Realny problem, czy raczej polityczny teatr?
Wtorek, 13 maja 2025 (12:10)Rozmowa z Moniką Przeworską, dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej
Węgry wprowadzają embargo na polskie mięso i pasze. To realny problem, czy raczej polityczny teatr?
– Mówiąc wprost: nie, to nie jest powód do paniki. Owszem, w piątek premier Viktor Orbán podpisał rozporządzenie zakazujące importu bydła, trzody chlewnej oraz mięsa wołowego i wieprzowego z Polski, a także pasz dla zwierząt. Ale trzeba to jasno powiedzieć: Węgry nie są dla nas strategicznym odbiorcą tych towarów. W zeszłym roku wartość całego eksportu mięsa do tego kraju wyniosła około 15 mln euro, z czego jedynie 2,5 mln przypadło na wołowinę. W skali naszego całego eksportu to nie są liczby, które mogłyby zachwiać rynkiem. Co więcej, i to jest kluczowe – rozporządzenie nie obejmuje tranzytu. A to właśnie rola tranzytowa Węgier ma dla nas znaczenie. Polskie mięso nadal może przez ich terytorium docierać na południe Europy, a to oznacza, że zasadnicze szlaki logistyczne pozostają nietknięte. Oczywiście, nie da się ukryć, że to zagranie ma charakter rewanżowy – Polska, zgodnie z unijnym prawem, ograniczyła import mięsa z Węgier z powodu wykrycia pryszczycy, co spotkało się z polityczną odpowiedzią. Ale ten krok Budapesztu ma bardziej charakter symboliczny niż realny wpływ gospodarczy. I choć działania Orbána mogą być postrzegane jako niezgodne z unijnym prawem, to trzeba uczciwie przyznać – potrafi on tupnąć nogą, pokazać siłę i zagrać na emocjach własnych wyborców. PR-owo to sprytne posunięcie, szczególnie że zbliża się 5 czerwca – data, od której przestają obowiązywać obecne zasady importu żywności z Ukrainy, oparte na ATM, które – choć nie są idealne, to jednak w jakimś stopniu chronią interesy naszych rolników. Czyli czas, gdy politycy lubią pokazywać, że są „twardzi”, nawet jeśli grają w teatrze.
Czy gdyby relacje polityczne między Warszawą a Budapesztem były cieplejsze, uniknęlibyśmy embarga?
– Nie mam co do tego większych wątpliwości – tak, mogłoby do tego w ogóle nie dojść. Polska decyzja o wprowadzeniu ograniczeń w imporcie węgierskiego mięsa była w pełni zgodna z unijnym prawem – zareagowaliśmy na przypadki pryszczycy, korzystając z narzędzi, które daje nam wspólnotowe ustawodawstwo. Tyle że polityka nie znosi próżni. Premier Orbán nie tyle odpowiedział na regulacje sanitarne, ile raczej wykorzystał okazję, by wysłać mocny sygnał. I to niekoniecznie do Warszawy, ale do własnych wyborców. To klasyczna demonstracja siły – pokazanie, że Budapeszt nie będzie potulnie znosił decyzji innych państw, nawet jeśli są one formalnie uzasadnione. Gdyby relacje dwustronne były cieplejsze, bardziej partnerskie, to po pierwsze, wiele rzeczy udałoby się rozwiązać kanałami dyplomatycznymi, zanim rozlałyby się na forum publiczne. A po drugie, nie byłoby potrzeby sięgać po retorsje, które w gruncie rzeczy mają charakter bardziej politycznego spektaklu niż realnego działania. Mówiąc krótko – gdybyśmy mieli do siebie więcej zaufania, zamiast przepychać się wzajemnie w europejskiej kuchni, nie byłoby dziś o czym rozmawiać.
Czy w Pani ocenie mamy realną szansę obronić się przed pryszczycą?
– Uważam, że tak, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien dziś składać twardych deklaracji. Na szczęście sprzyja nam pogoda – temperatury rosną, a to działa na niekorzyść wirusa. Z danych, które spływają z krajów dotkniętych pryszczycą, wynika, że tamtejsze działania prewencyjne przynoszą efekty. Więc jeśli nadal będziemy działać szybko, konsekwentnie i bez luk w systemie, mamy spore szanse, by utrzymać wirusa z dala od naszych granic. Ale bądźmy szczerzy – w naszym przypadku to nie tylko kwestia zdrowia publicznego czy zwierzęcego, to gospodarcza racja stanu. Polska to potęga w produkcji mięsa – zarówno wołowego, jak i, mimo ostatnich trudności, wieprzowego. Gdyby wirus wszedł na nasze terytorium, dzienne straty liczone byłyby w dziesiątkach milionów złotych. I nie chodzi tylko o producentów – jako kraj jesteśmy znaczącym eksporterem, szczególnie jeśli mówimy o wołowinie. Polacy jedzą jej więcej niż kiedyś, ale wciąż zdecydowana większość produkcji trafia za granicę.
