Nauka hiszpańskiego od zaraz
Piątek, 6 lipca 2012 (06:27)Rozmowa z Jerzym Dudkiem, byłym bramkarzem reprezentacji Polski, Liverpoolu i Realu Madryt
Co najmocniej utkwiło w Pana pamięci po Euro 2012?
- Kibice, kolorowi, rozśpiewani, wyjątkowi, który stworzyli nadzwyczajną atmosferę, rozsławiając Polskę w każdym zakątku Europy, a nawet dalej. Dzięki nim mogliśmy przeżywać niezapomniane chwile na stadionach i wokół nich. Wykreowali coś jedynego, niepowtarzalnego.
Spodziewał się Pan, że wielki finał może mieć tak jednostronny przebieg?
- Myślałem, że będzie bardziej wyrównany. Włosi w poprzednich spotkaniach spisywali się znakomicie, niektórzy nawet widzieli ich w roli faworytów finału. Tymczasem tylko przez początkowe kilka minut potrafili narzucić Hiszpanom swoje warunki, a potem zostali przez nich całkowicie zdominowani. Podopieczni Vicente del Bosque zaskoczyli chyba wszystkich malkontentów, którzy ich krytykowali, wytykali nieciekawy styl gry. W najważniejszym meczu wspięli się na fantastyczny poziom, pokazali futbol efektowny i efektywny. Xavi, Iniesta, Alonso czy Pique zagrali po prostu tak, jak potrafią i Włosi nie znaleźli recepty. Byli całkowicie bezradni.
Czy z tak grającą Hiszpanią ktokolwiek na świecie mógłby nawiązać skuteczną walkę?
- Może Brazylia, ale tylko wtedy, gdyby sama zagrała na maksimum swoich możliwości. Jednak i tak musiałaby chyba liczyć na troszkę słabszy dzień Hiszpanii, która obecnie jest drużyną zdecydowanie najlepszą na świecie, mającą w kadrze największe grono piłkarzy wyjątkowo utalentowanych. Z drugiej strony nie ma zespołów nie do pokonania. Hiszpanie też są przecież ludźmi popełniającymi błędy, z prawem do gorszych momentów. Na Euro 2012 nie zawsze zachwycali, w kilku spotkaniach nastawiali się bardziej na wynik niż wywoływanie określonych wrażeń estetycznych. Taka choćby Portugalia w półfinale była blisko sprawienia niespodzianki i pokazała, jak z mistrzami Europy można i trzeba grać.
Niektórzy patrzą Hiszpanom w metryki i przekonują, że niedługo Xavi czy Alonso zakończą swe reprezentacyjne kariery. Być może, tyle że w tym kraju jest mnóstwo talentów, tak wiele nieprawdopodobnie zdolnej młodzieży, że nie musi się on martwić o przyszłość narodowej drużyny.
Gdzie znajduje się źródło sukcesu tej reprezentacji, która od Euro 2008 nie ma sobie równych w wielkich imprezach?
- Tak naprawdę wszystko rozpoczęło się kilkanaście lat temu, gdy skonstruowano obowiązujący obecnie system szkolenia. Pamiętam, jak jeszcze stosunkowo niedawno polscy juniorzy ogrywali swoich hiszpańskich rówieśników w turniejach do lat 14 czy 15. Dziś tych samych zawodników dzieli porażająca przepaść. Dlaczego? Bo od Hiszpanów w najmłodszych latach nikt nie wymaga walki o konkretny wynik. Dzieci mają się bawić piłką, czerpać z niej radość, przy okazji cały czas poprawiając wyszkolenie techniczne, koordynację ruchową i taktykę. To są najważniejsze elementy, na które trenerzy zwracają uwagę. U nas na pierwszym planie jest przygotowanie fizyczne i wynik. Już od nastolatka wymaga się, by w młodzieżowych turniejach wygrywał za wszelką cenę, a to droga donikąd. Po kilku latach taki dzieciak jest wykończony psychicznie ciągłym naciskiem, presją ze strony rodziców i trenerów. Hiszpanie nad siłą, przygotowaniem fizycznym, zaczynają pracować, gdy dzieciak zmienia się w mężczyznę, jego organizm jest w stanie znieść większe obciążenia. Tyle że wtedy ma już podstawy, fundamenty, na których można spokojnie budować.
Szczycimy się "orlikami". Fajnie, że są, tyle że na rozwój futbolu wpływu nie mają żadnego. Stanowią dobry materiał zastępczy. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z ministrem Gierszem. Przekonywał mnie, że niedługo w Polsce zaczną powstawać "orły", czyli obiekty większe, lepiej rozwinięte. Hiszpanie już od lat mają fantastyczne miasteczka sportowe, w których dzieci otrzymują optymalne warunki do rozwoju, zarówno sportowego, jak i życiowego. Boiska, doskonałe, są przy każdej szkole, przy każdej parafii. Młodymi sportowcami opiekują się wykwalifikowani trenerzy, godnie opłacani, w przeciwieństwie do naszych pasjonatów, często dokładających do interesu z własnej kieszeni. Kiedy ja zaczynałem grać w piłkę, w moim pierwszym klubie było 12 drużyn młodzieżowych. Dziś są cztery. Skąd mamy zatem wyławiać talenty?
Skoro wzorzec hiszpański, a i holenderski czy niemiecki, jest taki dobry i sprawdzony, to dlaczego nie przeniesiemy go i nie zaadaptujemy do naszych realiów?
