• Środa, 11 marca 2026

    imieniny: Konstantego, Ludosława

Czy ruszą rozliczenia w USA?

Czwartek, 24 lipca 2025 (15:54)

Rozmowa z dr. Markiem Kawą, amerykanistą

Fakt, że lista klientów przestępcy seksualnego Jeffreya Epsteina wciąż nie została upubliczniona, to poważny problem dla Donalda Trumpa i całej administracji wspierającej ruch MAGA? Republikanie coraz głośniej żądają jej ujawnienia.  


– Zdecydowanie tak – i to problem, który bardzo mocno ciąży i może się okazać bombą z opóźnionym zapłonem. Mówimy tu bowiem nie tylko o niespełnionych obietnicach, ale o czymś znacznie poważniejszym: o utracie wiarygodności w oczach własnego, bardzo wymagającego elektoratu. Ruch MAGA, choć formalnie nie jest jeszcze partią polityczną, ma potężny wpływ na kształt Partii Republikańskiej i praktycznie dyktuje jej kurs. To konglomerat środowisk konserwatywnych, w którym ścierają się różne frakcje – od twardego jądra wokół Steve’a Bannona i Charliego Kirka aż po mniej ortodoksyjne skrzydła otwarte na Elona Muska i jego techno-libertariańskie wizje. Sprawa Epsteina była jednym z tych tematów, które miały zostać „rozbrojone” jeszcze przed kolejną kampanią prezydencką. Wielokrotnie zapowiadano pełne ujawnienie listy nazwisk osób powiązanych z przestępcami seksualnymi. Obiecywała to m.in. była prokurator generalna Florydy Pam Bondi. Mimo to od miesięcy trwa cisza. I to właśnie ta cisza zaczyna rezonować. W środowiskach konserwatywnych, szczególnie tych podatnych na teorie spiskowe – a nie oszukujmy się – w USA QAnon to nie margines, lecz twarda baza – brak działań traktowany jest niemal jak zdrada.

 

Zwolennicy  przejrzystości i twardych rozliczeń z elitami zaczynają się czuć oszukani? 

– A przecież Epstein to nie była postać z półświatka – to był człowiek, który otwierał drzwi największym tego świata, od hollywoodzkich producentów po byłych prezydentów. Jeżeli Trump i jego ludzie nie doprowadzą do ujawnienia pełnej listy nazwisk, to w oczach własnego zaplecza nie będą lepsi od tych, których od lat krytykują – skorumpowanej, oderwanej od rzeczywistości elity. I to może być dla Trumpa wyjątkowo niebezpieczne. Bo to nie wrogowie, ale zawiedzeni zwolennicy potrafią pogrążyć lidera najskuteczniej.

Skoro obietnice padły publicznie, dlaczego wciąż nie ujawniono listy klientów Jeffreya Epsteina lub akt ze śledztwa?

– No właśnie – i tu robi się naprawdę ciekawie. Bo kiedy ktoś publicznie zapewnia, że coś ujawni, a potem milknie, to nie tylko podważa swoją wiarygodność, ale sam wręcz tworzy pole przed różnymi teoriami spiskowymi. Obietnica pełnej transparentności dotyczącej listy klientów Epsteina została złożona. I nie przez byle kogo, bo włącznie z Pam Bondi. Była też presja wewnętrzna ze strony osób takich jak Kash Patel, dyrektor FBI. Tymczasem kilka tygodni temu Patel niespodziewanie zmienił ton i stwierdził, że „tam nic nie ma”. Donald Trump podczas jednego z ostatnich wystąpień administracyjnych stwierdził, że „wystarczy już tego tematu”. Ale to nie kończy sprawy – to ją rozgrzewa. Bo jeśli coś miało być ujawnione, a nie zostało, to ludzie zaczynają pytać: dlaczego? Czy ktoś z otoczenia Trumpa ma coś do ukrycia?

Czy może nazwiska figurujące na liście były zbyt „niewygodne”?

– I choć to tylko hipotezy, to właśnie one zaczynają krążyć – jak zawsze tam, gdzie polityka nie dotrzymuje słowa. Tu nie chodzi już nawet o samą aferę z Epsteinem – chodzi o symboliczne znaczenie sprawy dla ruchu MAGA. To środowisko domaga się bezkompromisowej przejrzystości, szczególnie wobec elit. Skoro ktoś obiecuje rozliczenie, a potem tego nie robi, to nawet najwierniejsi zwolennicy zaczynają mrużyć oczy z nieufnością. I o ile Trump wciąż trzyma większość ruchu żelaznym uściskiem, to takie „niedopowiedzenia” zostawiają rysy. Niewielkie, może nawet niezauważalne dla przeciętnego obserwatora, ale w długim marszu ku reelekcji – liczy się każdy pęknięty element.

To może się „rozejść po kościach”, jak mawiają politycy, ale zostawi gorzki posmak. I może sprawić, że część dotąd lojalnych ludzi zacznie szukać nowego lidera lub budować alternatywny ruch. A to, w amerykańskiej polityce, zawsze jest zapowiedzią tektonicznych zmian. 

W tej sytuacji można jeszcze mówić o racjonalności?