Dlatego tak ogromne znaczenie ma dla nas utrzymanie statusu kraju wolnego od pryszczycy?
– To był też kluczowy powód, dla którego Polska, podejmując decyzję o zakazie importu z Węgier, nie zamknęła granic w sposób totalny. Bo jeśli dziś my nie uznamy regionalizacji wprowadzanej przez inne państwo, to jutro Niemcy – nasz główny odbiorca – mogą nie uznać jej u nas. I wtedy przy nawet jednym ognisku choroby zostajemy odcięci od rynku, który trzyma dużą część polskiego rolnictwa w pionie. Tak więc gramy nie tylko o zdrowie trzody, ale o coś znacznie większego – o bezpieczeństwo ekonomiczne całego sektora.
W Polsce potwierdzono już 85 ognisk ptasiej grypy, które objęły niemal 7,7 mln sztuk drobiu. Czy Pani zdaniem najgorsze mamy już za sobą?
– Niestety, obawiam się, że prawdziwe problemy dopiero przed nami. Owszem, jeśli chodzi o samą sytuację epidemiologiczną – czyli liczbę ognisk i fizyczne straty w stadach – można z ostrożnym optymizmem powiedzieć, że najczarniejszy scenariusz już się zrealizował. Przetrzebiliśmy tysiące ferm, dziesiątki milionów złotych poszły z dymem, a wiele obszarów zostało zablokowanych. W tym sensie – tak, fala już przeszła. Ale to dopiero pierwszy akt dramatu. Prawdziwy niepokój budzi to, co dzieje się na rynku. Proszę spojrzeć na Ukrainę: kraj ogarnięty wojną, a mimo to dynamicznie rozwijający produkcję zwierzęcą. Ledwie kilka dni temu pojawiła się informacja o budowie gigantycznej fermy jaj na Ukrainie – inwestycji, która może zupełnie przetasować układ sił w europejskim drobiarstwie. I to nie jest odosobniony przypadek. Tamtejszy sektor rośnie w siłę, przy wsparciu międzynarodowego kapitału, podczas gdy my – mimo wszystkich problemów – wciąż funkcjonujemy w ramach unijnych regulacji i obciążeń. Więc jeśli ktoś sądzi, że to koniec złych wiadomości, to niestety – to dopiero początek gry o przetrwanie na rynku. Epidemia być może przycichnie, ale wojna ekonomiczna właśnie się rozkręca.
I na koniec: jaka jest Pani prognoza na przyszłość? Czy Polsce rzeczywiście grozi utrata pozycji lidera w produkcji drobiu w Europie?
– Wszystko zależy wyłącznie od nas. I to mówię z pełnym przekonaniem. Gdyby o przyszłości sektora decydowali tylko rolnicy i organizacje branżowe, spałabym spokojnie – bo mamy ludzi kompetentnych, zaangażowanych i myślących strategicznie. Niestety, decydują politycy. A tu już pewności mieć nie można. Przed nami kluczowa data – 5 czerwca. To właśnie wtedy kończy się obecnie obowiązujący okres preferencyjnych zasad handlu między Unią Europejską a Ukrainą. Na razie sytuacja wygląda na kontrolowaną – mamy wyznaczone kontyngenty, limity importowe mięsa czy jaj.
Ale co wydarzy się po tej dacie?
– Tego nie wie nikt. Ostatnie głosowanie w sprawie liberalizacji handlu np. z Mołdawią i Gruzją pokazuje, że Bruksela potrafi działać szybko i... bezwzględnie. Pojawiają się głosy, także ze strony komisarzy, że warto byłoby powrócić do zasad sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę, że czas na przywrócenie pewnych barier ochronnych dla rynku unijnego. Tyle że ci sami politycy, którzy dziś uspokajają nastroje, to ci sami, którzy nieraz już zawiedli zaufanie rolników. I to nie tylko w Polsce. Dlatego każda taka deklaracja, zamiast uspokajać, budzi czujność. Rolnicy – słusznie – wytężają zmysły. Bo wiedzą, że za gładkimi komunikatami może kryć się coś znacznie groźniejszego: pełna liberalizacja rynku bez realnych zabezpieczeń. A jeśli do niej dojdzie, to polska produkcja drobiu – dziś numer jeden w Europie – może zderzyć się z rzeczywistością, której nie przetrwa nawet najlepiej zarządzana ferma. Więc odpowiadając wprost: tak, grozi nam utrata pozycji lidera. I nie przez błędy hodowców, tylko przez krótkowzroczność i oportunizm polityków.