• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

NINIWA Team coraz bliżej Rosji

Sobota, 11 maja 2013 (21:49)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Relacja Artura Bilewskiego z ósmego dnia rowerowej pielgrzymki 24 śmiałków z NINIWA Team uczestniczących w wyprawie na Syberię:

Jeden ze znanych kolarzy zawodowych mawiał, że: "Jeśli jazda na rowerze ma być dla ciebie przyjemnością, a nie tylko walką i zdobywaniem, ostatnią rzeczą, na jaką powinieneś zwracać uwagę, jest prędkość". Właśnie chwilę temu skończyłem rozmawiać z o. Tomaszem i chyba dopiero teraz podczas analizy notatek dotarła do mnie informacja, która wcześniej skryła się w tekście, że średnia prędkość na dzisiejszym etapie wyniosła blisko 25 km/h… gdybyśmy mówili o radosnym spacerku za miasto, jest to prędkość standardowa – natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę obciążone bagażem rowery, a także dystans 240 km… chapeau bas!

Dziś nasi śmiałkowie zaplanowali pobudkę na godzinę 2.00 rano – dzięki temu, że aklimatyzacja czasowo-wyprawowa przebiega bez zakłóceń, udało się całkiem sprawnie wyruszyć w drogę po odbiór zdeponowanych wcześniej rowerów… poranny 3-kilometrowy spacer to balsam dla sportowego serca, więc mam cichą nadzieję, że był i dla nich miłym wprowadzeniem do pełnego wysiłków dnia. Po odebraniu od sióstr zakonnych rowerów powrót na nich przebiegł już bardzo błyskawicznie. Poranne pożegnanie z miejscem noclegowym (naturalnie u oblatów) trwał niespełna 2 godziny, wszak na dużym blokowisku trzeba poruszać się dość cicho – zasady te dotyczą prawie wszystkich.

Wszystkich uczestników prócz wszechobecnej gościnności – Białoruś zaskoczyła piękną zielenią, a także dobrymi drogami – dla części osób, które przemierzały trasy wcześniejszych wypraw, przypominała może nieco niemiecką Bawarię. Trochę przewyższeń na trasie dodawało animuszu, więc i kolejne kilometry team "połykał" w błyskawicznym tempie. W pewnym momencie krajobraz zaczął przypominać nasze Mazury, pewnie stało się to dzięki malowniczym jeziorom mijanym po drodze.

Połączenie widoków, zieleni i czystości łamało w oczach uczestników stereotyp, jaki często funkcjonuje w odniesieniu do Białorusi. Pierwszy planowy przystanek nastąpił po ok. 50 km. Był to czas na szybką regenerację i drobne naprawy – Michał Piec musiał nieco poprawić swój bagażnik i zdemontować pęknięty błotnik… po niespełna 15 minutach kolumna ruszyła dalej… kolejny czas na oddech zaplanowano po kolejnych 50 km – 20-minutowa pauza i przed 9.00 na liczniku pokazało się magiczne 100 km… dobry czas, a także dystans!

Po takim wstępie cóż można powiedzieć o uczestnikach: ZAWODOWCY. Kolejną przerwę zaplanowano na 170 km – aura dziś miło potraktowała całą grupę, bo temperatury momentami można było zakwalifikować do upalnych… każda chwila oddechu w procesie aklimatyzacji wysiłkowej jest rozsądnym i potrzebnym zadaniem… wszak każdy prawdziwy kolarz powinien potrafić się zmęczyć, ale musi także nauczyć się odpoczywać – nieodłączny element każdego długiego wysiłku.

Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach nadszedł czas na obiad – każdy we własnym zakresie i wedle potrzeb. Widok pobliskiego jeziora, przy którym zaplanowano obiad, w kilku głowach urodził potrzebę kąpieli.

Ostatnie 40 km dzisiejszego etapu stało pod znakiem słabej nawierzchni i zmagania się z niespodziankami kolejnych kilometrów. Każdy taki odcinek wymaga od uczestników szczególnej uwagi – niestety nie obyło się bez kraks… na jednej z "dziur" odważna dzisiejsza pływaczka Anna Baran przewróciła się – cóż, jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz – wyznając tę starą zasadę, Ania szybko i twardo wskoczyła na rower i ruszyła w dalszą drogę…  Trochę kolarskich szlifów, rower cały – kolejne doświadczenia, które tylko utwardza naszych cyklistów.

Około 17.00 wszyscy szczęśliwie dotarli do miasta etapowego, którym dziś jest Szumilino. Powitanie zgotowali śmiałkom tradycyjnie ojcowie oblaci – niestety ostatni podczas tej wyprawy – o przepraszam, będzie jeszcze jeden - o. Karol Lipiński w Wierszynie. Gościna naturalnie jak przystało na misjonarzy wyjątkowa – wspaniała obiadokolacja, której daniem głównym był ryż z indykiem, a jako napój serwowano sok z brzozy, który niegdyś także u nas był dość popularny.

Jak dotąd cywilizacja i dobrzy ludzie wspomagają trud, choć w szeregach słyszy się szepty tęsknoty za dzikością, która niebawem stanie się codziennością drużyny NINIWY. Wczesna pobudka dała się trochę we znaki każda wolna chwila to łapanie snu we wszystkich możliwych pozycjach, więc na koniec dnia życzę wszystkim wiele spokoju i dobrego snu. Wszak jutro czeka "Mать Россия" (Matuszka Rosja).

Plan ambitny, ale też i mocno patriotyczny – najpierw Smoleńsk, a później Memoriał Katyński – tutaj z mojej strony pojawiła się mała (rodzinna) prośba, ale o tym już niebawem! A tymczasem życzę wszystkim dobrej spokojnej nocy.

Bilans dnia:

– 240 km dystansu,

– średnia prędkość 24,8 km/h,

– jeden odkręcony bagażnik, jeden pęknięty błotnik i jeden niegroźny upadek pt. „do wesela się zagoi”.