– Nie twierdzę, że to wszystko jest racjonalne – bo nie musi być. Polityka, zwłaszcza w wydaniu trumpizmu, od dawna flirtuje z emocjami. Ale jedno jest pewne: Donald Trump musi się liczyć z tym, że każdy niespełniony postulat – a zwłaszcza taki, który był jednym z filarów kampanii – będzie go kosztował. I to nie tylko punkty w sondażach, lecz także polityczne zaufanie jego własnej bazy. Ludzie pamiętają, co im obiecano, i jeśli po raz kolejny nie otrzymują konkretów, zaczynają pytać: po co my właściwie tu jesteśmy? Właśnie dlatego narasta frustracja – może jeszcze nie bunt, ale zdecydowanie niepokój. To nie jest tylko reakcja na jedną, konkretną obietnicę, która ugrzęzła. Tu chodzi o coś głębszego: o wrażenie, że lider przestaje słyszeć głos swoich ludzi. A to już niebezpieczny sygnał. Może się okazać, że to, co dziś wygląda na drobny zgrzyt, jutro stanie się początkiem pęknięcia, które trudno będzie posklejać.

Walka z lobby pedofilskim miała być jednym z filarów administracji Donalda Trumpa. Czyli to wciąż temat numer jeden dla jego zwolenników?

– To część znacznie szerszego frontu, na którym głównym przeciwnikiem staje się nielegalna imigracja i wszystko, co się z nią wiąże. Owszem, walka z siatkami pedofilskimi nadal elektryzuje opinię publiczną, ale dziś w nastrojach Amerykanów dominuje świadomość, że bez uszczelnienia granic żadne porządki nie będą możliwe. Niezabezpieczona granica to wrota otwarte nie tylko dla handlarzy narkotyków czy gangów, ale też dla współczesnych handlarzy ludźmi – z dziećmi w roli towaru. Niedawno doszło do interwencji służb w Kalifornii, gdzie na jednej z plantacji odkryto, że pracowały dzieci. Nielegalne, niewidoczne dla systemu, kompletnie bezbronne. I to nie jest odosobniony przypadek. Według oficjalnych szacunków zaginęło nawet 30 tys. nieletnich, którzy przekroczyli granicę USA bez opieki. Zostali zarejestrowani i nagle wyparowali, już ich nie ma. Gdzie są? Co się z nimi stało? Podejrzenia o ich wykorzystanie – do pracy, a może i do gorszych rzeczy – są niestety jak najbardziej uzasadnione. Dlatego Trump i jego otoczenie od lat podkreślają: bez twardej polityki imigracyjnej nie da się skutecznie zwalczać mafii pedofilskich ani zorganizowanego handlu ludźmi. To system naczyń połączonych. Otwarta granica to nie tylko problem bezpieczeństwa narodowego – to wprost autostrada dla przestępczości, wyzysku, przemocy seksualnej, prostytucji i procederu, który można śmiało nazwać współczesnym niewolnictwem. Trump nie porzucił tej walki – on ją redefiniuje. Dla ruchu MAGA to nie tylko kwestia moralna, ale też strategiczna. I choć nie mówi się o tym dziś tak głośno jak na początku jego prezydentury, to temat nie zniknął. Szczególnie jeśli kolejne doniesienia o zaginionych dzieciach i powiązanych z nimi przestępstwach będą ujawniać coraz mroczniejsze kulisy tego, co naprawdę dzieje się na południowej granicy.

Padają żądania dymisji Pam Bondi i dyrektora CIA Johna Ratcliffe'a. Trump może ich poświęcić?

– Na ten moment to raczej polityczny teatr niż realne przesilenie – choć nie można go całkowicie zlekceważyć. Liderzy radykalnego skrzydła ruchu MAGA nie mają obecnie wystarczającej siły sprawczej w Senacie, by przeforsować jakiekolwiek personalne trzęsienie ziemi. Ale już w Izbie Reprezentantów sytuacja wygląda inaczej. Tam różnica głosów jest tak niewielka, że każde wahnięcie – nawet o kilkanaście głosów – może mieć realne przełożenie na polityczne decyzje i poparcie dla kluczowych ustaw. Trump o tym wie i nie może sobie pozwolić na całkowite zignorowanie sygnałów buntu we własnych szeregach. Mamy tu do czynienia z pierwszym poważnym pęknięciem w obozie MAGA. Co ciekawe, nie wywołały go ani kontrowersyjne nagrania dziennikarzy z Atlanty ujawniające narady wojskowe amerykańskich oficjeli na komunikatorze Signal, ani nawet demonstracyjne odejście Elona Muska. Prawdziwe emocje wybuchły dopiero, gdy ruszyła fala otwartej krytyki wobec Pam Bondi – jednej z twarzy ruchu. To coś więcej niż tylko taktyczne różnice. To niemal wojna domowa. Albo Trump to wszystko kontroluje i cynicznie rozgrywa, porządkując szeregi, albo – co byłoby znacznie groźniejsze – zwyczajnie traci kontrolę nad tym, co sam stworzył. A jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że duże kryzysy często zaczynają się od małych pęknięć. Watergate też wyglądało z początku jak polityczny epizod. Dziś jesteśmy jeszcze daleko od tej skali, ale ignorowanie sygnałów ostrzegawczych byłoby błędem kosztownym – nie tylko dla Trumpa, ale też dla całego ruchu, który miał być monolitem. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”