- Euro 2012 może być motorem napędowym, daje wielką szansę, bo dzisiejsze ośmio-, dziewięciolatki zostały zarażone entuzjazmem, zobaczyły to, co do tej pory mogły oglądać tylko w telewizji. Wielkie mecze, wielkie gwiazdy na wyciągnięcie ręki, a to pobudza wyobraźnię. Tyle że właściciele i prezesi ligowych klubów, szczególnie tych największych, nie chcą tworzyć szkółek, nie chcą tracić czasu na szkolenie dzieci. Argumentują, że to nie daje gwarancji, a pociąga za sobą koszty. Błąd. Roczne uposażenie jednego miernego piłkarza pociąga więcej pieniędzy niż roczne prowadzenie szkółki. Popatrzmy na Barcelonę, Real Madryt, Manchester United czy Liverpool - łatwo dostrzec, ilu tam gra wychowanków, ilu przewinęło się przez ostatnie lata. Dobrze funkcjonujący klub potrafi wyszkolić w ciągu pięciu lat nawet dziesięciu klasowych zawodników. Łatwo obliczyć, jak może na nich zamortyzować koszty.
Pamiętam, jak niedawno widziałem trening trampkarzy z jednym z wielkich polskich klubów. Odbywał się na trawniku wokół drzew, bo dzieciaków nikt nie wpuścił na boisko, żeby go nie zniszczyły.
- 10 miesięcy temu wróciłem do Polski po latach występów zagranicą. Mam syna, który zaczął grać w piłkę, ale nie wiem, gdzie mogę go zapisać, bo nie wiem, czy znajdę dobre warunki, boiska, na których nie skręci sobie kostki, wpadając w dziurę, odpowiednie szatnie, prysznice. To, co mówię, to rzeczy elementarne, jednak my wciąż, w przypadku sportu młodzieżowego, mamy z nimi problemy. Kiedy przed laty wyjeżdżałem za granicę do Feyenoordu Rotterdam, szybko zrobiłem spory postęp, bo wreszcie dostałem optymalne warunki do pracy. Nie musiałem się martwić o stan murawy, o to, czy w szatni będzie ciepła woda, o sprzęt. Nawet nie patrzyłem na pieniądze, bo wiedziałem, że te pojawią się wraz z rozwojem. Właścicielami wielu polskich klubów są ludzie z list najbogatszych. Dziwi mnie, że nawet dla własnej satysfakcji nie stworzą ośrodków treningowych i szkółek dla dzieci, tak by za 10 lat móc powiedzieć: tak, ja to zrobiłem. Wisła Kraków przez kilkanaście lat rządziła na krajowym podwórku, zdobywała tytuł za tytułem, ale nic trwałego po niej nie zostało. Ani raz nie awansowała do Ligi Mistrzów, ani jeden jej wychowanek nie zrobił międzynarodowej kariery. Tymczasem właśnie wychowankowie emocjonalnie związani z klubem są siłą Realu czy Barcelony.
Podobała się Panu gra Polaków na mistrzostwach Europy?
- Euro, niestety, wskazało nam miejsce w szyku. Przed turniejem mówiłem, że mieliśmy mnóstwo szczęścia, trafiając do najsłabszej grupy, ale z drugiej strony ostrzegałem, że możemy narobić sobie mnóstwo wstydu, nie awansując z niej do ćwierćfinału. Sprawdził się ten drugi scenariusz. Po mistrzostwach trudno kogokolwiek wyróżnić. Nawet ci, którzy mieli ciągnąć zespół i zarażać go swoją osobowością, zawiedli. Niektórzy mówią, że zostały popełnione błędy w przygotowaniu fizycznym i taktycznym. Ja uważam, że moi młodsi koledzy nie sprostali wyzwaniom od strony mentalnej. Dziś w Europie nikt nie zastanawia się, czy wytrzyma trudy meczu, czy ma siły na pełne 90 minut walki. Nie zastanawia się, czy jest lepszy czy gorszy fizycznie i technicznie. My takie tematy roztrząsaliśmy. Było dużo krzyków i obietnic, ale jak przychodziło co do czego, to zawodnicy zamykali się w sobie.
Ten zespół ma przed sobą przyszłość?
- Tak. Poprzednie wielkie turnieje z udziałem reprezentacji Polski kończyły się skandalami, nieporozumieniami, w tragicznej atmosferze. Teraz nie udało się osiągnąć celu, konfliktów nie było, kibice wybaczyli. Nawet piłkarze uderzyli się po męsku w piersi. Jakaś kosmetyka jest oczywiście potrzebna, na kilku pozycjach powinna zwiększyć się konkurencyjność, jednak drużyna może zaskoczyć. Inna sprawa, że wciąż tak naprawdę nie wiadomo, na co ją stać. Przez kilka lat grała mecze tylko o pietruszkę. Gdy na Euro napotkała rywali, którzy się na nią rzucili i walczyli jak o życie, nie potrafiła do końca zareagować. Nasi indywidualnie prezentowali się dobrze, ale jako zespół nie funkcjonowali tak, jak powinni.
Zmiana selekcjonera to dobry pomysł?
- Smuda szybko poddał się po meczu z Czechami, co świadczyło o tym, że ma wszystkiego dosyć. Reprezentacja potrzebuje nowej osobowości, która nią wstrząśnie i zmobilizuje. Tylko czy w kraju znajdziemy jedną osobę, która, gdy przyjdzie konfrontacja z wielkimi, wytrzyma ją psychicznie? Nie wiem. Selekcjoner powinien być niczym generał, zarządzać jak w czasie wojny, wyprowadzać wojska na zewnątrz, dawać przykład swą odwagą i mądrością, w trudnych momentach pomagać żołnierzom, a nie cofać się do okopów i czekać, co zrobi rywal. Uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby powierzenie kadry zespołowi trzech trenerów, coś na wzór niemiecki.
Dziękuję za rozmowę.