• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Bruksela dzieli dziurę

Piątek, 10 maja 2013 (02:10)

Unijne rządy zgodziły się pokryć deficyt w unijnej kasie, co pozwoli rozpocząć negocjacje z Parlamentem Europejskim nad nowym siedmioletnim budżetem. Polska musi na to wysupłać w bieżącym roku dodatkowy miliard złotych.

Polska musi jeszcze w tym roku wnieść do unijnego budżetu dodatkowe 300 mln euro. Na tyle wyliczony został nasz współudział w pokryciu deficytu, jaki pojawił się w kasie UE. Dziura budżetowa sięga 11 mld euro. Dopłata Polski to ok. 3 proc. tej sumy.

– Mamy wciąż za mało pieniędzy w stosunku do rachunków, które napływają do Brukseli – tłumaczył komisarz UE ds. budżetu Janusz Lewandowski, który wczoraj podał tę przykrą dla ministra finansów informację.

– Ale Hiszpania ma do wpłacenia jeszcze więcej, bo aż 800 mln euro – niezręcznie pocieszał rodaków. Zapewnił, że Unia nie wstrzyma wypłat w związku z brakiem pieniędzy, ale będzie je opóźniać. Ta wiadomość z pewnością nie ucieszy inwestorów, którzy liczyli na obiecane pieniądze.

Parlament stawia warunki

Komisja Europejska przedstawiła projekt nowelizacji tegorocznego budżetu pod koniec marca, licząc na to, że zostanie on zaakceptowany przez kraje członkowskie w toku negocjacji Rady Europejskiej z Parlamentem Europejskim nad nowymi ramami budżetowymi UE na lata 2014-2020.

Nowy siedmioletni budżet UE, przyjęty na lutowym szczycie, wkrótce potem, 13marca, został odrzucony przez Parlament Europejski i dlatego musi być ponownie negocjowany.

PE uznał, że budżet na następną siedmiolatkę jest zbyt mały, nie zawiera mechanizmów wspierania wzrostu gospodarczego i tworzenia miejsc pracy oraz nie sprzyja innowacyjności. Sprzeciw PE był skierowany przeciwko krajom – płatnikom netto, które z racji kryzysu znacznie obcięły swoje wpłaty do Brukseli, zmniejszając wspólną kasę do poziomu sprzed dziesięciu lat.

Parlament zażądał też, aby kraje członkowskie, zanim zaczną negocjować z instytucjami UE nowe ramy budżetowe, spłaciły deficyt, jaki narósł w poprzednim okresie budżetowym, tj. owe 11 mld euro. To warunek wstępny, od którego PE uzależnił podjęcie negocjacji z Radą. – Budżet UE musi być zbilansowany, nie może mieć deficytu – przypomnieli eurodeputowani.

– Jest gotowość rządów krajów członkowskich, aby te braki w budżecie Unii uzupełnić – oświadczył wczoraj Lewandowski. Wpłaty nastąpią w dwóch ratach, z powodu trudnej sytuacji budżetowej w wielu krajach Europy. Na początek rządy będą musiały wyłożyć 7 mld euro.

Szansa na większy budżet?

Zdaniem senatora Grzegorza Biereckiego (PiS), szefa Rady Nadzorczej SKOK, okoliczność, że Rada Europejska przyjęła warunek wstępny postawiony przez Parlament Europejski, jakim jest zrównoważenie tegorocznego budżetu, wskazuje, że są szanse na powrót do dużego budżetu UE na lata 2014-2020.

– A zatem, wbrew temu, co mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, Polsce opłaca się wyłożyć te środki, ponieważ większy budżet Wspólnoty oznacza więcej pieniędzy dla naszego kraju – ocenia senator Bierecki.

Saldo to nie wszystko

Inną sprawą jest, zdaniem Biereckiego, sposób wydatkowania unijnych dotacji. – Priorytetem jest „wydać pieniądze”, a nie „wydać sensownie”. Bezmyślnie zapożyczamy się, aby wziąć dotacje na orliki czy basen w każdej gminie… To negatywnie odbija się na rozwoju przedsiębiorczości i zwiększa korupcję – krytykuje senator.

– Historia dwudziestolecia międzywojennego pokazuje, że „najlepiej rozwijać się własną siłą i przemysłem”, zwłaszcza że z każdego euro dotacji dla Polski – od 75 do 85 centów wraca do firm zachodnioeuropejskich w postaci zakupu ich produktów i usług –podkreśla.

Doktor Cezary Mech, były wiceminister finansów, ostrzega, że Polska w najbliższych latach straci pozycję beneficjenta unijnych funduszy, bo krajom starej UE przestanie się to opłacać.

– Obawiam się, że dopóki Polska dostarcza krajom starej Unii swoją młodą, wykształconą siłę roboczą – w rozliczeniach z Brukselą będzie na plusie. Ale za parę lat, gdy przyciśnie nas demografia, przestaniemy być beneficjentem, a zaczniemy dopłacać netto, bo Unia będzie musiała postawić na nogi Bałkany i inne kraje Południa, a my nie będziemy mieli nic wartościowego do zaoferowania – przewiduje dr Mech.

– Przy czym my nie będziemy mieli rabatów, z jakich korzystają Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi i inni płatnicy netto, a będziemy nadal musieli ponosić olbrzymie koszty regulacji europejskich chroniących przemysły tych krajów przed konkurencją światową – zaznacza.

Zwraca też uwagę, że Unię utrzymują głównie Niemcy, a one starają się tak ukierunkować dotacje, aby nie wykreować konkurencji dla siebie w dotowanych krajach. Dbają, aby jak największa część środków wróciła do niemieckich firm w postaci zakupów i wzmacniała ich pozycję polityczną, która daje gwarancje posiadania europejskich rynków zbytu i ochrony własnej wytwórczości.

– Fundusze unijne służą głównie temu, aby przystosować polską gospodarkę do roli poddostawcy firm zachodnich i odbiorcy ich produktów finalnych, czego najlepszym przykładem była budowa stadionów na Euro 2012. To nie ma nic wspólnego z rzeczywistym rozwojem, który wymaga własnej strategii i rozwoju własnej myśli technicznej – podkreśla dr Mech.

Małgorzata Goss