Patrzę w przyszłość
Wtorek, 14 maja 2013 (02:11)Z Mają Włoszczowską, reprezentantką Polski w kolarstwie górskim, rozmawia Piotr Skrobisz
Czuje już Pani dreszczyk emocji przed pierwszym w sezonie startem w Pucharze Świata?
– Z jednej strony nie mogę się doczekać, z drugiej trochę się denerwuję, bo ciężko mi przewidzieć rezultat, samopoczucie, tym bardziej że wyruszę z odległego miejsca startowego. Oczywiście fajnie, że karuzela zaczyna się kręcić. Ostatnio chorowałam, co mnie nawet… ucieszyło, bo w chorobach zwykle osiągałam dobre rezultaty.
Puchar Świata się rozpoczyna, ale za Panią już cztery pierwsze w 2013 roku starty, cztery zwycięskie. Na mecie każdego z nich słychać było huk kamienia spadającego z serca?
– Nie (śmiech). Nie, gdyż nie było tak, że kompletnie nie wiedziałam, w jakiej znajduję się formie, wsiadałam na rower i pędziłam na złamanie karku, spodziewając się wszystkiego. Już na treningach czułam, że jest nieźle, noga się w miarę sprawnie zachowywała. Dużą ulgę poczułam jednak dopiero wtedy, gdy musiałam zeskakiwać z roweru, podbiegać pod strome wzniesienia. Gdy wtedy stopa zareagowała pozytywnie, gdy nie wysłała żadnych złych sygnałów, ten kamień spadł. Aczkolwiek dużego huku nie było. Starałam się za bardzo nie ekscytować dotychczasowymi startami. Owszem, ich obsada była całkiem mocna, ale nie były to Puchary Świata. Dlatego sama na siebie nie wywieram zbędnej presji, do najbliższej przyszłości podchodzę na spokojnie.
Mówi Pani, że stopa zareagowała pozytywnie. Oznacza to, że po kontuzji nie ma już śladu?
– Nie mogę powiedzieć, że jest na sto procent sprawna, bo tak jeszcze nie jest. Ale trudy wszystkich wyścigów zniosła dobrze, na rowerze nie odczuwałam żadnego problemu, bólu, dyskomfortu.
Wraca Pani jeszcze do tego, co wydarzyło się tuż przed londyńskimi igrzyskami?
– Nie wracam. W ogóle nie wspominam ubiegłego roku, tylko patrzę w przyszłość.
Była Pani jedną z faworytek walki o olimpijskie złoto, wydawało się ono w zasięgu ręki. Tymczasem wszystkie plany i marzenia pokrzyżował wypadek, dramatyczna kontuzja. Zawalił się wtedy Pani świat?
– Nie przesadzajmy. Szybko wytłumaczyłam sobie, że to jest sport, a w sporcie wypadki, kontuzje są czymś powszechnym. Nie ja pierwsza i nie ostatnia przeżyłam podobny dramat. Oczywiście wszystko wydarzyło się w najgorszym z możliwych momencie, bo dosłownie tuż przed igrzyskami.
Szczerze mówiąc, bardziej niż strata medalu zabolało mnie to, że zawiodłam wielu ludzi. Może to złe słowo, ale mam na myśli fakt, że na mój wynik pracowało mnóstwo osób. Każda z nich poświęciła czas, serce, pracę, abym była w stanie w Londynie powalczyć o medal. Miałam ogromne wsparcie ze strony rodziny, drużyny, trenera Marka Galińskiego i chciałam im się na igrzyskach odwdzięczyć. Nie udało się.
Szczerze: gdy widziała Pani swoją stopę po wypadku, to choćby przez moment zwątpiła Pani w powrót do sportu?
– Pomyślałam, że to koniec zaraz po wypadku, przez pierwszą minutę. „Kobieto, po co ci to, daj sobie spokój” – mówiłam w duchu. Ale szybko przeszło. Nogę można sobie bowiem złamać na chodniku. Podczas rehabilitacji poznałam wielu ludzi, którzy w bardzo prozaicznych czynnościach i okolicznościach robili sobie ogromną krzywdę, dużo poważniejszą niż ja. Kiedy ich widziałam, kiedy poznawałam ich historię, wybijałam sobie z głowy złe myśli, pokorniałam.
Wie pan, gdybym wszystko dokładnie analizowała, zagłębiała się w problem, to faktycznie mogłabym zwątpić. Na treningi poświęciłam lata, włożyłam mnóstwo pracy i wysiłku, nie miałam praktycznie w ogóle czasu dla siebie, bo nawet chwile teoretycznie wolne przeznaczałam na regenerację. Moje życie prywatne, towarzyskie, prawie nie istniało. I tu nagle za pięć dwunasta, na kilkanaście dni przed startem, do którego przygotowywałam się cztery lata, trach, bach, koniec. Jedna wielka tragedia. Dlatego zostawiłam ten temat w spokoju. Jest przeszłością, a ja patrzę w przyszłość. Noga wróciła do zdrowia, ja w miarę szybko odzyskałam formę, mam nadzieję, że jeszcze parę fajnych wyścigów i zwycięstw przede mną.
Często człowiek z dramatycznych wydarzeń wychodzi mocniejszy, lepszy…
– …a nic nie dzieje się bez przypadku, wszystko ma jakiś sens. Wiem. Aczkolwiek gdybym miała wybrać: przeżyć wypadek i być mocniejsza lub słabsza bez wypadku, to oczywiście postawiłabym na ten drugi wariant. Przekonałam się na własnej skórze, jak ciężko po czymś takim wrócić. Jak szybko zanika siła, wydolność, mięśnie. Gdy zaczynałam trenować po rehabilitacji, godzinna jazda na rowerze wydawała mi się maratonem, a krótki podjazd katorgą.
Z drugiej strony, gdy było pod górkę, przekonałam się, że mam wokół siebie ludzi, którzy są ze mną na dobre i na złe. Przekonałam się też, że stałam się pewnego rodzaju motywacją dla osób, które borykały się z podobnymi problemami. Gdy widziały, jak ja walczę i odzyskuję sprawność, także zyskiwały coraz większą wiarę, że im się uda. To było ważne, wartościowe, tak dla nich, jak i dla mnie. Może nawet przede wszystkim dla mnie.
Dużo musiała Pani pozmieniać w swoich planach treningowych przed obecnym sezonem?
– Współpracuję z Pawłem Zimoniem, fizjoterapeutą z Zielonej Góry. Udało mi się go też zaangażować do Gianta, mojej nowej drużyny. Wprowadza dla nas wiele ćwiczeń stabilizacyjnych, koordynacyjnych, wzmacniających mięśnie głębokie, czyli coś, co wcześniej zaniedbywałam. W grupie mamy też świetnego hiszpańskiego trenera od techniki Oscara Saiza. Z każdym zawodnikiem indywidualnie pokonuje trasy zawodów, pomagając nam znaleźć najlepszą i najszybszą ścieżkę. Poza tym jego rady dotyczące zjazdów, przyspieszania i oszczędzania na nich energii są wręcz bezcenne.
Postawiła Pani przed sobą konkretne cele na rok 2013?
– Jednego, konkretnego nie. Skupiam się, by wrócić do stabilnej, wysokiej formy. Wiadomo, że chciałabym dobrze wypaść na najważniejszych imprezach, czyli mistrzostwach świata i Europy. No dobrze, jeden swój mały cel mam. Jeśli zacznę sezon udanie, to postaram się o podium klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, bo tego akurat w swojej kolekcji jeszcze nie mam.