparatów bezzałogowych, rakiet ze skrzydłami i tym podobne. Już teraz w przypadku ataku pocisków Iskander z terytorium obwodu kaliningradzkiego Polska miałaby 5-9 minut na odpowiedź, a i to przy wsparciu sojuszniczym USA w zakresie satelitarnego namierzania.
Kwestia nadziei na pomoc sojuszniczą jest otwarta. Zdaniem szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja, polska obrona antyrakietowa powinna działać w trzech trybach. Pierwszy to wykrywanie i niszczenie zagrożeń całkowicie samodzielnie.
Bylibyśmy do tego zmuszeni w przypadku braku wsparcia sojuszników z NATO lub przedłużających się konsultacji politycznych. Koziej nazywa takie sytuacje trudno konsensusowymi. Drugi tryb zakłada, że będziemy korzystali z informacji uzyskiwanych przez państwa NATO, ale będziemy reagować samodzielnie. Wreszcie trzeci to działanie w zintegrowanym sojuszniczym systemie wykrywania, dowodzenia i reagowania operacyjnego.
Doktryna Komorowskiego
Polska tarcza antyrakietowa ma być więc „kompatybilna z rozwiązaniami sojuszniczymi, ale samodzielna”, gdyż „pewność szybkiej reakcji sojuszniczej nie może być zagwarantowana w każdej sytuacji”.
Priorytetem dla jej architektury ma być mobilność i elastyczność komponentów, gwarantująca zdolność reagowania na zaskoczenie, choć niekoniecznie w dużej skali. Koziej postuluje, aby nie wprowadzać systemów przestarzałych ani bardzo nowatorskich, ale niesprawdzonych i nierozwiniętych.
Podkreśla, że państwa ze skutecznymi systemami obrony przeciwrakietowej są mniej narażone na groźby ze strony innych krajów na forum politycznym.
Koziej łączy te wywody z koncepcją zmiany tzw. paradygmatu obronnego. Zdolność do obrony terytorialnej kraju powinna być stawiana ponad zdolnościami ekspedycyjnymi, wynikającymi z zobowiązań sojuszniczych i pod tym kątem muszą być budowane zdolności polskich Sił Zbrojnych.
Według twórców tej koncepcji, skupionych w BBN wokół Kozieja, Polska nie powinna wprost kwestionować obowiązków wynikających z członkostwa w NATO w zakresie misji zagranicznych, ale udział w nich odbywałby się jedynie z udziałem sił budowanych dla potrzeb własnej obrony. Te poglądy Koziej nazywa „doktryną Komorowskiego”.
Konferencja poświęcona zagadnieniom obrony powietrznej odbyła się wczoraj w Warszawie pod patronatem resortu obrony, Akademii Obrony Narodowej i Wojskowej Akademii Technicznej. Uczestniczyli w niej przedstawiciele wszystkich rodzajów wojsk, nauki i przemysłu zbrojeniowego. Referatom przysłuchiwali się m.in. ambasador USA Stephan Mull i dowódca sił powietrznych gen. Lech Majewski.
Piotr Falkowski